czwartek, 27 sierpnia 2015

Rozdział 2

Dziękuję bardzo osobą, które przeczytały moje ostatnie wypociny i chciałabym was prosić, żebyście poświecili dla mnie kilka sekund by skomentować to coś. Możecie mnie tam obrażać i krytykować moje rozdziały, nie obrażę się. Przynajmniej będę wiedziała, ze ktoś to czyta.
Do następnego!
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

                Chłopak objął mnie w pasie i obrócił dookoła własnej osi. Zaśmiałam się głośno i ponownie wtuliłam twarz w jego szyję. Nawet nie zauważyłam kiedy pielęgniarka zostawiła nas samych. Blondyn opuścił mnie na ziemie, ale nie wypuszczał z objęć. Byłam w tamtym momencie cholernie szczęśliwa.
-Co ty tu robisz?- zapytałam, odchylając się i skanując dokładnie jego minę. Nie widzieliśmy się przez pół roku. Oczywiście gadaliśmy na skypie raz w tygodniu, ale to nie to samo. Teraz dopiero zobaczyłam, że jego rysy  stwardniały i z chłopca zmienił się w mężczyzną.
-Simon dał nam dwa miesiące wolnego, więc postanowiliśmy zrobić sobie wakacje w Irlandii- wyszczerzył się i cofną się, by móc dokładnie zeskanować moją sylwetkę. Westchnął cicho i pokręcił głową, a kąciki jego ust opadły lekko.
-Strasznie schudłaś, Nat. Czy ty w ogóle coś jesz?- zapytał bacznie wpatrując się w moje oczy. Zawsze był w stosunku do mnie bardzo opiekuńczy. Tylko on znał mnie od deski do deski. Wiedział o mnie wszystko. Nie mieliśmy przed sobą tajemnic.
-Oczywiście, może nie tyle ile ty, ale jem- zaśmiałam się, a on mi zawtórował. Tak bardzo mi brakowało tego dźwięku. Przypominał mi beztroskie dzieciństwo.
-Tęskniłem za tobą- westchnął i uśmiechnął się delikatnie, a w jego oczach ujrzałam ciepło, którym obdarowywał moją osobę.
-Ja też, głupku- zachichotałam i ponownie wtuliłam się w jego klatkę piersiową. Miałam jedynie 160 cm wzrostu, więc nie było dla niego problemem by oprzeć brodę na mojej głowie i głaskać mnie po włosach.
-Chciałbym ci przedstawić kilka osób. Tylko nie wiem kiedy masz wolne- powiedział i usiedliśmy na kanapie, a on objął mnie ramieniem wtulając ponownie w swój dobrze wyćwiczony tors.
-Właściwie to do 1 września nie wolno pokazywać mi się w szpitalu. Dyrektor wysłał mnie na przymusowy urlop- mruknęłam i przewróciłam zdegustowana oczami.
-To wspaniale, spędzimy ze sobą dużo czasu- ucieszył się i potarł moją rękę.  – Wiesz, może uczcimy to i pójdziemy wieczorem na imprezę?- zadał pytanie, wpatrując się we mnie jak w obrazek.
-W sumie, to czemu nie- odparłam i wzruszyłam ramionami.  Nie pamiętam kiedy ostatni raz gdzieś wychodziłam.
-Dobra, to zbieraj się i jedziemy do ciebie- zakomenderował i puścił mnie, a ja pośpiesznie zdjęłam kitel i stetoskop, by schować je do torebki. Ubrałam płaszcz i wyszliśmy z pomieszczenia. Chłopak otulił mnie ramieniem i razem, jak za dawnych czasów, opuściliśmy teren szpitala.
-Przyjechałeś samochodem?- zapytałam otwierając swój wóz.
-Nie, taksówką. Więc nie masz wyjścia i musisz mnie podwieś- zaśmiał się i usiadł na miejscu kierowcy. Bez gadania dałam mu kluczyki i zapięłam pas na miejscu pasażera. Był jedyną osobą, której pozwalałam prowadzić moje maleństwo.
                Niebieskooki odpalił maszynę i ruszyliśmy do mojego domu. O godzinie 18 nie było już korków, więc dojazd zajął nam jakieś 20 minut, które spędziliśmy na rozmowie o starych, dobrych czasach. Cholernie się za nim stęskniłam, a teraz perspektywa 2 miesięcznego urlopu nie była wcale taka straszna.
-Nat, muszę coś o coś spytać. Tylko błagam odpowiedź szczerze i nie bój się mojej reakcji- rzucił, kiedy zaparkował na podjeździe, przed moim domem. Zdziwiłam się lekko poważnym tonem jaki przyjął, wiec nic nie mówiąc skinęłam głową, na znak, że się zgadzam.- Czy ty… znaczy czy…. Cholera- mruczał i widać, ze bardzo krepuję go to o co musi zapytać. Złapałam go wiec za palce i ścisnęłam je lekko, chcąc dodać mu otuchy. – Czy czujesz do mnie coś więcej niż przyjaźń?- wyszeptał, a ja myślałam, że się przesłyszałam. Błąd. Ja miałam NADZIEJĘ, że się przesłyszałam. Gwałtownie zabrała swoją rękę i przetarłam twarz dłońmi. Co ja mam mu powiedzieć? Nie wiem co chciałby usłyszeć, nie wiem czego się spodziewać, a jeśli moje uczucie mu nie wystarcza?
-Niall, kocham cić- wyszeptałam i wstrzymałam oddech. – Ale jak brata- dodałam po chwili ciszy i spojrzała na niego ze strachem w oczach. Nie chciałam i nie mogłam go zranić.  Zobaczyłam jak jego mięśnie się rozluźniają, a twarz wykrzywia się w szerokim uśmiechu.
-To dobrze, bo nie chciałbym cię zranić- powiedział, złapał moją dłoń i pogłaskał jej wierzch kciukiem.
-Poznałeś kogoś- zaśmiałam się, składając do kupy wszystkie części układanki.
-Tak, poznasz ją dzisiaj, ok?
-Już nie mogę się doczekać – zaćwierkałam i z wielkim bananem na ustach wysiadłam z samochodu, by otworzyć posiadłość. –Napijesz się czegoś?- zapytałam słysząc jak mój gość zamyka drzwi wejściowe i wchodzi za mną do przestronnej, jasnej kuchni. Na ścianach znajdowały się szafki i blaty, a po środku pomieszczenia, na drewnianych panelach, stał duży, dębowy stół, dopasowany kolorystycznie do jaśniejszych mebli.
-Jak masz jakiś sok, to możesz dać- rzucił i ściągnął kurkę, rzucając ją gdzieś w kąt. Wyjęłam dwie szklanki i nalałam nam soku pomarańczowego. Postawiłam naczynia na stole i sama zdjęłam okrycie, by szybko przewiesić je na krześle, na którym po sekundzie usiadłam.
-To co, ja teraz lecę do siebie, a o 20 przyjadę do ciebie i pojedziemy do klubu, ok.?- zapytał i wypił zawartość szkła.
-Pewnie- wzruszyłam ramionami, bo było mi wszystko jedno. Ważne, że będę mogła spędzić z nim trochę czasu.
-Dobra, to ja lecę, a ty się szykuj- dodał i zerwał się ze swojego miejsca. Włożył skórzaną kurtkę, w której swoją drogą wyglądał zabójczo, i pocałował mnie w policzek, zanim opuścił dom. Westchnęłam i zamknęłam za nim drzwi. Przez chwile stałam w miejscu, uświadamiając sobie, ze mój przyjaciel wrócił i zostanie ze mną przez bite 2 miesiące. Zdjęłam buty i udałam się do swojego pokoju, którego ściany miały kolor kawy z mlekiem. Jasne umeblowanie i łóżko stojące na środku, pod ścianą,  doskonale ze sobą współgrały, sprawiając, ze czułam się wyśmienicie w swoim królestwie.    Otworzyłam szafę i wyjęłam z niej czarną, koronkowa bieliznę wraz z czarną, marszczona sukienką z jednym ramiączkiem. Wzięłam ciuchy i udałam się do łazienki gdzie zrobiłam sobie długą, ciepłą kąpiel i umyłam włosy. Następnie wyszłam z wanny i owinęłam się białym, puchatym ręcznikiem. Wysuszyłam włosy i zostawiłam naturalnie je proste. Ubrałam się i zrobiłam delikatny makijaż, a usta musnęłam czerwoną szminką. Spryskałam się ulubionymi perfumami i wyszłam z pomieszczenia w poszukiwaniu szpilek. W końcu stanęło na czarnych butach z czerwoną podeszwą. Cały zestaw komponował się świetnie i doskonale do mnie pasował, a sukienka podkreślała moje krągłości. Za nim się obejrzałam była już 20, a ja czekałam w dość dużym, białym salonie ze swoim beżowym płaszczem na kolanach i mała kopertówką obok, na białej, skórzanej kanapie..
                Jakieś 10 minut później usłyszałam dzwonek do drzwi i zerwałam się na równe nogi. Podeszłam do nich i otworzyłam je niepewnie. Przede mną stał Horan i trzymał za rękę szatynkę, która była tego samego wzrostu co on. Jej twarz była jedwabiście gładka, a duże, niebieskie oczy wpatrywały się we mnie z zaciekawieniem.
-Hej, wchodźcie- posłałam im szeroki uśmiech i otworzyłam szerzej drewniana powłokę, wpuszczając gości do środka.
-Sky, to jest Natalie, Nat to moja dziewczyna Skyler- przedstawił nas sobie blondyn, a dziewczyna bez jakichkolwiek oporów, przytuliła mnie. Byłam mile zaskoczona jej zachowanie i odwzajemniłam uścisk.
-Miło mi cię w końcu poznać, dużo o tobie słyszałam- rzuciła, posyłając mi słodki uśmiech, który powtórzyłam.
-Mi też bardzo miło cię poznać. Masz przecudną sukienkę- odparłam patrząc na jej czarną kreację, przedłużana z tyłu i z wycięciami w talii. Wyglądała w niej jak księżniczka, a blondyn przy niej jak książę.
-Och dzięki, ty też wyglądasz niesamowicie – machnęła ręką i zeskanowała moje niskie ciało.
-Obie wyglądacie fantastycznie, a teraz już chodźmy- odezwał się znudzonym głosem niebieskooki i złapał za klamkę od drzwi. Faceci.
-Co ty taki niecierpliwy?- zapytała chłopaka Sky i posłała mu znaczące spojrzenie. – Mogę ci coś doradzić, skarbie?- zapytała patrząc na moja nagą szyję.
-Pewnie- stwierdziłam, że nawet przyda mi się mała rada.
-Chodź wybierzemy ci jakaś biżuterię. Złapała mnie za dłoń i pociągnęła na piętro. Z dołu usłyszałyśmy tylko jęk marudy i zaśmiałyśmy się obie. – Który to twój pokój?- zapytała, stając na szycie schodów.
-Ten- powiedziałam otwierając jej drzwi mojego królestwa. Nigdy nie byłam zbyt otwarta wobec ludzi, ale nie chciałam sprawiać przyjacielowi przykrości, wiec postanowiłam od razu dać szatynce szansę, bo wydawała się bardzo sympatyczna i czułam, że możemy się nawet zaprzyjaźnić. – Proszę- podałam jej szkatułkę z biżuterią, a ona usiadła na łóżku i zaczęła przeglądać jej zawartość.
-Ten będzie idealny - powiedziała i podała mi naszyjnik w kształcie znaku nieskączoności. Uśmiechnęłam się szeroko kiedy go zobaczyłam i momentalnie założyłam. Dostałam go od Nialla kiedy wyjeżdżał do Londynu.
-Dziękuję ci bardzo- posłałam jej szeroki uśmiech i zapięłam biżuterię na szyi.
-Ale  nie ma za co, a teraz chodź, bo nam chłopak wykituje- rzuciła i opuściła pomieszczenie. Czym prędzej poszłam w jej ślady i zeszłam na dół. Ubrałam płaszczyk, złapałam mała torebeczkę i wspólnie opuściłyśmy dom. Horan czekał na nas w swoim samochodzie. Razem ze Skyler postanowiłyśmy usiąść z tyłu i trochę poplotkować. Naprawdę przekonałam się do tej dziewczyny, a to nie zdarzało się często.
-Ej, czuję się samotny- zapiszczał blondyn, wyjeżdżając na drogę główną, prowadzącą do centrum.
-Twój pech- rzuciłam i wróciłam do cichej rozmowy z niebieskooką. Bardzo szybko znalazłyśmy wspólny język i świetnie nam się gadało.
                Po jakiś 15 minutach samochód zatrzymał się przed najpopularniejszym klubie w mieście, a my opuściliśmy wóz.
-Znasz chłopców?- zapytała Sky, splatając palce z palcami swojego partnera.
-Nie, Horan do tej pory się mnie wstydził i przez dziesięć lat bycia w zespole nie przedstawił mnie swoich znajomych- zażartowała, a szatynka zaśmiała się głośno.
-Niegrzeczny chłopiec- pogroziła mu palcem, a ten spojrzał na mnie udając oburzenia.
-Nie wstydzę się ciebie, po prostu nie było okazji – tłumaczył się, ale jedynie pokręciłam głową. Co za człowiek! Blondyn przepuścił nas w drzwiach i weszliśmy do budynku. W środku było bardzo głośno, ciemno i duszno. Pełno ludzi skakało na parkiecie lub raczej ocierało się o siebie. W pomieszczeniu pachniało dymem papierosowym, alkoholem i Bóg wie czym jeszcze.  Chłopaka złapał nas za ręce i zaczął przepychać się przez dziki tłum. Po drodze do prywatnej loży minęliśmy barek, za którym stał bardzo przystojny, wysoki szatyn. Kiedy nasze spojrzenia się spotkały posłał mi łobuzerski uśmiech, który o dziwo odwzajemniłam. Postanowiłam wrzucić na luz i raz w życiu się zabawić. Nigdy nie byłam typem balangowiczki. Wolałam siedzieć w pokoju nad książkami i się uczyć.
                Po jakiś kilku minutach dotarliśmy do końca sali i naszym oczom ukazał się duży okrągły stół, otoczony kanapami i kotara. Zauważyłam, że siedzi przy nim trójka chłopaków i jedna brunetka. Już z daleka poznałam znajomych mojego przyjaciele i dopiero teraz poczułam pewne obawy. A jeśli mnie nie polubią, nie zaakceptują? Cholera mam 24 lat, a przejmuję się takimi pierdołami. W najgorszym wypadku szybko się stąd zmyję i wrócę taksówką do domu.
-Hej wszystkim!- krzyknął niebieskooki, witając się z grupą. –To jest moja przyjaciółka o której wam opowiadałem. Natalie to jest Louis, Harry, Liam i Cristal, dziewczyna Liama. Ludzie to jest Nat- przedstawił nas sobie, a ja pomachałam im na przywitanie. Posłali mi szerokie uśmiechy i również odwzajemnili gest. Niall wcisnął się koło kolegi, a ja usiadłam niepewnie obok Sky.
-Napijecie się czegoś?- zapytał wysoki szatyn z lekkim zarostem i czekoladowymi oczami. Był ubrany w czarne rurki i koszulę w kratę z rozpiętymi pierwszymi guzikami. Był cholernie przystojny.
- Wisky- powiedział Horan.
-Sex on the Beach- dodała szatynka, siedząca obok mnie.
-To samo- rzuciłam jakby od niechcenia. Chłopak kiwnął głową i przepraszając swoja dziewczynę opuścił loże.
-Nudzi mnie wasze towarzystwo, idę zatańczyć- fuknęła towarzyszka Liam’a i opuściła nasz stolik. Spojrzałam na Sky, a ta jedynie wywróciła oczami i wzruszyła ramionami. Czyli to nie nowość.
-Sky, a ty chcesz zatańczyć?- krzyknął Niall, próbując przekrzyczeć głośne basy.
-Pewnie kocie- zgodziła się dziewczyna, więc wstałam i wypuściłam zakochańców. Siedziałam przez chwilę z chłopakami w krepującej ciszy, którą zdecydował się przerwać Louis.
-Długo znasz naszego żarłoka?- zapytał sącząc szkocką.
-Jakieś 15 lat- powiedziałam i poprawiłam sukienkę, która podwinęła mi się trochę za bardzo. Mogłam ubrać coś dłuższego!
-Jak ty z nim wytrzymałaś?- zaśmiał się szatyn z burzą loków na głowie, a ja mu zawtórowałam.
-Jakoś dałam radę- wydusiłam i w tym momencie wrócił Li z napojami. – Dzięki- posłałam mu uśmiech wdzięczności i zatopiłam usta w napoju. Jęknęłam cicho z przyjemności jaką dał mi słodkawy smak alkoholu i wypiłam resztę za jednym zamachem, zyskując zdziwione spojrzenia części bandu. Wstała ze swojego miejsca widząc wracającego blondyna i Skyler.
-Teraz ty chodź- zażądała niebieskooka i złapała mnie za nadgarstek, ciągnąc na parkiet. Zaśmiałam się z jej podekscytowania. Z głośników zaczęła lecieć piosenka Nicky Minaj „Starship”, a my zaczęłyśmy skakać w miejscy i machać rękami, śmiejąc się przy tym jak głupie. Dawno się tak dobrze nie bawiłam, właściwie nigdy. Teraz odreagowywałam całe 7 lat.
-Nie chcę nic mówić, ale wszyscy na około się na ciebie gapią- zachichotała szatynka, a ja jej zawtórowałam.
-Niech się gapią- rzuciłam i zamachnęłam się włosami, co wywołało głośniejszy śmiech Skyler.
-Boże, już cię uwielbiam- krzyknęła i okręciła się wokół własnej osi.
-Ja ciebie też- rzuciłam, a wszystkie moje troski szlak trafił. I dobrze. – Chodź się czegoś napić- parsknęłam i zaciągnęłam dziewczynę w stronę barku. Czułam na siebie wzrok dziesiątek oczu i szczerze mi to schlebiało.
-Dwa razy whyski z lodem- zakomenderowała.- No co, trzeba się wyluzować- odparła, widząc moje zdziwione spojrzenie. W odpowiedzi kiwnęłam tylko głową i usiałam na wysokim, barowym krześle. Po chwili ten sam przystojny barman postawił przed nami dwie szklanki z bursztynowym płynem.
-Jak się nazywacie, piękne?- zapytał, opierając się biodrem wysoki blat.
-Ja Skyler, a to jest Natalie- powiedziała moja towarzyszka i upiła trochę napoju.
-Piękne imię- zwrócił się do mnie i posłała w moja stronę ten sam łobuzerski uśmieszek, co wcześniej. Poczułam jak rumieńce wstępują na moje policzki i w duszy dziękowałam, że w klubie jest ciemno.
 –Mam teraz przerwę, może zechcesz ze mną zatańczyć?- w sumie co mi szkodzi, pomyślałam, ale nie chciałam zostawiać dziewczyny samej, wiec posłałam jej pytające spojrzenie. „Leć” odczytałam z ruchu jej warg i kiwnęłam głowa na znak, że zgadzam się na propozycje chłopaka. Brunet obszedł ladę i pomógł mi wstać, łapiąc za rękę. Zachwiałam się lekko na wysokich obcasach, ale złapał mnie w talii i pomógł dojść na parkiet. Z głośników zaczęła lecieć jakaś wolniejsza piosenka, więc zarzuciłam mu dłonie na kark, a on objął mnie w biodrach i przyciągnął do siebie jak najbliżej.
-Jak się nazywasz, nieznajomy?- wychrypiałam mu seksownym głosem do ucha, sama nie wiedząc co we mnie wstąpiło. Nigdy nie robiłam czegoś takiego, a tu taka niespodzianka.
-Jestem Rayn- wyszeptał i przygryzł płatek mojego ucha.
Wzdrygnęłam się na ten gest, ale nie oddaliłam się nawet o centymetr. Czułam jak alkohol buzuje mi w żyłach i szumi w głowie. Chyba za dużo wypiłam jak na pierwszy raz w tym roku.
Tańczyliśmy jeszcze kilka minut i poczułam jak nogi powoli odmawiają mi posłuszeństwa, więc oderwałam się od zielonookiego.
-Wiesz, ja już nie mam chyba siły- odparłam i już chciałam odejść, ale złapał mnie mocno za nadgarstek i znów przyciągnął do siebie. Jęknęłam kiedy jego uścisk stał się mocniejszy. Mam nadzieję, że nie będzie siniaków.
-Znam miejsce, w którym odpoczniesz- odparł i zaczął ciągnąć mnie w stronę korytarza, w którym znajdowały się toalety. Zaniepokojona jego zachowaniem zaczęłam się wyrywać, co nie skoczyło się dla mnie dobrze. Przerzucił mnie sobie przez ramię i nie zwracał uwagi na moje krzyki, piski, czy to jak waliłam go po plecach. Czułam jak krew odpływa mi z twarzy, kiedy wrzucił mnie do męskiej toalety i przycisnął mocno do lodowatych kafelków na ścianie. Wrzasnełam, ale byliśmy w pomieszczeniu zupełnie sami. Poczułam jak brutalnie wpija się w moje usta i błądzi rekami po moim ciele. Zamarłam i próbowałam go odepchnąć, ale był dla mnie za silny. Łzy bezsilności zaszczypały mnie w oczy, a nieprzyjemny dreszcz przeszedł po moim kręgosłupie, gdy Rayn wsadził swoja dużą dłoń pod moja sukienkę i kierował nią w stronę mojej kobiecości. Nie wiedząc co robić ugryzłam go w język, który wepchnął mi do buzi, a on odskoczył ode mnie jak poparzony.
-Ty mała suko!- wydarł sie i wymierzył mi policzek. Pisnęłam cicho gdy moja głowa odbiła się mocno od ściany, a z pękniętej wargi wypłynęła krew. Łzy spłynęły mi po policzku, kiedy zdałam sobie sprawę, że boli mnie cała twarz, a obraz niebezpiecznie się zamazuję. Mój żołądek zacisnął się boleśnie, a ja z całej siły walczyłam by nie stracić przytomności. Jednak kiedy zobaczyłam czarne, duże plamy, które rozmazywały mi pole widzenia, wiedziałam, że to koniec. Osunęłam się na podłogę i odpłynęłam, czując się jak nic nie warta dziwka.
                Nie wiem ile byłam nieprzytomna, ale miałam wrażenie, że całą wieczność. Nie wiedziałam czy Rayn wziął sobie to co chciał, czy nie, ale czułam jak ktoś klepie mnie po policzku. Próbowałam otworzyć oczy, ale powieki były za ciężkie. Czułam ostry, pulsujący ból w tylnej części czaszki i na lewym policzku.
-Nat, do cholery, obudź się- usłyszałam zmartwiony głos Horana i zmusiłam się do otwarcia oczu. Ostre światło raziło niemiłosiernie, ale dałam sobie z nim radę. Grosza była piekąca warga, która pulsowała nieprzyjemnie.
-Co z nią?- zapytał głos podajże Liama, ale nie byłam pewna.
- Nie wiem- westchnął blondyn i pogłaskał mnie po policzku. W jego oczach zobaczyłam ból i strach. Nie chciałam tego. – Mała, słyszysz mnie?
-Tsa- mrugnęłam i podniosłam dłoń by chociaż trochę odgrodzić się od światła tych cholernych lamp.
-Dobra Horan. Zawiozę ją do szpitala, a ty zajmij się resztą- zakomunikował Payn, a ja zadrżałam. Nie chciałam tam jechać.
-Nie, nie do szpitala- wyszeptałam i chciałam wstać, ale ręce mojego przyjaciele skutecznie mnie powstrzymały.
-Leż, spokojnie. Możesz mieć wstrząs mózgu- mrugnął niebieskooki, a ja wyłapałam nutę wściekłości w jego głosie. Skrzywiłam się lekko i spojrzałam na nadgarstek, który pokryty był fioletowymi odciskami palców tego idioty.
-Niall, puść mnie w tej chwili. Nic mi nie jest- powiedziałam dość stanowczo, a on pokręcił głową i pomógł mi usiąść. Nadal byłam w sukience, wiec odetchnęłam z ulgą i zgarnęłam włosy, które opadały mi na twarz. Chciałam jak najszybciej znaleźć się w domu, więc podparłam się na ramieniu kolegi i wstałam na równe nogi. O dziwo nie miałam problemu z zachowaniem równowagi, ale dla bezpieczeństwa zdjęłam szpili i podeszłam do umywalek. Kiedy ujrzałam swoje odbicie, miałam ochotę wrzasnąć. Zacisnęłam jedynie zęby i przemyłam twarz lodowata wodą, która dała chwilową ulgę w bólu. Makijaż na szczęście było wodoodporny, więc zmyłam jedynie resztki zaschniętej krwi z brody.
-Jak się czujesz?- zapytał Liam i spojrzał na mnie w odbiciu lustra. Stał tuż za mną i po jego minie wywnioskowałam, że był zmartwiony, rozczulając mnie tym, bo prawie się nie znaliśmy.
-Na pewno lepiej niż wyglądam- parsknęłam i zachichotałam cicho. Całkowicie zignorowałam ból głowy i twarzy, próbując grać twardą.
-Boże, jesteś niemożliwa dziewczyno- zaśmiał się szatyn i  założył dłonie na piersi, bacznie mnie obserwując. – Chodź, odwiozę cię do domu- powiedział i już chciał mnie objąć w tali, ale odsunęłam się i posłałam mu znaczące spojrzenie.
-Dam sobie radę, mogę chodzić-powstrzymałam go i wyminęłam kierując się do drzwi.
-Baby- westchnął Horan, a ja jedynie potrząsnęłam zirytowana głową i wyszłam z ubikacji, czując za sobą obecność chłopców. Zaczęłam przepychać się przez tłum ludzi i po minucie opuściłam klub. Zaraz po mnie wyszedł Liam i wskazał dłonią, bym szła za nim. Tak też zrobiłam. Po kilku metrach ukazał mi się wielkich rozmiarów, czarny land rover, a jego właściciel otworzył mi drzwi i pomógł wejść do środka.
                Kiedy nasze skóry się ze sobą spotkały dreszcz przeszedł po moim ramieniu i spowodował, że szybko zabrałam palce. Liam jednak, nie poczuł chyba tego co ja, bo zamknął drzwi i usiadł na miejscu pasażera, nie zaszczycając mnie ani jednym spojrzeniem.
-Na pewno, wszystko gra?- zapytał wsadzając kluczyki do stacyjki i odpalając piękną maszynę.
-Tak, wszystko jest w porządku- odparłam, wpatrując się w noc, rozciągającą się za oknem.- A tak w ogóle to dziękuję za… za wszystko- wyjąkałam i posłałam chłopakowi delikatny uśmiech, który odwzajemnił. Czy mówiłam już, że jest cholernie przystojny? Jeśli tak, to się powtórzę. A ten uśmiech…
-Nie ma sprawy- odparł i wjechał na ulicę. Droga minęła nam w przyjemnej, niezobowiązującej ciszy. Dopiero teraz zaczęło docierać do mnie co się stało. Nigdy więcej nie idę do żadnego kluby. Poszłam raz i jak to się skończyło? Nie za ciekawie.
-Poradzisz sobie sama, czy jednak wejść z Toba?- był cholernie uparty, ale to czyniło, że zyskiwał jeszcze większe uznanie z mojej strony.
-Tak, Liam. Poradzę sobie, a ty się już mną nie przejmuj i wracaj się bawić, bo z tego co wiem zepsułam wam imprezę- skrzywiłam się lekko, uświadamiając sobie znaczenie tych słów. Zorientowałam się, że stoimy przed moim domem, więc złapałam torebkę i nacisnęłam klamkę. Już miałam opuścić pojazd, kiedy poczułam jak chłopaka łapie mnie delikatnie za zdrowy nadgarstek. Jego dotyk był zupełnie inny niż Rayn’a, delikatny, ale stanowczy. Nie brutalny i sprawiający ból. Spojrzałam na niego i wróciłam na swoje miejsce.
-Nie pozwalam ci tak myśleć, nic nie popsułaś- warknął, a mnie przebiegł dreszcz. W jego oczach widziałam pewność z jakimi wypowiedział te słowa.
-Okay, ale i tak dziękuję- posłałam mu delikatny uśmiech i udałam się w stronę domu, zamykając za sobą delikatnie drzwi pasażera. Szatyn odjechał dopiero wtedy gdy zamknęłam za sobą dom na cztery spusty. Zapaliłam światło i zdjęłam płaszcz, którym nakrył mnie Horan gdy wychodziłam z klubu oraz szpilki, od których bolały mnie już nogi. Westchnęłam cicho i weszłam do kuchni. Nalałam sobie szklankę wody i wypiłam ją za jednym zamachem, czując jak moje gardło jest wyschnięte na wiór. Przetarłam zmęczona twarz i syknęłam cicho, zapominając o rozciętej wardze. Odepchnęłam się od blatu i udałam się do swojego pokoju, w którym wzięłam szybki prysznic i umyłam włosy. Na wargę nałożyłam jakąś maść i z trudem wsmarowałam ją w bolące miejsce.
                Włożyłam na siebie jakąś dużo za dużą koszulkę i świeżą bielizną. Rozczesałam wilgotne włosy i wysuszyłam je. Wróciłam do kuchni i nalałam sobie picia na noc, przy okazji popijając nią jakieś proszki naprzeciw bólowe. Przed położeniem się do łóżka zasłoniłam zasłony i zgasiłam światło. Sen jak na złość nie chciał przyjść. Gdy zamykałam oczy, widziałam zielone, potwornie zimne i agresywne spojrzenie barmana z klubu. Czułam na sobie jego dłonie, sunące po moim ciele. Kilka łez spłynęła mi po policzku i objęłam się ramionami, chcąc nie rozpaść się na kawałki. Gdyby nie chłopcy nie wiem co by się stało i nie wiem jak bym to przyjęła. Swoją drogą od chwili, w której zemdlałam nie widziałam Rayn’a, ale jakoś specjalnie nie interesowało co się z nim stało. Ważne, że byłam już bezpieczna. Z tą myślą Morfeusz zabrał mnie do swojej krainy.

               


środa, 19 sierpnia 2015

Rozdział 1

Witam wszystkich!
Mam nadzieje, że rozdział wam się spodoba. 
Nie jest za długi, ale postanowiłam dodawać je może tak raz w tygodniu.
Jeszcze nie wiem. Nic nie obiecuję
Miłego czytania
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

Charakter i zachowania osób w opowiadaniu jest przeze mnie całkowicie wymyślone i może znacznie różnić się od prawdziwego. Nie znam tych ludzi, więc tak naprawdę używam tylko ich wyglądu i czasami niektórych faktów o nich. To wszystko.

                Ziewnęłam przeciągle i wyłączyłam budzik, który przerwał mój krótki sen. Po pięciu godzinach spania czułam się wypoczęta i gotowa do działania. Po siedmiu latach pracy w szpitalu zdążyłam przyzwyczaić się do takiego trybu życia i powiem szczerze, że było warto się poświęcać chociaż w tak prosty sposób. Przetarłam lekko zaspane oczy i podnosząc się do pozycji pionowej opuściłam nogi na puchaty, biały dywan, który zagrzewał miejsce pod moim łóżkiem.  Rozejrzałam się po pokoju,
zachowanym w jasnej tonacji i wyjrzałam przez okno. Jak to w Anglii, pogoda nie była zniewalająca. Westchnęłam cicho i poczułam, że w chwili natychmiastowej potrzebuję prysznica. Wsadziłam więc stopy w klapki i poczłapałam do łazienki. Zrzuciłam szybko z siebie piżamy i spięłam włosy, w wysokiego koka, by ich nie zamoczyć. Po kilku sekundach weszłam do kabiny i poczułam jak lodowate kropelki wody rozbudzają i orzeźwiają moje ciało. Wtarłam w siebie szybko żel czekoladowy i zmyłam go w podobnym tępię. Wyszłam z pod natrysku i wytarłam się dokładnie czystym ręcznikiem. Od razu lepiej, pomyślałam owijając się materiałem, rozczesując włosy i opuszczając pomieszczenie. Lekko zadrżałam wychodząc z pomieszczenia i szybkim krokiem udałam się do szafy. Zdecydowałam się na pierwszy lepszy zestaw, składający się z białego, grubszego swetra, koralowych rurek i żółtych conversów. Przejrzałam się w lustrze i doszłam do wniosku, że nie wyglądam najgorzej.  Odruchowo przygładziłam ubranie i nałożyłam na twarz delikatny podkład, a oczy podkreśliłam lekko tuszem do rzęs. W moim zawodzie nie można było się mocno malować, poza tym ja nawet nie lubiłam tego robić. Nie byłam typem zadufanej w sobie księżniczki, chodzącej w ciuchach od najlepszych projektantów i w szpilkach od Manolo. Z resztą nie oszukujmy się, mając 24 lat i pracując jako onkolog w takim stroju wyglądałabym co najmniej śmiesznie. Spryskałam się jeszcze ulubionymi perfumami i zabrałam telefon z szafki nocnej.  Udałam się powoli do kuchni, mając jeszcze sporo czasu do wyjścia, by zrobić sobie najukochańszą na świecie mocną, czarną kawę, która pozwalała mi pracować na najwyższych obrotach przez cały dzień. Kiedy czekałam aż woda się zagotuje spakowałam wszystkie papiery potrzebne do pracy, takie jak ksero wyników niektórych pacjentów, których skala wieku wahała się od 10 do mniej więcej 65 lat. To smutne, że tak młode osoby chorują na takie choroby jak rak. Właśnie dlatego jestem tym kim jestem. Nie miałam łatwego dzieciństwa, więc czułam cholerną ochotę niesienia pomocy innym. Zostałam lekarzem na oddziale onkologicznym w Mullingar by dawać nadzieję na dalsze, lepsze życie i po to, by móc pomagać tym osobą. Nawet nie zdajecie sobie sprawy jakie to piękne uczucie móc wypisać młodego dzieciaka do domu po ciężkich chemio i radio terapiach. Szerokie uśmiechy i łzy radości na twarzy rodziny pacjenta są bezcenne i wynagradzają mi każde cierpienie jakie dopadło mnie w życiu. Oczywiście, że zdarza się, ze pacjent nie przeżyje ciężkiej operacji czy zabiegu, mającego za zadanie utrzymać go na tym świecie. Wtedy jednak wiem, że zrobiłam wszystko, by pomóc, oddałam całą siebie. Jeśli nie wyszło staram się nie załamać i wiem, że nie przegrałam, bo dopóki walczysz jesteś zwyciężcą, nawet jeśli nie widać cienia szansy. A my się nie poddajemy, to nasza zasada. Nasz zespół jest najlepszą grupą lekarzy w Wielkiej Brytanii.
                Moje rozmyślania przerwał dźwięk zaparzonej wody, wiec szybko wrzuciłam do torebki ostatnie drobiazgi i pobiegłam zalać sobie napar, którego świeży, przyjemny zapach od razu rozszedł się po całej kuchni. Moje kubki smakowe zwariowały, jak za każdym razem gdy tylko kawa z łyżeczką cukry cudownie przepłynęła przez mój przełyk. Jęknęłam i przymrużyłam oczy, ściskając w dłoniach kubek z wrzątkiem i rozkoszując się ciepłem. Szybko jednak dokończyłam zawartość naczynia i umyłam go po sobie. Następnie ruszyłam do przedpokoju, gdzie narzuciłam na siebie beżowy płaszczyki i wróciłam się po torebkę. Wychodząc przy okazji zgarnęłam kluczyki od domu i samochodu. Zamknęłam posiadłość i wskoczyłam do białego audi R8, stojącego na podjeździe. Wsadziłam kluczyki do stacyjki i przekręcając je ruszyłam w drogę do pracy.
                Mullingar było dość sporym miastem, a wiec o godzinie 7:30 rano, utknęłam w nieziemskim korku. Na światłach wystukiwałam na kierownicy rytm piosenki, która akurat leciała w radiu. Jednak zaraz po tym zamarłam słyszą głos mojego najlepszego przyjaciela i jego zespołu. Szeroki uśmiech zagościł na mojej twarzy i nuciłam pod nosem ich najprawdopodobniej nową piosenkę.
- A to mili państwo był nowy singiel  One Direction „Drag me down”. Chłopcy wydali go jakiś tydzień temu, a już znalazł się na pierwszych miejscach, list przebojów – usłyszałam głos prowadzącego i zachichotałam pod nosem. Niall i ja byliśmy najlepszymi przyjaciółmi, spotkaliśmy się codziennie do póki nie wyjechał po XFactorze. To ja go zmusiłam do pójścia tam i zaśpiewania. Nie żałuję, że to zrobiłam, chodź teraz prawie go nie widuję, to utrzymujemy stały kontakt i spotykamy się w przerwie między koncertami. Chodź nie raz znajduje się tysiące kilometrów ode mnie to wiem, że zawsze mogę na niego liczyć i gdy zajdzie taka potrzeba rzuci wszystko i przyleci do mnie. Ja zresztą tak samo. Jest dla mnie jak starszy brat, którego nigdy nie miałam.
                Zanim się obejrzałam stałam już przed szpitalem i parowałam autu. Kiedy wysiadłam z maszyny otulił mnie zimny wiatr, więc zapatuliłam się szczelniej płaszczem i szybko skierowałam się do placówki.
-Dzień dobry, pani ordynator- przywitał mnie miły i serdeczny głos recepcjonistki. Tak, jestem ordynatorem. Byłam tak inteligentnym dzieckiem, ze przeskoczyłam kilka klas i szybciej poszłam na studia. Teraz jestem gdzie jestem.
-Dzień dobry, Melisso- posłałam jej ciepły uśmiech i skierowałam się do swojego gabinetu, na oddziale onkologicznym. Po drodze przywitałam się z moimi podwładnymi, którzy byli jednocześnie moimi znajomymi. To nie tak, ze jakoś bardzo się przyjaźniliśmy, po prostu pomagaliśmy sobie gdy zaszła taka potrzeba. Każdy sobie ufał i to się liczyło. Niestety ja byłam takim typem osoby, że z nikim się jakoś szczególnie nie spoufalałam, jedynie darzyłam ich sympatią. Tak na dobrą sprawę, to miałam tylko jedną dobrą przyjaciółkę, której mówiłam absolutnie wszystko. Zamknęłam za sobą drzwi nie wielkiego pomieszczenia, urządzonego w nowoczesnym, ale jednocześnie eleganckim i majestatycznym stylu. Powiesiłam okrycie na wieszaki i zarzuciłam biały kitel z plakietką na ramiona. Związałam włosy w wysoką kitę i przejrzałam grafik. Rezydenci dopiero jedli śniadanie, więc miałam jeszcze jakieś pół godziny, za nim zacznie się obchód. Postanowiłam udać się do sekretariatu i zobaczyć czy przyszły do mnie wyniki jednego z moich młodszych podopiecznym. Casper miał 9 lat i był pełnym życia i pozytywnej energii chłopcem, który nie użalał się nad sobą. Walczył z białaczka od jakiś dwóch lat. Niedawno znaleźliśmy dla niego dawce szpiku i odbył się zabieg. Teraz tylko trzeba było stwierdzić jak organizm radzi sobie ze zmianami.
-Dzień dobry, Rebeco. Przyszło coś może do mnie?- zapytałam starszej kobiety, koło 50, której lekko pomarszczona twarz wykrzywiła się w promiennym uśmiechu, który niezwłocznie odwzajemniłam.
-Dzień dobry, pani ordynator. Tak przyszły wyniki tego małego chłopca- zakomunikowała i podała mi szarą kopertę A4.
-Dziękuję bardzo, już nie mogłam się ich doczekać- zaśmiałam się delikatnie i puściłam jej oczko. Widać rozbawiło ją to, bo pokręciła głową, śmiejąc się. Wyszłam i praktycznie pobiegłam do swojego królestwa. Naprawdę bardzo bym chciała, żeby wszystko było dobrze. Wiem, że nie wolno mi się angażować, ale ten chłopiec był dla mnie wyjątkowo ważny. Nie wyobrażałam sobie, że mogłabym go stracić. Zajmuję się nim od początku i zdążyłam się z nim zżyć. Gdy zatrzasnęłam za sobą drzwi usiadłam na kanapie, która znajdowała się przy nich i jednocześnie stała naprzeciwko dużego, dębowego biurka. Drżącymi rękami rozerwałam kopertę i wstrzymałam oddech czytając po kolei każdy akapit tekstu.
                Skoczyłam na równe nogi, a uśmiech wykrzywił mi usta. Z diagnostyki wynika, że przeszczep się przyjął i z chłopcem wszystko jest jak w najlepszym porządku. Zerwałam się z miejsca i chwyciłam służbowy telefon. Wykręciłam odpowiedni numer i po kilku sekundach usłyszałam zaspany głosy matki Caspra.
-Przepraszam, ze panią obudziłam, ale mam dla państwa ważne wieści. To nie jest rozmowa na telefon, więc proszę jak najszybciej przyjechać do szpitala- próbowałam, żeby mój głos był jak najbardziej neutralny, ale nie mogłam pohamować drżenia rąk.
-Tak, już jedziemy. Coś się stało?- pisnęła przestraszonym głosem pani McCann.
-Proszę jak najszybciej przyjechać- poprosiłam i rozłączyłam się. Chciałam zrobić niespodziankę rodzicom chłopca. Wiem, że pewnie wystraszyłam ich nie na żarty, ale no błagam. Nie potrafiłam inaczej. Pośpiesznie wyjęłam z torebki niewielkie pudełko, owinięte w granatowy papier i obwiązane złotą wstążką. Schowałam je do dużej kieszeni lekarskiego kitla i przewiesiłam na szyi czerwony stetoskop. Złapałam klucze od gabinetu i wszyłam, zamykając go.  Udałam się długim, pomalowanym korytarzem, do którego zapach zdążyłam już przywyknąć, do ostatniej sali, na końcu holu.
                Zapukałam delikatnie i weszłam do środka, nie czekając na pozwolenie. Jedynym łóżku, które znajdowało się w niewielkim pomieszczeniu leżał dziewięcioletni chłopiec z łysą główką i dużymi zielonymi oczami, w których zabłysły wesołe iskierki na widok mojej osoby.
-Hej młody, jak się dzisiaj czujesz?- zapytałam siadając na drewnianym taboreciku, który znajdowała się po prawej stronie łóżka, tuż obok kroplówki, która dostarczała do organizmu dziecka potrzebne witaminy i minerały.
-Dobry, Natalie. A dobrze, dobrze tylko strasznie mi się nudzi- powiedział zamaszyście gestykulując rękoma. Zaśmiałam się, widząc jak bardzo Se tym ekscytuje. Słodki dzieciak.
-A powiesz mi jaki dzisiaj dzień?- zapytałam, patrząc na niego zaciekawiona. Ciekawe, czy będzie pamiętał o swoich własnych urodzinach.
-Wydaje mi się, że 27 czerwca – powiedział i spojrzał na mnie niepewnie. Chyba rzeczywiście nic mu ta data nie mówiła.
-Wszystkiego najlepszego smyku- zachichotałam i wyjęłam z kieszeni zawiniątko i położyłam go koło jego ręki, która spoczywała wzdłuż ciała na białej, cienkiej pościeli.
-Raju, to dla mnie?- zadał pytanie, uśmiechając się głupkowato.
-No pewnie. Odpakuj i powiedz czy ci się podoba- poprosiłam i rozłożyłam się na krześle, zakładając ręce na piersiach. Dokładnie śledziłam jego szybkie ruchy, które wykonywała, chcąc szybko sprawdzić co znajduje się wewnątrz pudełka.
-O ja!!! Jak ci się udało to zdobyć? Są tylko dwa takie modele na tej części globu- podziwiał srebrny model ścigacza, którego znalezienie i kupno zajęło mi dobre pół roku. Jednak patrząc teraz na rozświetloną i bardzo szczęśliwą twarz tego młodzieńca, mogę spokojnie stwierdzić, że było warto.
-Mam swoje sposoby- powiedziałam i uśmiechnęłam się do niego tajemniczo. Mrugnął do mnie rozbawiony i zaczął jeździć samochodzikiem po poręczy ochronnej łóżka.
                Siedziałam jeszcze chwilę patrząc na wybryki małego i stwierdziłam, że zbliża się pora obchodu.
-Muszę iść teraz na obchód, ale jak skończę to jeszcze się zobaczymy, ok?
-Pewnie- rzucił nawet na mnie nie patrząc. Uśmiechnęłam się delikatnie i pogłaskałam go po łysej główce. Następnie opuściłam jego salę i ruszyłam w kierunku swojego pokoju. Idąc korytarzem usłyszałam jakieś krzyki, które zwróciły moją uwagę. Zatrzymała się przy drzwiach i odwróciłam w stronę źródła dźwięku.
-Pani doktor, pani doktor- zobaczyłam biegnąca w moją stronę panią i pana McCanna. Zachichotałam cicho patrząc jak kobieta prawie zgubiła torebkę i potknęła się na swoich wysokich szpilkach.
-Spokojnie, spokojnie. Nigdzie państwu nie ucieknę- powiedziałam, gdy do nich podeszłam i posłałam im uspokajający uśmiech.
-Prosiła pani, żebyśmy jak najszybciej przyjechali, więc jesteśmy- wytłumaczył 35 letni mężczyzna i splótł swoją dużą dłoń z dłonią małżonki. To było urocze.
-Zapraszam do gabinetu- zaprosiłam i skierowałam się do swojego biura. Otworzyłam drzwi rodzicom pacjenta, a sama zajęłam miejsce za biurkiem. Po chwili dwie postacie zajęły miejsca naprzeciw mnie i przeszywały mnie wzrokiem.
-Co się stało, pani doktor?- wypali zdenerwowana matka, bijając swoje długie paznokcie w skórę męża.
-Mam dla państwa pewną wiadomość- zaczęłam dokładnie obserwując ich reakcję.- Przyszły dzisiaj wyniki Caspra i mogę z przyjemnością oznajmić, że przeszczep się przyjął i zdrowiu chłopca nie zagraża już niebezpieczeństwo- oznajmiłam i uśmiechnęłam się szeroko. 34latka zalała się łzami, a jej wybranek wtulił ja mocno w swój płaszcz. Zobaczyłam jak po jego policzku spływa pojedyncza łza, a zaraz po tym schował twarz w czarnym szalu swojej żony. Siedziałam i patrzyłam na to, będą szczerze zauroczona. Właśnie dla takiego widoku robiłam to, co robiłam.
-Bardzo pani dziękujemy. Nigdy nie będziemy w stanie spłacić tego długu wdzięczności, który mamy wobec pani- wychlipała kobieta i starła łże z policzka.
- Nie macie państwo wobec mnie żadnego dług wdzięczności. To moja praca, a poza tym mi tak samo zależało na zdrowiu państwa dziecka- rzuciłam i posłałam jej rozbawione spojrzenie.
-Naprawdę bardzo dziękujemy- wychrypiał mężczyzna i uśmiechnął się przez łzy.
-Cała przyjemność po mojej stronie. Proszę teraz iść do dziecka, a ja skończę obchód i jeszcze porozmawiamy o wypisie- zadecydowałam i wstała zabierając ze sobą papiery. Nacisnęłam klamkę, ale zaraz ją puściłam głos blondynki.
-Pani doktor- wyszeptała, a odwróciłam się w jej stronę. Za nim się obejrzałam zamknęła mnie w niedźwiedzim uścisku. Zaśmiałam się cicho i odwzajemniłam przez chwilę uścisk.
-Teraz przepraszam państwa, ale naprawdę muszę już iść- opuściłam ręce i wyszłam z pomieszczenia, zamykając go zaraz po tym jak pozostał już pusty. Szybkim krokiem ruszyłam do pokoju lekarskiego i zebrałam wszystkich obecnych lekarzy. W sumie obejście i zbadanie każdego z naszych podopiecznych zajęło nam ponad godzinę. Następnie zebraliśmy się wszyscy i rozplanowaliśmy grafik na następne kilka dni. Zadecydowaliśmy jakie operacje, kiedy będziemy przeprowadzać, kto będzie w nich uczestniczył i kto będzie asystować. W skrócie omówiliśmy całe najbliższe 7 dni.
                Koło 14 udałam się na przerw, do dość dużego baru, gdzie kupiłam sobie kanapkę z sałatą, szynką i jajkiem. Tak, to był mój obiad. Właśnie brała ostatniego gryza bułki kiedy do mojego stolika podeszła Brooke, moja najlepsza i jedyna przyjaciółka. Pracowałyśmy w tym samym szpitalu, ale na innych oddziałach. Ona była kardiologiem i w sumie widywaliśmy co najmniej raz dziennie.
-Kocham twoją kawę- wymruczała zajmując miejsce naprzeciw mnie i wypijając połowę mojego napoju.
-No widzisz- parsknęłam i wypiłam resztki jakie pozostawiła mi ruda osóbka. Nie było tego za wiele, ale cóż kocham ja jak siostrę, wiec daruję jej to.
- Mam nadzieję, że przyjdziesz na mój ślub- rzuciłam rozsiadając się wygodnie i poprawiając fartuch.
-No pewnie, w końcu jako świadek, muszę tam być.
-Nie zrozumiałaś – westchnęła i przeczesała palcami włosy. – Miałam na myśli, że chcę cię tam zobaczyć z kimś- dopowiedziała posyłając mi jednoznaczne spojrzenie.
-Brookie, błagam cię- jęknęłam i zakryłam twarz dłońmi. Moja przyjaciółka na siłę chciała mnie wyswatać. Nie docierało do niej, że jako samotna kobieta też mogę być szczęśliwa.
-Zrozum, że nie chcę żebyś do końca życia była sama- wyszeptała, pochylając się nad stolikiem w moja stronę.
-Ale mi jest samej dobrze- prychnęłam i błagałam, żeby przestała drążyć ten temat.
-Ja wiem, że miałaś ciężki związek z Peterem, ale nie wszyscy tacy są- odparła i widziałam po jej minie, że zaczyna się denerwować. Nie chciałam się z nią kłócić, więc wstałam i przechodząc obok mruknęłam.
-Zobaczę co da się zrobić.
                Nieśpiesznie udałam się pokoju Casperka i uśmiech wypłynął na moją twarz, gdy zobaczyła roześmianą rodzinkę McCannów. Weszłam nieśmiało do środka i oparłam się o barierkę łóżka.
-A więc myślę, że już jutro będą mogli zabrać Caspra do domu. Jednak prosiłabym, żeby przez pierwsze dwa miesiące pojawiali się państwo w szpitalu, a i oczywiście jeśli coś zaczęło by się dziać, ale w to wątpię- rzuciłam i posłałam małemu ciepły uśmiech.
-Dobrze pani doktor, będziemy się stawiać na wizyty- odparła jego szczęśliwa matka.
-I prawidłowa, a ja teraz uciekam przygotować wypis- odparłam i wróciłam do swojego zacisza.
                Niecałe dwie godziny później usłyszałam pukanie do drzwi i podniosłam głowę znad różnych dokumentów.
-Proszę- powiedziałam i przybiłam pieczątkę na jakieś karcie.
-Dobry, Nat- przywitał się ze mną starszy, pulchny mężczyzna przed 60. Na nosie miał okulary, za których obserwowały mnie szare oczy.
-Dobry, dyrektorze- przywitałam się i pokazałam ręką, żeby sobie usiadł.
-Ile razy mam ci powtarzać, żebyś mówiła do mnie po imieniu?- zapytał, lekko oburzony moją postawa. Tak, od jakiegoś czasu jesteśmy na „T” , ale ja nadal nie umiem się przestawić.
-Przepraszam, Stefanie- zachichotałam i podpisałam się na papierze. Wypis gotowy.
-Jak się miewa twój pacjent?- zapytał nie spuszczając ze mnie wzroku.
- Bardzo dobrze, przeszczep się przyjął i jutro wychodzi do domu.
- To znakomicie, w takim razie proszę mi to podpisać- rozkazał radośnie podając mi plik kartek. Spojrzałam na nie badawczo, a potem przeniosłam wzrok na mężczyznę.
-Co to jest?- zapytałam podejrzliwie.
- Przejrzałem twoje papiery i stwierdziłem, że nie wiem jak ty funkcjonujesz. Jesteś fenomenalnym lekarzem, ale także człowiekiem, a od siedmiu lat nie byłaś na urlopie. Nawet na chorobowe ani razu nie poszłaś- zaczął swój wywód, a ja już wiedziałam do czego zmierza.
-Nie ma mowy, nie idę na urlop- odłożyłam dokument i wznowiłam robotę. Ten szpital i pacjenci to całe moje Zycie. Nie mam rodziny, a nie chłopaka. Gdyby nie ta praca już dawno by mnie nie było. Ona jest dla mnie jak tlen.
-Nie ma dyskusji. To przymusowy, dwu miesięczny urlop.
-Ale, Stefan…- zaczęłam, ale nie dane było mi dokończyć.
-Nie ma ale, nie chcę cię tu widzieć do 1 września. Masz odpocząć. Nabrać nowych sił do działania. No już, podpisuj- ponaglił i zaśmiał się. Wiedziałam, ze nie odpuści, ale ja naprawdę nie potrzebowałam wakacji. Westchnęłam i podpisałam niechętnie papier.
- No ja już się wszystkim zajmę, a ty masz od jutra wolne, a właściwie zdaje się, że za 15 minut kończysz dyżur, wiec od wtedy- zaśmiał się radośnie i gdybym go dobrze nie znała pomyślałabym, ze robi to celowo, ale prawda jest inna. Martwił się o mnie.
-Niech będzie – mruknęłam i próbowałam się uśmiechnąć, ale zamiast tego grymas wykrzywił mi usta.
-No to miłego urlopu- posłał mi ostatnie spojrzenie i opuścił sale. Boże i co ja teraz zrobię. Nie wiedziałam czy jestem bardziej zrozpaczona, czy zła. Normalna osoba skakała by z radości mogąc spędzić czas z rodziną, dziećmi, mężem. Ja nie posiadam ani jednej z tych rzeczy. Mieszkam sama w dość dużym domem, a wolny czas spędzam wraz z pacjentami, to oni są moja rodziną. Złapałam wypis i wyszłam z gabinetu, udając się do sali nr 48.
-Witam, proszę to jest wypis. Okazało się, że Casper będzie mógł wyjść już dzisiaj. Proszę tylko pamiętać o wizytach. Niestety będzie mnie zastępować inny lekarz, bo zostałam wysłana na urlop, ale we wrześniu znów się spotkamy- posłałam im pocieszający uśmiech, ale czułam się kompletnie wypruta z emocji. Powrót do domu napawał mnie smutkiem i rozgoryczeniem. Nie chciałam tam wracać.
-Zasłużyła sobie pani. Od dwóch lat była pani z naszym chłopcem w dzień w dzień- rzuciła kobieta i mrugnęła do mnie z wdzięcznością.
-Dziękuje- powiedziałam i poczułam jak łzy stają mi w oczach. Bałam się. – To na razie mały. Trzymaj się- powiedziałam i przytuliłam mocno chłopczyka.
-Trzymaj się, Nat. Dziękuję za wszystko – wyszeptał mi do ucha, a ja poczułam jak po moim policzku spływa słona łza. Wytarłam ją niepostrzeżenie i mrugnęłam rozbawiona.
-Nie masz za co maluchu- rzuciłam ostatni raz okiem na rodzinę i szybko wyszłam, starając się zachować spokój.
                W biurze posprzątałam blat i odłożyłam wszystko na swoje miejsce. Ostatni raz usiadłam na swoim dużym, miękkim fotelu i zakręciłam się dookoła.
-Przepraszam, ale ma pani jeszcze jednego pacjenta- rzuciła siostra i spojrzała na mnie z nieodgadnionym wyrazem twarzy.
-Ale nie mam już nikogo zapisanego- zmarszczyła zdziwiona brwi i spojrzałam na nią.
-Nalegam żeby mnie pani jednak przyjęła- usłyszałam tak dobrze mi znany głos i poczułam jak przyjemne ciepło rozchodzi się po moim ciele. Zerwałam się z krzesła, a osoba weszła do pomieszczenia. Niebieskie tęczówki blondyna skanowały mnie dokładnie, a jego usta wykrzywiły się w szerokim uśmiechu.

-Niall!- pisnęłam i rzuciłam się na przyjaciela. 

niedziela, 16 sierpnia 2015

Prolog

Jeśli nie pójdziesz po to co chcesz 
- nigdy nie będziesz tego miał.
Jeśli nie zapytasz 
-odpowiedź zawsze brzmiała NIE.
Jeśli nie pójdziesz na przód
- zawsze będziesz stać w miejscu.
Nie ma rzeczy niemożliwych.
Wszystko zależy od nas. 

Tego nauczyłam się przez te dwa miesiące przymusowego urlopu. Czy zmieniłabym cokolwiek? Nie. 
Jeśli miałabym cierpieć jeszcze raz by przeżyć ten czas od nowa, zrobiłabym to tylko po to żeby mieć cie już zawsze przy sobie. Jesteś tego wart. Od teraz nie boję się bólu, ani cierpienia. Gdyż wiem, że po deszczu zawsze wychodzi słońce. 

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Witam wszystkich na moim nowym blogu!
Chciałabym gorąco wszystkich przywitać i zaprosić do czytania.
Wiem, że z prologu nie wiele wynika, ale z czasem wszystko stanie się jasne. 
Mam nadzieje, że was nie zawiodę. 
Pierwszy rozdział już wkrótce. 
Zapraszam!