środa, 19 sierpnia 2015

Rozdział 1

Witam wszystkich!
Mam nadzieje, że rozdział wam się spodoba. 
Nie jest za długi, ale postanowiłam dodawać je może tak raz w tygodniu.
Jeszcze nie wiem. Nic nie obiecuję
Miłego czytania
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

Charakter i zachowania osób w opowiadaniu jest przeze mnie całkowicie wymyślone i może znacznie różnić się od prawdziwego. Nie znam tych ludzi, więc tak naprawdę używam tylko ich wyglądu i czasami niektórych faktów o nich. To wszystko.

                Ziewnęłam przeciągle i wyłączyłam budzik, który przerwał mój krótki sen. Po pięciu godzinach spania czułam się wypoczęta i gotowa do działania. Po siedmiu latach pracy w szpitalu zdążyłam przyzwyczaić się do takiego trybu życia i powiem szczerze, że było warto się poświęcać chociaż w tak prosty sposób. Przetarłam lekko zaspane oczy i podnosząc się do pozycji pionowej opuściłam nogi na puchaty, biały dywan, który zagrzewał miejsce pod moim łóżkiem.  Rozejrzałam się po pokoju,
zachowanym w jasnej tonacji i wyjrzałam przez okno. Jak to w Anglii, pogoda nie była zniewalająca. Westchnęłam cicho i poczułam, że w chwili natychmiastowej potrzebuję prysznica. Wsadziłam więc stopy w klapki i poczłapałam do łazienki. Zrzuciłam szybko z siebie piżamy i spięłam włosy, w wysokiego koka, by ich nie zamoczyć. Po kilku sekundach weszłam do kabiny i poczułam jak lodowate kropelki wody rozbudzają i orzeźwiają moje ciało. Wtarłam w siebie szybko żel czekoladowy i zmyłam go w podobnym tępię. Wyszłam z pod natrysku i wytarłam się dokładnie czystym ręcznikiem. Od razu lepiej, pomyślałam owijając się materiałem, rozczesując włosy i opuszczając pomieszczenie. Lekko zadrżałam wychodząc z pomieszczenia i szybkim krokiem udałam się do szafy. Zdecydowałam się na pierwszy lepszy zestaw, składający się z białego, grubszego swetra, koralowych rurek i żółtych conversów. Przejrzałam się w lustrze i doszłam do wniosku, że nie wyglądam najgorzej.  Odruchowo przygładziłam ubranie i nałożyłam na twarz delikatny podkład, a oczy podkreśliłam lekko tuszem do rzęs. W moim zawodzie nie można było się mocno malować, poza tym ja nawet nie lubiłam tego robić. Nie byłam typem zadufanej w sobie księżniczki, chodzącej w ciuchach od najlepszych projektantów i w szpilkach od Manolo. Z resztą nie oszukujmy się, mając 24 lat i pracując jako onkolog w takim stroju wyglądałabym co najmniej śmiesznie. Spryskałam się jeszcze ulubionymi perfumami i zabrałam telefon z szafki nocnej.  Udałam się powoli do kuchni, mając jeszcze sporo czasu do wyjścia, by zrobić sobie najukochańszą na świecie mocną, czarną kawę, która pozwalała mi pracować na najwyższych obrotach przez cały dzień. Kiedy czekałam aż woda się zagotuje spakowałam wszystkie papiery potrzebne do pracy, takie jak ksero wyników niektórych pacjentów, których skala wieku wahała się od 10 do mniej więcej 65 lat. To smutne, że tak młode osoby chorują na takie choroby jak rak. Właśnie dlatego jestem tym kim jestem. Nie miałam łatwego dzieciństwa, więc czułam cholerną ochotę niesienia pomocy innym. Zostałam lekarzem na oddziale onkologicznym w Mullingar by dawać nadzieję na dalsze, lepsze życie i po to, by móc pomagać tym osobą. Nawet nie zdajecie sobie sprawy jakie to piękne uczucie móc wypisać młodego dzieciaka do domu po ciężkich chemio i radio terapiach. Szerokie uśmiechy i łzy radości na twarzy rodziny pacjenta są bezcenne i wynagradzają mi każde cierpienie jakie dopadło mnie w życiu. Oczywiście, że zdarza się, ze pacjent nie przeżyje ciężkiej operacji czy zabiegu, mającego za zadanie utrzymać go na tym świecie. Wtedy jednak wiem, że zrobiłam wszystko, by pomóc, oddałam całą siebie. Jeśli nie wyszło staram się nie załamać i wiem, że nie przegrałam, bo dopóki walczysz jesteś zwyciężcą, nawet jeśli nie widać cienia szansy. A my się nie poddajemy, to nasza zasada. Nasz zespół jest najlepszą grupą lekarzy w Wielkiej Brytanii.
                Moje rozmyślania przerwał dźwięk zaparzonej wody, wiec szybko wrzuciłam do torebki ostatnie drobiazgi i pobiegłam zalać sobie napar, którego świeży, przyjemny zapach od razu rozszedł się po całej kuchni. Moje kubki smakowe zwariowały, jak za każdym razem gdy tylko kawa z łyżeczką cukry cudownie przepłynęła przez mój przełyk. Jęknęłam i przymrużyłam oczy, ściskając w dłoniach kubek z wrzątkiem i rozkoszując się ciepłem. Szybko jednak dokończyłam zawartość naczynia i umyłam go po sobie. Następnie ruszyłam do przedpokoju, gdzie narzuciłam na siebie beżowy płaszczyki i wróciłam się po torebkę. Wychodząc przy okazji zgarnęłam kluczyki od domu i samochodu. Zamknęłam posiadłość i wskoczyłam do białego audi R8, stojącego na podjeździe. Wsadziłam kluczyki do stacyjki i przekręcając je ruszyłam w drogę do pracy.
                Mullingar było dość sporym miastem, a wiec o godzinie 7:30 rano, utknęłam w nieziemskim korku. Na światłach wystukiwałam na kierownicy rytm piosenki, która akurat leciała w radiu. Jednak zaraz po tym zamarłam słyszą głos mojego najlepszego przyjaciela i jego zespołu. Szeroki uśmiech zagościł na mojej twarzy i nuciłam pod nosem ich najprawdopodobniej nową piosenkę.
- A to mili państwo był nowy singiel  One Direction „Drag me down”. Chłopcy wydali go jakiś tydzień temu, a już znalazł się na pierwszych miejscach, list przebojów – usłyszałam głos prowadzącego i zachichotałam pod nosem. Niall i ja byliśmy najlepszymi przyjaciółmi, spotkaliśmy się codziennie do póki nie wyjechał po XFactorze. To ja go zmusiłam do pójścia tam i zaśpiewania. Nie żałuję, że to zrobiłam, chodź teraz prawie go nie widuję, to utrzymujemy stały kontakt i spotykamy się w przerwie między koncertami. Chodź nie raz znajduje się tysiące kilometrów ode mnie to wiem, że zawsze mogę na niego liczyć i gdy zajdzie taka potrzeba rzuci wszystko i przyleci do mnie. Ja zresztą tak samo. Jest dla mnie jak starszy brat, którego nigdy nie miałam.
                Zanim się obejrzałam stałam już przed szpitalem i parowałam autu. Kiedy wysiadłam z maszyny otulił mnie zimny wiatr, więc zapatuliłam się szczelniej płaszczem i szybko skierowałam się do placówki.
-Dzień dobry, pani ordynator- przywitał mnie miły i serdeczny głos recepcjonistki. Tak, jestem ordynatorem. Byłam tak inteligentnym dzieckiem, ze przeskoczyłam kilka klas i szybciej poszłam na studia. Teraz jestem gdzie jestem.
-Dzień dobry, Melisso- posłałam jej ciepły uśmiech i skierowałam się do swojego gabinetu, na oddziale onkologicznym. Po drodze przywitałam się z moimi podwładnymi, którzy byli jednocześnie moimi znajomymi. To nie tak, ze jakoś bardzo się przyjaźniliśmy, po prostu pomagaliśmy sobie gdy zaszła taka potrzeba. Każdy sobie ufał i to się liczyło. Niestety ja byłam takim typem osoby, że z nikim się jakoś szczególnie nie spoufalałam, jedynie darzyłam ich sympatią. Tak na dobrą sprawę, to miałam tylko jedną dobrą przyjaciółkę, której mówiłam absolutnie wszystko. Zamknęłam za sobą drzwi nie wielkiego pomieszczenia, urządzonego w nowoczesnym, ale jednocześnie eleganckim i majestatycznym stylu. Powiesiłam okrycie na wieszaki i zarzuciłam biały kitel z plakietką na ramiona. Związałam włosy w wysoką kitę i przejrzałam grafik. Rezydenci dopiero jedli śniadanie, więc miałam jeszcze jakieś pół godziny, za nim zacznie się obchód. Postanowiłam udać się do sekretariatu i zobaczyć czy przyszły do mnie wyniki jednego z moich młodszych podopiecznym. Casper miał 9 lat i był pełnym życia i pozytywnej energii chłopcem, który nie użalał się nad sobą. Walczył z białaczka od jakiś dwóch lat. Niedawno znaleźliśmy dla niego dawce szpiku i odbył się zabieg. Teraz tylko trzeba było stwierdzić jak organizm radzi sobie ze zmianami.
-Dzień dobry, Rebeco. Przyszło coś może do mnie?- zapytałam starszej kobiety, koło 50, której lekko pomarszczona twarz wykrzywiła się w promiennym uśmiechu, który niezwłocznie odwzajemniłam.
-Dzień dobry, pani ordynator. Tak przyszły wyniki tego małego chłopca- zakomunikowała i podała mi szarą kopertę A4.
-Dziękuję bardzo, już nie mogłam się ich doczekać- zaśmiałam się delikatnie i puściłam jej oczko. Widać rozbawiło ją to, bo pokręciła głową, śmiejąc się. Wyszłam i praktycznie pobiegłam do swojego królestwa. Naprawdę bardzo bym chciała, żeby wszystko było dobrze. Wiem, że nie wolno mi się angażować, ale ten chłopiec był dla mnie wyjątkowo ważny. Nie wyobrażałam sobie, że mogłabym go stracić. Zajmuję się nim od początku i zdążyłam się z nim zżyć. Gdy zatrzasnęłam za sobą drzwi usiadłam na kanapie, która znajdowała się przy nich i jednocześnie stała naprzeciwko dużego, dębowego biurka. Drżącymi rękami rozerwałam kopertę i wstrzymałam oddech czytając po kolei każdy akapit tekstu.
                Skoczyłam na równe nogi, a uśmiech wykrzywił mi usta. Z diagnostyki wynika, że przeszczep się przyjął i z chłopcem wszystko jest jak w najlepszym porządku. Zerwałam się z miejsca i chwyciłam służbowy telefon. Wykręciłam odpowiedni numer i po kilku sekundach usłyszałam zaspany głosy matki Caspra.
-Przepraszam, ze panią obudziłam, ale mam dla państwa ważne wieści. To nie jest rozmowa na telefon, więc proszę jak najszybciej przyjechać do szpitala- próbowałam, żeby mój głos był jak najbardziej neutralny, ale nie mogłam pohamować drżenia rąk.
-Tak, już jedziemy. Coś się stało?- pisnęła przestraszonym głosem pani McCann.
-Proszę jak najszybciej przyjechać- poprosiłam i rozłączyłam się. Chciałam zrobić niespodziankę rodzicom chłopca. Wiem, że pewnie wystraszyłam ich nie na żarty, ale no błagam. Nie potrafiłam inaczej. Pośpiesznie wyjęłam z torebki niewielkie pudełko, owinięte w granatowy papier i obwiązane złotą wstążką. Schowałam je do dużej kieszeni lekarskiego kitla i przewiesiłam na szyi czerwony stetoskop. Złapałam klucze od gabinetu i wszyłam, zamykając go.  Udałam się długim, pomalowanym korytarzem, do którego zapach zdążyłam już przywyknąć, do ostatniej sali, na końcu holu.
                Zapukałam delikatnie i weszłam do środka, nie czekając na pozwolenie. Jedynym łóżku, które znajdowało się w niewielkim pomieszczeniu leżał dziewięcioletni chłopiec z łysą główką i dużymi zielonymi oczami, w których zabłysły wesołe iskierki na widok mojej osoby.
-Hej młody, jak się dzisiaj czujesz?- zapytałam siadając na drewnianym taboreciku, który znajdowała się po prawej stronie łóżka, tuż obok kroplówki, która dostarczała do organizmu dziecka potrzebne witaminy i minerały.
-Dobry, Natalie. A dobrze, dobrze tylko strasznie mi się nudzi- powiedział zamaszyście gestykulując rękoma. Zaśmiałam się, widząc jak bardzo Se tym ekscytuje. Słodki dzieciak.
-A powiesz mi jaki dzisiaj dzień?- zapytałam, patrząc na niego zaciekawiona. Ciekawe, czy będzie pamiętał o swoich własnych urodzinach.
-Wydaje mi się, że 27 czerwca – powiedział i spojrzał na mnie niepewnie. Chyba rzeczywiście nic mu ta data nie mówiła.
-Wszystkiego najlepszego smyku- zachichotałam i wyjęłam z kieszeni zawiniątko i położyłam go koło jego ręki, która spoczywała wzdłuż ciała na białej, cienkiej pościeli.
-Raju, to dla mnie?- zadał pytanie, uśmiechając się głupkowato.
-No pewnie. Odpakuj i powiedz czy ci się podoba- poprosiłam i rozłożyłam się na krześle, zakładając ręce na piersiach. Dokładnie śledziłam jego szybkie ruchy, które wykonywała, chcąc szybko sprawdzić co znajduje się wewnątrz pudełka.
-O ja!!! Jak ci się udało to zdobyć? Są tylko dwa takie modele na tej części globu- podziwiał srebrny model ścigacza, którego znalezienie i kupno zajęło mi dobre pół roku. Jednak patrząc teraz na rozświetloną i bardzo szczęśliwą twarz tego młodzieńca, mogę spokojnie stwierdzić, że było warto.
-Mam swoje sposoby- powiedziałam i uśmiechnęłam się do niego tajemniczo. Mrugnął do mnie rozbawiony i zaczął jeździć samochodzikiem po poręczy ochronnej łóżka.
                Siedziałam jeszcze chwilę patrząc na wybryki małego i stwierdziłam, że zbliża się pora obchodu.
-Muszę iść teraz na obchód, ale jak skończę to jeszcze się zobaczymy, ok?
-Pewnie- rzucił nawet na mnie nie patrząc. Uśmiechnęłam się delikatnie i pogłaskałam go po łysej główce. Następnie opuściłam jego salę i ruszyłam w kierunku swojego pokoju. Idąc korytarzem usłyszałam jakieś krzyki, które zwróciły moją uwagę. Zatrzymała się przy drzwiach i odwróciłam w stronę źródła dźwięku.
-Pani doktor, pani doktor- zobaczyłam biegnąca w moją stronę panią i pana McCanna. Zachichotałam cicho patrząc jak kobieta prawie zgubiła torebkę i potknęła się na swoich wysokich szpilkach.
-Spokojnie, spokojnie. Nigdzie państwu nie ucieknę- powiedziałam, gdy do nich podeszłam i posłałam im uspokajający uśmiech.
-Prosiła pani, żebyśmy jak najszybciej przyjechali, więc jesteśmy- wytłumaczył 35 letni mężczyzna i splótł swoją dużą dłoń z dłonią małżonki. To było urocze.
-Zapraszam do gabinetu- zaprosiłam i skierowałam się do swojego biura. Otworzyłam drzwi rodzicom pacjenta, a sama zajęłam miejsce za biurkiem. Po chwili dwie postacie zajęły miejsca naprzeciw mnie i przeszywały mnie wzrokiem.
-Co się stało, pani doktor?- wypali zdenerwowana matka, bijając swoje długie paznokcie w skórę męża.
-Mam dla państwa pewną wiadomość- zaczęłam dokładnie obserwując ich reakcję.- Przyszły dzisiaj wyniki Caspra i mogę z przyjemnością oznajmić, że przeszczep się przyjął i zdrowiu chłopca nie zagraża już niebezpieczeństwo- oznajmiłam i uśmiechnęłam się szeroko. 34latka zalała się łzami, a jej wybranek wtulił ja mocno w swój płaszcz. Zobaczyłam jak po jego policzku spływa pojedyncza łza, a zaraz po tym schował twarz w czarnym szalu swojej żony. Siedziałam i patrzyłam na to, będą szczerze zauroczona. Właśnie dla takiego widoku robiłam to, co robiłam.
-Bardzo pani dziękujemy. Nigdy nie będziemy w stanie spłacić tego długu wdzięczności, który mamy wobec pani- wychlipała kobieta i starła łże z policzka.
- Nie macie państwo wobec mnie żadnego dług wdzięczności. To moja praca, a poza tym mi tak samo zależało na zdrowiu państwa dziecka- rzuciłam i posłałam jej rozbawione spojrzenie.
-Naprawdę bardzo dziękujemy- wychrypiał mężczyzna i uśmiechnął się przez łzy.
-Cała przyjemność po mojej stronie. Proszę teraz iść do dziecka, a ja skończę obchód i jeszcze porozmawiamy o wypisie- zadecydowałam i wstała zabierając ze sobą papiery. Nacisnęłam klamkę, ale zaraz ją puściłam głos blondynki.
-Pani doktor- wyszeptała, a odwróciłam się w jej stronę. Za nim się obejrzałam zamknęła mnie w niedźwiedzim uścisku. Zaśmiałam się cicho i odwzajemniłam przez chwilę uścisk.
-Teraz przepraszam państwa, ale naprawdę muszę już iść- opuściłam ręce i wyszłam z pomieszczenia, zamykając go zaraz po tym jak pozostał już pusty. Szybkim krokiem ruszyłam do pokoju lekarskiego i zebrałam wszystkich obecnych lekarzy. W sumie obejście i zbadanie każdego z naszych podopiecznych zajęło nam ponad godzinę. Następnie zebraliśmy się wszyscy i rozplanowaliśmy grafik na następne kilka dni. Zadecydowaliśmy jakie operacje, kiedy będziemy przeprowadzać, kto będzie w nich uczestniczył i kto będzie asystować. W skrócie omówiliśmy całe najbliższe 7 dni.
                Koło 14 udałam się na przerw, do dość dużego baru, gdzie kupiłam sobie kanapkę z sałatą, szynką i jajkiem. Tak, to był mój obiad. Właśnie brała ostatniego gryza bułki kiedy do mojego stolika podeszła Brooke, moja najlepsza i jedyna przyjaciółka. Pracowałyśmy w tym samym szpitalu, ale na innych oddziałach. Ona była kardiologiem i w sumie widywaliśmy co najmniej raz dziennie.
-Kocham twoją kawę- wymruczała zajmując miejsce naprzeciw mnie i wypijając połowę mojego napoju.
-No widzisz- parsknęłam i wypiłam resztki jakie pozostawiła mi ruda osóbka. Nie było tego za wiele, ale cóż kocham ja jak siostrę, wiec daruję jej to.
- Mam nadzieję, że przyjdziesz na mój ślub- rzuciłam rozsiadając się wygodnie i poprawiając fartuch.
-No pewnie, w końcu jako świadek, muszę tam być.
-Nie zrozumiałaś – westchnęła i przeczesała palcami włosy. – Miałam na myśli, że chcę cię tam zobaczyć z kimś- dopowiedziała posyłając mi jednoznaczne spojrzenie.
-Brookie, błagam cię- jęknęłam i zakryłam twarz dłońmi. Moja przyjaciółka na siłę chciała mnie wyswatać. Nie docierało do niej, że jako samotna kobieta też mogę być szczęśliwa.
-Zrozum, że nie chcę żebyś do końca życia była sama- wyszeptała, pochylając się nad stolikiem w moja stronę.
-Ale mi jest samej dobrze- prychnęłam i błagałam, żeby przestała drążyć ten temat.
-Ja wiem, że miałaś ciężki związek z Peterem, ale nie wszyscy tacy są- odparła i widziałam po jej minie, że zaczyna się denerwować. Nie chciałam się z nią kłócić, więc wstałam i przechodząc obok mruknęłam.
-Zobaczę co da się zrobić.
                Nieśpiesznie udałam się pokoju Casperka i uśmiech wypłynął na moją twarz, gdy zobaczyła roześmianą rodzinkę McCannów. Weszłam nieśmiało do środka i oparłam się o barierkę łóżka.
-A więc myślę, że już jutro będą mogli zabrać Caspra do domu. Jednak prosiłabym, żeby przez pierwsze dwa miesiące pojawiali się państwo w szpitalu, a i oczywiście jeśli coś zaczęło by się dziać, ale w to wątpię- rzuciłam i posłałam małemu ciepły uśmiech.
-Dobrze pani doktor, będziemy się stawiać na wizyty- odparła jego szczęśliwa matka.
-I prawidłowa, a ja teraz uciekam przygotować wypis- odparłam i wróciłam do swojego zacisza.
                Niecałe dwie godziny później usłyszałam pukanie do drzwi i podniosłam głowę znad różnych dokumentów.
-Proszę- powiedziałam i przybiłam pieczątkę na jakieś karcie.
-Dobry, Nat- przywitał się ze mną starszy, pulchny mężczyzna przed 60. Na nosie miał okulary, za których obserwowały mnie szare oczy.
-Dobry, dyrektorze- przywitałam się i pokazałam ręką, żeby sobie usiadł.
-Ile razy mam ci powtarzać, żebyś mówiła do mnie po imieniu?- zapytał, lekko oburzony moją postawa. Tak, od jakiegoś czasu jesteśmy na „T” , ale ja nadal nie umiem się przestawić.
-Przepraszam, Stefanie- zachichotałam i podpisałam się na papierze. Wypis gotowy.
-Jak się miewa twój pacjent?- zapytał nie spuszczając ze mnie wzroku.
- Bardzo dobrze, przeszczep się przyjął i jutro wychodzi do domu.
- To znakomicie, w takim razie proszę mi to podpisać- rozkazał radośnie podając mi plik kartek. Spojrzałam na nie badawczo, a potem przeniosłam wzrok na mężczyznę.
-Co to jest?- zapytałam podejrzliwie.
- Przejrzałem twoje papiery i stwierdziłem, że nie wiem jak ty funkcjonujesz. Jesteś fenomenalnym lekarzem, ale także człowiekiem, a od siedmiu lat nie byłaś na urlopie. Nawet na chorobowe ani razu nie poszłaś- zaczął swój wywód, a ja już wiedziałam do czego zmierza.
-Nie ma mowy, nie idę na urlop- odłożyłam dokument i wznowiłam robotę. Ten szpital i pacjenci to całe moje Zycie. Nie mam rodziny, a nie chłopaka. Gdyby nie ta praca już dawno by mnie nie było. Ona jest dla mnie jak tlen.
-Nie ma dyskusji. To przymusowy, dwu miesięczny urlop.
-Ale, Stefan…- zaczęłam, ale nie dane było mi dokończyć.
-Nie ma ale, nie chcę cię tu widzieć do 1 września. Masz odpocząć. Nabrać nowych sił do działania. No już, podpisuj- ponaglił i zaśmiał się. Wiedziałam, ze nie odpuści, ale ja naprawdę nie potrzebowałam wakacji. Westchnęłam i podpisałam niechętnie papier.
- No ja już się wszystkim zajmę, a ty masz od jutra wolne, a właściwie zdaje się, że za 15 minut kończysz dyżur, wiec od wtedy- zaśmiał się radośnie i gdybym go dobrze nie znała pomyślałabym, ze robi to celowo, ale prawda jest inna. Martwił się o mnie.
-Niech będzie – mruknęłam i próbowałam się uśmiechnąć, ale zamiast tego grymas wykrzywił mi usta.
-No to miłego urlopu- posłał mi ostatnie spojrzenie i opuścił sale. Boże i co ja teraz zrobię. Nie wiedziałam czy jestem bardziej zrozpaczona, czy zła. Normalna osoba skakała by z radości mogąc spędzić czas z rodziną, dziećmi, mężem. Ja nie posiadam ani jednej z tych rzeczy. Mieszkam sama w dość dużym domem, a wolny czas spędzam wraz z pacjentami, to oni są moja rodziną. Złapałam wypis i wyszłam z gabinetu, udając się do sali nr 48.
-Witam, proszę to jest wypis. Okazało się, że Casper będzie mógł wyjść już dzisiaj. Proszę tylko pamiętać o wizytach. Niestety będzie mnie zastępować inny lekarz, bo zostałam wysłana na urlop, ale we wrześniu znów się spotkamy- posłałam im pocieszający uśmiech, ale czułam się kompletnie wypruta z emocji. Powrót do domu napawał mnie smutkiem i rozgoryczeniem. Nie chciałam tam wracać.
-Zasłużyła sobie pani. Od dwóch lat była pani z naszym chłopcem w dzień w dzień- rzuciła kobieta i mrugnęła do mnie z wdzięcznością.
-Dziękuje- powiedziałam i poczułam jak łzy stają mi w oczach. Bałam się. – To na razie mały. Trzymaj się- powiedziałam i przytuliłam mocno chłopczyka.
-Trzymaj się, Nat. Dziękuję za wszystko – wyszeptał mi do ucha, a ja poczułam jak po moim policzku spływa słona łza. Wytarłam ją niepostrzeżenie i mrugnęłam rozbawiona.
-Nie masz za co maluchu- rzuciłam ostatni raz okiem na rodzinę i szybko wyszłam, starając się zachować spokój.
                W biurze posprzątałam blat i odłożyłam wszystko na swoje miejsce. Ostatni raz usiadłam na swoim dużym, miękkim fotelu i zakręciłam się dookoła.
-Przepraszam, ale ma pani jeszcze jednego pacjenta- rzuciła siostra i spojrzała na mnie z nieodgadnionym wyrazem twarzy.
-Ale nie mam już nikogo zapisanego- zmarszczyła zdziwiona brwi i spojrzałam na nią.
-Nalegam żeby mnie pani jednak przyjęła- usłyszałam tak dobrze mi znany głos i poczułam jak przyjemne ciepło rozchodzi się po moim ciele. Zerwałam się z krzesła, a osoba weszła do pomieszczenia. Niebieskie tęczówki blondyna skanowały mnie dokładnie, a jego usta wykrzywiły się w szerokim uśmiechu.

-Niall!- pisnęłam i rzuciłam się na przyjaciela. 

1 komentarz:

  1. No no robi się ciekawie :) Czekam na kolejny i zapraszam do siebie
    http://diaries-memories-zayn-malik-ff.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń