piątek, 18 września 2015

Rozdział 5

 Czytasz=Komentujesz
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

                Obudziły mnie cieplutkie promyki słońca, łaskoczące mnie w twarz. Znów zapomniałam zasłonić zasłon. Przeciągnęłam się i ziewnęłam cicho. Wstałam niechętnie z łóżka i postanowiłam coś zjeść, czując burczenie w żołądku. Przecierając twarz ręką zeszłam do kuchni, w której czekała na mnie karteczka.
Kochanie, poleciałam do pracy.
Dziękuję ci bardzo za cudowny wieczór.
Naprawdę świetnie się bawiła.
Jakbyś czegoś potrzebowała, lub chciała pogadać,
po prostu zadzwoń.
Kocham, Brook xx

Uśmiechnęłam się na wspomnienie wczorajszych wygłupów z B. Boże, uwielbiam ja. Gdyby nie ona wpadłabym w jakąś depresje. Postanowiłam zrobić sobie jajecznice.  Kiedy jajka już się zrobiły, zjadłam je i popiłam sokiem pomarańczowym. Umyłam talerze i wyjrzałam przez okno. Na dworze o dziwo była ładna pogoda. Słońce świeciło na niebieskim niebie, a ptaszki ćwierkały. Święto, normalnie. Zachichotałam i postanowiłam iść pobiegać. Dawno tego nie robiłam, ale co tam. Wiedziałam, że to niezbyt dobry pomysł dzień po wyjściu ze szpitala, ale nie zamierzałam się kisić w domu. http://b1.pinger.pl/7fa1c6cb5973143e74873a4a5d29f334/1370251936459386.jpg Przebrałam sie w strój, składający się z krótkich legginsów i koszulki na ramiączkach. Zamknęłam mieszkanie i związałam włosy w kucyka, by wsadzić słuchawki do uszu i włączyć IPoda. Rozgrzałam się troszeczkę i ruszyłam truchtem w stronę pobliskiego parku. Myślałam o różnych rzeczach. O Liamie, o Niall’u, nawet o Peterze, moim byłym chłopaku. Zaraz co? Nie, ja wcale o nim nie pomyślałam! Nawet się nie zorientowałam kiedy dobiegłam do parczku, a na niebie zebrały się czarne chmury. No tak, Irlandia, westchnęłam w myślach, kiedy z nieba nagle zaczął lecieć ulewny deszcz. Prychnęłam pod nosem lekko zła i już chciałam zwrócić, ale coś przykuło moja uwagę. Na ławce, na końcu alejki, pod drzewem siedział zgarbiony chłopak. Nie zważał na to, że szybko przemókł do suchej nitki. Zresztą ja też. Palił papierosa, a w jego posturze było coś znajomego. Liam, pomyślałam, rozpoznając go. Poczułam jak zimny dreszcz przebiegł mi po kręgosłupie, a brzuch zacisnął się boleśnie. Coś w środku podpowiadało mi bym uciekała gdzie pieprz rośnie, ale z drugiej strony nie mogłam patrzeć jak siedział tak bez życia na tej ławce, w trakcie ulewy. Zacisnęłam mocno drżące dłonie i wyjęłam z uszy urzadzenie. Wzięłam głęboki oddech i ruszyłam nieśpiesznie w stronę odległej ławeczki.
                Byłam cała przemoczona, ale nie przeszkadzało mi to. Czułam, że musze  z nim pogadać. Przecież nie zrobi mi krzywy w miejscu publicznym. Raz kozie śmierć.
-Mogę się dosiąść?- zapytałam i nie czekając na odpowiedź zajęłam miejsce pod drugiej stronie siedziska. Nie patrzyłam na niego. Bałam się to zrobić.
- Daj mi spokój. Chce być sam!- warknął, zaciągając się dymem. Wiedziałam, że nie mogę się tak łatwo poddać.
-Dobra, dam ci spokój, ale nie tutaj i nie w taką pogodę- powiedziałam, siląc się na spokojny i obojętny ton. Cały czas wpatrywałam się w przestrzeń przed sobą.
-Nie wrócę do domu, oni nie dają mi spokoju- mruknął i wypuścił z ust chmurę śmierdzącego dymu. Odgoniłam ją ręką i skrzywiłam się lekko.
-To chodź do mnie. Mam dużo wolnych pokoi- powiedziałam, mając nadzieję, że się zgodzi. Nie musiał się przede mną otwierać. Wystarczy mi jeśli nie będzie chory.
-Po cholerę to robisz?- zapytał, po chwili ciszy. Nie wiedziałam. Nie znałam odpowiedzi na to pytanie. Czułam po prostu, że tak jest właściwie.
-Przyjaciele moich przyjaciół są moimi przyjaciółmi- powiedziałam i spojrzałam na niego pierwszy raz tego dnia. Jego oczy były ciemne i smutne,  a mokre włosy opadały na twarz. Poczułam ochotę zgarnięcia ich, ale jak to by wyglądało, dlatego się powstrzymałam.
-Nie ogarniam cię- parsknął i wyrzucił niedopałek, depcząc go butem.
-Nie musisz- skomentowałam i wstałam zaraz za nim. Czułam, że się zgodził. Chciałam się uśmiechnąć, ale z obojętnym wyrazem twarzy ruszyłam w stronę domu. Wyglądałam pewnie jak straszydło. Mokre włosy, wpadające do oczu, mokre ubrania, przyklejające do ciała. Szary sportowy stanik, prześwitujący przez biała koszulkę. Cholera, pomyślałam zdając sobie sprawę jak naprawdę wyglądam. Jednak postanowiłam machnąć na to ręką i iść dalej. Chłopak wyrównał ze mną krok i szedł ze spuszczoną głowa i dłońmi w kieszeniach. Musieliśmy dziwnie wyglądać.
                Po mniej więcej 15 minutach cali mokrzy weszliśmy do domu. Podróż minęła nam w ciszy, a każdy pogrążony był we własnym świecie. Zdjęłam buty i kiwnęłam głową na chłopaka, żeby szedł za mną. Kiedy wchodziliśmy po schodach, czułam na sobie jego wzrok. Udawałam, że nie interesuje mnie to, ale prawda była inna. 
-Rozgość się – powiedziałam i weszłam do pokoju na końcu korytarza. – Tu masz łazienkę, a ja zaraz przyniosę ci suche rzeczy- powiedziałam i zostawiłam chłopaka samego, tak jak sobie tego życzył. Zeszłam szybko do piwnicy i wyciągnęłam z kartonu jakieś rzeczy swojego byłego. Był mniej więcej tej samej budowy i wzrostu co Liam, więc miałam nadzieje, że nie będzie problemu. Wskoczyłam znów na piętro i zapukałam. Do czego to doszło. Kiedy nie usłyszałam odpowiedzi otworzyłam drzwi. Szatyn siedział na podłodze, przy małym oknie i wpatrywał się w przestrzeń. Wyglądał cholernie seksownie, a przez mokrą, białą koszulkę prześwitywały jego tatuaże i idealnie wyrobiony abs. Przełknęłam głośno ślinę i położyłam mu szare dresy, i granatowy t-shirt na łóżku.
-Jakbyś czegoś potrzebował, będę na dole- powiedziałam i zamknęłam za sobą drzwi. Wypuściłam głośno powietrze i wskoczyłam do swojego pokoju. Wzięłam gorący i umyłam głowę. Wytarłam się dokładnie i wysuszyłam włosy, zostawiając je w delikatnych falach. Nie wiem co mam myśleć o tym chłopaku. Mam wrażenie, że bardzo się zmienił od czasów imprezy. Co ja pieprze? Przecież wcześniej w ogóle go nie znałam. Teraz zresztą też nic o nim nie wiem. Owinięta ręcznikiem podeszłam do szafy i wygrzebałam z nich jakiś luźny zestaw, w postaci luźnego, za dużego, beżowego swetra i ciemnych jeansów.  Pomalowałam się delikatnie żeby wyglądać jak człowiek i zeszłam do kuchni, wciągając na stopy wełniane skarpety. I tak z ładnego dnia zrobiło się zimno i mokro. Westchnęłam i zaparzyłam wodę na herbatę. Nie wiedziałam czy zanieść ją chłopakowi, czy nie wiec postanowiłam dać mu już święty spokój.
                Rozsiadłam się na kanapie w salonie i ściskając w ręku kubek zaczytałam się w jakimś typowym romansidle. Krople deszczu uderzały o szybę, a ja nie mogłam się skupić, dlatego też oderwałam się od lektury i wpatrywałam w ciemne niebo. Usłyszałam kroki na schodach i odwróciłam głowę w tamta stronę. Payne kierował się w moją stronę ze spuszczoną głową, w nowych ubraniach. Po chwili poczułam jak kanapa obok mnie ugina się pod jego ciężarem.
-Hej- mruknął, odwracając wzrok w moja stronę.
-Hej- wyszeptała, dokładnie skanując jego zmęczona twarz z kilkudniowym zarostem. Naprawdę był przystojny.
-Nat, ja chciałem cię przeprosić- wyszeptał, a w jego oczach widziałam ból i szczerość. Nic nie powiedziałam. Jedynie kiwnęłam głową. Już dawno się na niego nie gniewałam. Ludzie po pijaku robią różne rzeczy, których potem żałują. Wstałam i wyszłam z salonu odprowadzona czekoladowymi tęczówkami chłopaka. Zgarnęłam kubek z herbatą, która jakimś dziwnym trafem nadal była gorąca i podałam ją mu. – Dzięki.
-Nie ma za co- odezwałam się. Nie wiem na jakiej podstawie, ale nie czułam się skrępowana jego towarzystwem. Było nawet miło.
- Twój chłopak nie będzie miał nic przeciwko, że nosze jego ciuchy?- zapytał patrząc na mnie pytająco i upijając łyk herbaty.
-Wątpię, zostawił je tutaj kilka lat temu jak się wyprowadzał- powiedziałam i wbiłam wzrok w herbatę. Nie lubiłam o nim rozmawiać. Moi znajomi wiedzieli, że to temat tabu, więc nawet nie próbowali go poruszać, a ja byłam im za to wdzięczna.
-Przepraszam, nie powinienem pytać- rzekł lekko zakłopotany i podrapał się wolną ręką po karku.
-A nie przejmuj się, nic się nie stało- machnęłam ręką i sama się zdziwiłam swoja obojętną reakcją.
Chłopak posłał mi swój piękny uśmiech, który nieznacznie odwzajemniłam i ruszyłam w stronę telefonu, który dzwonił w mojej kurtce. Spojrzałam na wyświetlacz i przez chwilę się zawahałam czy to dobry pomysł bym odbierała.
-Hej, Nat! Mamy poważny problem- mówił szybko blondyn, a ja już wiedział co chciał mi powiedzieć.
-Co jest?- zapytałam i usiadłam na starym miejscu.
-Liam gdzieś zniknął. Nie ma go od rana. Martwimy się o niego- powiedział, a ja usłyszałam klakson. Pewnie jeździ po mieście i go szuka.
-Liam zniknął?- zapytałam posyłając mojemu towarzyszowi znaczące spojrzenie. Zaczął machać energicznie rękami i z ruchu jego warg wyczytałam, e mam udawać, że go tu nie ma. Kiwnęłam tylko głową na potwierdzenie, ale nie wiedziałam, czy to dobry pomysł.
-Możesz do nas przyjechać?- zapytał Niall, a ja musiałam coś szybko wymyślić.
-Mam inny pomysł. Wsiądę w samochód i objadę okoliczne parki, a jak ktoś czegoś się dowie to damy sobie znać, ok?
-Dobry pomysł. Muszę kończyć. Uważaj na siebie –rzucił i rozłączył się. Wypuściłam powietrze ustami z głośnym świstem.
-Dziękuję- powiedział Payne, patrząc na mnie z wdzięcznością.
-Do usług, ale zadzwoń do niego przynajmniej, bo jeździ po mieście i cię szuka.
-Tak zrobię- powiedział odstawiając kubek na stół. Skierował się w stronę schodów, a mi się coś przypomniało.
-Liam, a zjesz naleśniki, na obiad?- Zapytałam jakby od niechcenia i skierowałam się do kuchni, z której był idealny widok na schody.
-Nie musisz mi gotować- zaśmiał się, a ja popatrzyłam na niego pobłażliwie.
-Skoro robię sobie, to kilka naleśników w tą czy we wtą nie robi dla mnie różnicy- rzuciłam i zaczęłam wyjmować z szafek składniki i garnki potrzebne do zrobienia obiadu.
-W takim razie bardzo chętnie- powiedział i wbiegł szybko po stopniach. Pokręciłam jedynie głową i zabrałam się do pracy.
                Kiedy zrobiłam już ciasto, zaczęłam smażyć placki i zabrałam się za robienie masy. Jednej owocowej, a drugiej na słono. Pieczarki z serem w naleśnikach są naprawdę dobre. Rozłożyłam talerze i sztućce, a potem nalałam soku do szklanek, udając, że nie zwracam uwagi na szatyna wchodzącego do kuchni.  Chłopak usiadł, a ja położyłam na stole czyste placki i masy w miseczkach, a no i nutelle oczywiście.
-Smacznego- powiedział chłopak, nakładając sobie naleśniki, a potem sięgając po masę.
-Smacznego- odpowiedziałam i grzebałam widelcem w placku z nutellą oraz owocami.
W końcu zmusiłam się do zjedzenia tego, a potem wsunęłam jeszcze tego na słono. Czułam się pełna i już nic nie byłam w stanie przełknąć.
-To jest pyszne- powiedział Li z pełna buzią. Naprawdę cię ciszyłam, że chodź w małej części lepiej się poczuł.
-Nie przesadzaj to zwykłe naleśniki, nic wielkiego- zaśmiałam się i spojrzałam rozbawiona na jego twarz umorusaną czekoladą.
-Zwariowałaś? Louis jak raz próbował zrobić Eleonor naleśniki to prawie spalił dom- zaśmiał się i popił posiłek szklanką soku.
-Nie może być aż tak źle.
-A jednak- parsknął, a ja mu zawtórowałam. W sumie, to nawet mnie to jakoś nie zdziwiło. Przecież widziałam do czego zdolny jest Hazza. Między nami zapadła cisza, której nie chciałam przerywać. Z nie każdym można tak swobodnie milczeć. –Zerwałem z Cristal- rzucił nagle Liam, a ja się domyśliłam dlaczego był pijany. Nie chciałam, żeby zmuszał się do opowiadania tego. To mogło być dla niego zbyt bolesne.
-Nie musisz, Li- powiedziałam i posłałam mu smutny uśmiech.
-Ale chcę- odparł od razu i spojrzał mi w oczy, jakby pytając o pozwolenie. Kiwnęłam lekko głową, a w moim wnętrzu zapanowało przyjemne ciepło. Czyżby mi ufał? –Tamtego dnia, zadzwoniła do mnie, bym do niej przyjechał. Zrobiłem to, nawet się nie wahając. Otworzył mi jakiś facet, chyba trochę starszy ode mnie. Byłem zdziwiony, ale ufałem jej. Ba, kochałem ja- wyszeptał, a ja czułam, że zaraz głos mu się załamie. Nie byłam pewna czy postępuję słusznie, albo taktownie, ale przysunęłam sobie krzesło do niego i objęłam jego zgarbioną sylwetkę, kładąc mu głowę na ramieniu. Nie odepchnął mnie.- Pod szedłem do niej i chciałem pocałować, ale odsunęła się ode mnie. Byłem kompletnie zdezorientowany. Potem ten cały Brayn podszedł i objął ja od tyłu, kładąc głowę na ramieniu, a ręce na brzuchu. Myślałem, że mnie rozniesie. Powiedziała, że mnie nie kocha, że byłem jej tylko potrzebny by się wybiła. W tym samym czasie kiedy była ze mną sypiała z tym fagasem. Wiedział o wszystkim- przerwał i położył głowę na mojej. Pogłaskałam go wolna ręką po przedramieniu, które leżało na stole. Był bardzo spięty, ale czułam jak się rozluźnia pod wpływem mojego dotyku. Było mi go cholernie żal i miałam ochotę wydrapać tej małej flądrze oczy, widząc go takiego. Moje serce ściskało się boleśnie, bo nic nie mogłam zrobić, żeby poczuł się lepiej. – Potem powiedziała, że jest w ciąży i zamierza wyjechać. Przestraszyłem się, bo miałem nadzieje, że to moje dziecko. Wybaczyłbym jej wtedy i bylibyśmy szczęśliwą rodzina. Ale nie, to było jego dziecko. Boże, jak mogłem być taki głupi- wrzasnął i wstał gwałtownie, sprawiając, że zachwiałam się niebezpiecznie na krześle. Nie chciałam, żeby się denerwował. Zacząć chodzić w kółko po kuchni i szarpać za włosy. Widziałam jego zbolałe i pełne nienawiści spojrzenie. Zimny dreszcz przebiegł mi po plecach, bo nie wiedziałam co może mu odwalić. Jednak postanowiłam coś zrobić. Wstałam i podeszłam do niego od tył, by położyć mu rękę na ramieniu. Zatrzymał się natychmiast, czym mnie zaskoczył. W pewnym momencie odwrócił się nagle i popchnął mnie na ścianę.  Ból, który zaatakował moje żebra i kręgosłup był nieziemski. Krzyknęłam i poczułam jak łza spływa mi po policzku. Chłopak naparł na mnie swoim ciałem, a ja nie miałam szansy się wyrwać. Przycisnął dłonie po obu stronach mojej głowy i wpił się gwałtownie i brutalnie w moje usta. Pisnęłam cicho, bo nie wiedziałam co w niego wstąpiło. Przycisnął się do mnie, a ja chciałam się wyrwać, bo ból był nie do wytrzymania.
-Li… błagam, przestań- wychrypiałam, próbując go odciągnąć go mojej szyi na której składał mocne i bolesne pocałunki. Nie czułam żadnej przyjemności. Jedynie cierpienie i strach. Kiedy jego dłoń w pewnym momencie wylądowała na mojej kobiecości, poczułam jak coś innego napełnia moje żyły. Nie byłam wkurzona, ja wpadłam w furię. Ja próbuję mu pomóc, a on traktuje mnie jak dziwkę, która da mu zapomnienie. – Kurwa, Payne, nie będą twoją pieprzona nagrodą pocieszenia- warknęłam, a po moich policzkach słynął wodospad łez. Czułam się brudna i nic nie warta. Chyba te słowa mocno do niego przemówiły, bo zesztywniał i odsunął się ode mnie. Widząc swoją szanse uciekłam i zamknęłam się w łazience, w swoim pokoju. Czułam jak moje żebra płoną, a kręgosłup nieprzyjemnie pulsuje. Chciałam, żeby przestało boleć, zaraz, teraz, już. Nie tylko fizycznie, ale też psychicznie. Najpierw mnie przeprasza, a potem co kurwa! Złapałam się za włosy, skulona pod drzwiami i szarpnęłam za nie mocno. Usłyszałam jak chłopak wchodzi do pokoju i podchodzi do drzwi łazienki.
-Natalie, jesteś tam?- jego głos był zmartwiona, ale dużo spokojniejszy niż wcześniej.
-Spieprzaj stąd!- krzyknęłam i wstałam na równe nogi, podchodząc do lustra.
-Nat, błagam, ja nie wiem co we mnie wstąpiło- powiedział i zobaczyłam jak próbuje otworzyć drzwi. Nic nie powiedziałam, nie wiedziałam co. Już mu nie ufałam.- Mała, otwórz drzwi, porozmawiajmy- wyłapałam w jego głosie nutkę strachu gdy kolejny raz nic nie powiedziałam. Miałam dość, wszystkiego dość. Zobaczyłam tabletki przeciwbólowe i złapałam za opakowanie. Wysypałam całą zawartość.



-Kurwa, Nat, jeśli za pięć sekund nie otworzysz tych drzwi, to je wywarzę- wrzasnął i usłyszałam jak wali w drewniana powłokę. Bez zastanowienia wrzuciłam całą zawartość ręki do buzi i połknęłam, popijając wodą z kranu. Otarłam łzy i weszłam do wanny, by zwinąć się w jej kącie. Poczuła jak robię się senna, ale ból minął i to liczyło się dla mnie najbardziej. Czułam jak lek zaczyna działać, a obraz się rozmazuję. Chciałam to skończyć, nie być już niczyją zabawką czy problemem. Jedyne czego pragnęłam to to, żeby to wszystko się skończyło. Zamknęłam oczy i czułam, że zaczynam odpływać. Ostatnie co do mnie dotarło to trzask wyłamywanych drzwi.

*Liam
                Kiedy Natalie nieodpowiadana ani nie otworzyła tych pieprzonych drzwi żołądek podszedł mi do gardła. Jak mogłem ją tak potraktować? Ona próbowała mi tylko pomóc, a ja ją pobiłem, a potem potraktowałem jak nic nie warte ścierwo. Ręce zaczęły mi się trząść, ale nie miałem innego wyjścia. Jeśli ona sobie coś zrobiła, to nigdy sobie tego nie wybaczę. Nie zasłużyła na to wszystko z mojej strony. Z całych sił kopnąłem drzwi od łazienki, a one upadły na podłogę z drugiej strony. Miałem tylko nadzieje, że nie uderzyły Nat. Wpadłem do środka i rozejrzałem się dookoła w popłochu. Przecież kurwa nie mogła się teleportować, pomyślałem gdy niegdzie jej niebyło. Nagle jednak mój wzrok zatrzymał się na drobnej zwiniętej sylwetce, w kącie wanny. Podbiegłem do niej szybko, ale miała zamknięte oczy, a obok niej leżało puste opakowanie po bardzo silnych lekach przeciwbólowych. Poczułem jak z mojej twarzy odpływa krew, a serce się zatrzymuje. Kurwa co ja zrobiłem?
-Mała, obudź się, błagam- wyszeptałem, wchodząc do wanny i kładąc sobie jej plecy na torsie. Leżała między moimi nogami, a ja klepałem ją po twarzy. To nic nie dawało. –Ja pierdole- warknąłem, kiedy zdałem sobie sprawę, że jest bez sensu. Sprawdziłem jej puls i cały zesztywniałem. Był prawie niewyczuwalny. Poczułem jak łzy zapiekły mnie w kącikach oczu, bo zdałem sobie sprawę, ze ona właśnie umiera.  Wziąłem głęboki oddech, chcąc uspokoić rozszalałe serce. Nagle wpadłem na pewien pomysł rozchyliłem jej usta i włożyłem dwa palce jak najgłębiej mogłem. Drobne ciało szatynki zaczęło się trząść aż w końcu odzyskała przytomność wymiotując. Poczułem jak kamień spada mi z serca i odetchnąłem z ulgą. Złapałem jej włosy w dłoń, nie chcąc by jej przeszkadzały. Miałem w dupie to, że mam całe nogawki w jej wymiocinach. Najważniejsze, że otworzyła oczy. Dopiero teraz zdałem sobie sprawę z tego do czego doprowadziłem. Ona chciała się przeze mnie zabić i nie wiele brakował, żeby tak się stało. Poczułem jak łza spływa mi po policzku, bo poczułem się jak gówno. Nie miałem już prawa nazywać się mężczyzną. Zawsze gardziłem facetami, którzy biją, gwałcą i poniewierają słabszą płcią przeciwna, a teraz sam się taki stałem. Konwulsje dziewczyny już chyba ustąpiły, bo siedziała opierając czoło o zimną ścianę po naszej lewej stronie. Objąłem ja w pasie i mocno wtuliłem w swój tors. Schowałem twarz w jej włosach i pozwoliłem łzą spływać po moim policzkach. Poczułem jak brązowooka trzęsie się cała i usłyszałem jak pociąga nosem. Płakała. Prze ze mnie. Kurwa pieprzona mać!
-Tak strasznie cię przepraszam. Przepraszam, przepraszam….

*Natalie
Trzęsłam się od płaczu, a facet przez którego przed chwilą chciałam się zabić tulił mnie do siebie, a jego łzy spadały mi na odkryty obojczyk. Nie wiedziałam co mam myśleć, robić, czuć. Przestraszyłam się sama siebie. Nie chciałam się zabić. Nie chciałam tak skończyć. Chciałam po prostu zasnąć.
-Tak strasznie cię przepraszam. Przepraszam, przepraszam….- chłopak rozpłakał się jak małe dziecko i wtulił we mnie jeszcze mocniej. Wiem, że nie powinnam, ale już mu chyba wybaczyłam. Kiedy usłyszałam jego szloch moje serce zacisnęło się boleśnie. Nie, mam dość łez jak na ten tydzień.
-Już Liam, posłuchaj mnie, ok?- przekręciłam się i plecami opierałam się o ścianą, a w rękach trzymałam jego zdezorientowaną twarz. Starłam  kciukami jego łzy i przytrzymałam policzki tak by na mnie patrzył.  Widziałam jak bardzo jest załamany i jak boli go ta sytuacja. – Zapominamy o dzisiejszym dniu. Ty zapominasz o tym co przed chwilą odwaliłam, a ja zapominam o tym co robiłeś ty, zgadzasz się?
-Jak mam zapomnieć? Do cholery, przeze mnie się prawie zabiłaś!- podniósł głos, a ja automatycznie skuliłam się jeszcze bardzie.- Przepraszam, Nat. Ja po prostu nie zasługuję żebyś mi wybaczyła te dwa chore dni. Jestem zwykłym gównem, nawet Cristal tak powiedziała- wychrypiał, nie odrywając ode mnie wzroku. Nie wiem czy w tym momencie byłam bardziej wkurwiona, czy po prostu zmartwiona. Chyba to pierwsze, bo poczułam ochotę zabicia tej małpy.
-Nie mów tak, ok.? Nigdy więcej tak nie mów. To nie jest prawda, a ta dziewczyna na ciebie nie zasługiwała- wyszeptałam i posłałam mu smutny uśmiech.
-Jesteś w stanie zapomnieć? Jesteś w stanie mi wybaczyć?- widziałam nadzieję jaka narodziła się w jego spojrzeniu. Nie mogłam zaprzeczyć.
-Jestem, a właściwie już to zrobiłam- parsknęłam cicho i pokręciłam głową nad swoją głupotą. Tej drugiej części mogłam nie mówić.
-Dobrze, a wiec umowa stoi- uśmiechnął się szeroko i podał mi rękę na zgodę, która bez problemu uścisnęłam.
-Em…Li?
-Tak?
-Wyjdźmy już z tej wanny- zachichotałam i opuściłam miejsce do mycia. Podałam chłopakowi dłoń i pociągnęłam za nią by mógł spokojnie wstać.
-Natalie, mogę zostać u ciebie na noc? Muszę przemyśleć co powiem chłopakom- zapytał się, ale zobaczyłam, że to go stresuje, bo podrapał się po karku.
-Pewnie, nie ma sprawy- powiedziałam i machnęłam ręką. Dopiero teraz zobaczyłam, że ma obrzygane spodnie. Boże to takie żenujące. – Przepraszam- wyszeptałam i spuściłam wzrok, czując jak się rumienię.
-Weź w ogóle mnie nie denerwuj, nie masz za co przepraszać- powiedział i podniósł palcem moją brodę. Kiedy zobaczył moje buraczane rumieńce, łobuzerski uśmiech wpłyną na jego usta.
-Przyniosę ci świeże ciuchy- mruknęłam i czym prędzej zeszłam do piwnicy po nowe ubrania dla niego. Czułam się nie zręcznie przez to co zrobiłam i nie ważne co by powiedział, nic tego nie zmieni. Złapałam parę ciemnych dresów i szara koszulkę bez nadruku. Weszłam po schodach, ale chłopaka nie było w moim pokoju. Z góry założyłam, że jest u „siebie”, wiec tam też się udałam. Kiedy zapukałam, nie otrzymałam odpowiedzi, weszłam, ale tam też go nie było. Łazienka. Poznałam to po szumie wody. Zapukałam i krzyknęłam dość głośno:
-Li, kładę ci ubrania na łóżku
-Ok.
                Opuściłam pomieszczenie i udałam się do swojej łazienki. Umyłam wannę i spojrzałam w lustro. Wyglądałam strasznie. Przekrwione oczy, rozczochrane włosy, rozmazany tusz. Szybko umyłam zęby i zmyłam resztki makijażu nakładając nowy. Rozczesałam włosy i zmieniłam spodnie oraz   koszulkę. Od razu lepiej, pomyślałam i zeszłam do kuchni. Miałam pusty żołądek, ale czułam, że nic nie przełknę, więc postawiłam na gorzką herbatę. W czasie kiedy woda bulgotała w czajniku ja stałam i parzyłam przez okno na szare niebo. Tyle rzeczy się ostatnio dzieję, że ja nie wiem, ile jeszcze tak pojadę. Jedną ręką złapałam się za przeciwległe biodro, a drugą rozmasowałam skronie. Ja chciałam się zabić! Ludzie co się ze mną stało? Zawsze silna i niezależna, a teraz? Miękka jak trzy letnie dziecko.
-Lubię jak mówisz do mnie Li-usłyszałam szept Liama przy moim uchu i aż podskoczyłam. Nawet nie zdałam sobie sprawy, że wszedł do pomieszczenia!
-Wiec będę tak do ciebie mówić, a ty nie będziesz mnie straszyć- stwierdziłam i zalałam sobie napój.
-Też chcesz?- zapytałam machając mu przed nosem torebką z herbatą. Chłopak jedynie kiwną głową i po chwili pił już ze swojego kubka, siedząc koło mnie w salonie.
-Opowiedz mi coś o sobie- poprosił szatyn i spojrzał na mnie tymi czekoladowymi oczami szczeniaczka. Gdy był spokojne, były takie piękne.
-Nazywam się Natalie Matters i mam 24 lata. Jestem ordynatorem na oddziale onkologicznym w miejscowym szpitali. Przeskoczyłam kilka klas. Uwielbiam swoją prace. A i oczywiście jestem pracoholiczką, która została wysłana na dwumiesięczny urlop pod przymusem swojego pracodawcy- przerwał mi śmiech Payne, który odstawił kubek na stolik do kawy i zwijał się na kanapie. Spojrzałam na niego jak na chorego psychicznie, ale jego śmiech wywołał nie znane do tąd uczucie. Co jest do cholery?- Li, dobrze się czujesz? Masz chyba gorączkę po tym deszczu- rzuciłam i chciałam dotknąć dłonią jego czoła, ale złapał mnie za nadgarstek i wciągnął pod siebie. Co mu odwaliło? – Co ty robisz dzieciaku?- parsknęłam śmiechem, widząc jego wyczyny.
-Dzieciaku? Jestem rok straszy!
-Ale zachowujesz się jak dziecko!
-Odszczekaj to- powiedział i próbował zachować kamienną minę, ale jego oczy świeciły się uroczo i patrzyły na mnie rozbawione. Nawet nie zdawałam sobie sprawy, że siedział na moich udach, a dłońmi trzymał moje nadgarstki na moją głową.
-A jak nie, to co?- zapytałam, chcąc się z nim lekko podrażnić.
-Będzie kara- wyszeptał mi do ucha, a ja spięłam się delikatnie. Nie przez to, że się bałam. W sumie nie wiem przez co. Za nim się obejrzałam zaczął mnie gilgotać, a ja nie mogłam przestać się śmieć. To było bardzo nie fair, bo miałam cholerne łaskotki. Jeździł swoimi dużymi dłońmi po moich bokach, a ja wiłam się pod nim, próbując się jakoś wydostać. Po całym domu roznosiły się nasze zmieszane chichoty, śmiech, piski i wrzaski.
-Li, błagam, błagam… przestań- wyksztusiłam czując, że już pomału brakuję mi siły.
-A co będę miał w zamian?- zapytał, pozwalając mi złapać oddech. Co za człowiek?!
-Śniadanie?- zapytałam, mając nadzieję, że się zgodzi.


-Pasuje mi- skusił się i posłała mi jeden ze swoich uroczych uśmieszków, który odwzajemniłam. Siedzieliśmy przez chwilę w ciszy i patrzyliśmy sobie w oczy. Miałam wrażenie, że tonę w morzu czekolady, a w żołądku szalało mi dziwne ciepło.
-Oglądamy coś?- zapytałam, chcąc jakoś przerwać to co się działo między nami.
-Oki- powiedział i wstał ze mnie, a ja usiadłam i poprawiłam sobie koszulkę, która podwinęła mi się na brzuchu. Zobaczyłam, że chłopak podchodzi do szafek obok telewizora i szuka w nich jakiegoś filmu.
-Nie, Liam tej nie otwieraj!- wrzasnęłam widząc do czego zmierza. Miałam taka swoja zamkniętą skrytkę, w której znajdowały się wszystkie moje ulubione bajki i filmy Disneya. On nie mógł tego zobaczyć. Za późno…
-Nat, jaja sobie ze mnie robisz?- zapytał śmiertelnie poważnie obserwując mnie z tej odległości. Spuściłam zawstydzona głowę i schowałam twarz we włosach. Czułam jak moje policzki i szyja robią się bordowe. No pięknie! – Kocham Disneya!!!- krzyknął nagle na całe gardło, a ja podniosłam na niego głowę i spojrzał na niego z niedowierzaniem. Obserwował mnie rozbawiony, trzymając w dłoni płytę Toy Story. Uśmiechnęłam się do niego promiennie i pokiwałam głową by wsadził film do odtwarzacza. Tak też zrobił i włączył film, a ja pobiegłam szybko zrobić popcorn.
                Wróciłam do pokoju i usiadłam obok Liama, stykając się z nim ramionami. Położyłam sobie miskę z przekąska na kolanach i rozpoczął się seans. Co jakiś czas wybuchaliśmy śmiechem, a ja co kilka minut czułam na sobie wzrok szatyna. Miałam ochotę się uśmiechnąć, ale zamiast tego wpatrywałam się w ekran jak zaczarowana. Po jakiejś godzinie moje powieki stały się ciężkie, a moja głowa opadła na ramię Payne’a.

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Bardzo was przepraszam, ze rozdział taki do dupy, ale leże w łóżku mam gorączkę i nie mogę mówić. Nie mam siły napisać lepszego, ale przysięgam, że za tydzień już będzie. Mam nadzieję, ze tak strasznie was ten nie odstraszy. Kocham was! Pamiętajcie o tym.









                                                                                                                            

piątek, 11 września 2015

Rozdział 4


Najpierw usłyszałam jakieś dziwne, jakby elektroniczne, systematyczne pikanie. Następnie poczułam jak ktoś ściska moja prawą dłoń. Wszystko mnie bolała. Byłam świadoma każdej kości i każdego mięśnia jaki tylko posiadałam. Trudno mi było oddychać, ale jednak dawałam radę. Bolała mnie głowa, a w ustach miałam całkowicie sucho. Nagle wszystko mi się przypomniało. Liam mnie pobił, sponiewierał. Jęknęłam przypominając sobie jego agresywne i pełne nienawiści spojrzenie.
-Nat, Natalie, proszę, otwórz oczy – usłyszałam, pełną smutku i zmęczenia, prośbę. Ten głos należeć tylko do jednej osoby i wiedziałam, że musze to dla niego zrobić. Ścisnęłam jego ciepła rękę i włożyłam cała siłę jaką posiadałam by podnieść powieki. 
-Obudziłaś się- spojrzała na chłopaka i moje serce boleśnie się zacisnęło. Był bardzo blady i ciemne cienie pod oczami mocno się odznaczały. Miał takie smutne, przekrwione i zmęczone od płaczu oczy. To wszystko przeze mnie.  Chciałam coś powiedzieć, przeprosić go, ale gdy tylko otworzyłam usta, nie wydobywał się z nich żaden dźwięk.- Poczekaj, napijesz się- powiedział i wlał mi kilka kropel wody do ust. Matko, co za ulga.
-Przepraszam- wychrypiałam i podniosłam dłoń, by odgarnąć niesforne kosmyki z jego czoła. Spojrzał na mnie zszokowany, ale zaraz się domyślił o co chodzi.
-Co ty pieprzysz? To nie twoja wina. Nie warz się nawet tak myśleć- wyszeptał słabym głosem i wtulił się w moja rękę. Byłam w tym momencie jednocześnie przygnębiona, ale i szczęśliwa, że jest przy
mnie. – Tak cholernie się bałem. Nie wybaczył bym sobie tego jeśli coś by ci się stało. Kiedy wtedy zamknęłaś oczy…- głos mu się załamał, a po jego policzkach spłynęły słone łzy. Poczułam jak moje serce rozpada się na kawałki. Nawet się nie zorientowałam, ale sama też płakałam. Robiłam to, bo on to robił. Nie mogłam na to patrzeć.- …myślałem, że cię straciłem na zawsze- dokończył i zalał się łzami. Musiałam coś zrobić.
-Nie płacz, żarłoczku- poprosiłam, ścierają mu kropelkę z lewego policzka. Poczułam jak lekko chichocze i uśmiecha się. Wiedziałam, że tak będzie. Zawsze go tak nazywałam, kiedy byliśmy dziećmi, ale kiedy poszliśmy do 5 klasy zabronił mi tak do siebie mówić, bo podobno robiłam mu siarę.
-Dobrze, już nie będę…- powiedział i otarł oczy.- …biedroneczko- dopowiedział, a ja wybuchłam śmiechem i gdyby nie ból w klatce piersiowej pewnie zwijałabym się na łóżku. On wymyślił właśnie takie drobnienie, ale potem trochę dorośliśmy, postanowiliśmy nie robić sobie wiochy, czy jak to się teraz mówi.
-Dzień dobry, widzę, że już się obudziłaś- usłyszałam dobrze znany mi, serdeczny, głos i spojrzałam w stronę drzwi od sali. Stała w nich moja dobra znajoma chirurg, Debora Johnson. Był to ruda kobieta w średnim wieku. Zawsze kochała swoja pracę, ale jeszcze bardziej kochała swojego męża i dwójkę dzieci.
-Dobry, Debora- przywitałam się i posłałam jej nikły uśmiech, który odwzajemniła.
- Jak się czujesz?- zapytała podchodząc do łóżka i notując coś na karcie pacjenta. Okulary w czerwonych oprawkach śmiesznie spadały jej na czubek nosa.
-Na pewno lepiej niż wyglądam.
-A tak na poważnie?- zapytała, patrząc na mnie wymownie. Ona wiedziała w jakim jestem stanie i wiedziała, że nie mogę czuć się dobrze. Zdawała sobie sprawę, że tylko grałam twardą, a w środku skomlałam z rozszywającego bólu.
-Bolą mnie żebra- powiedziałam i skrzywiła się lekko, próbując usiąść.
-Leż, nie ruszaj się- nakazała, więc zrobiłam to bez potrzeby powtarzania mi tego.- Są bardzo poobijane, ale nie złamane. Trzy dni to nie dużo i będą pewnie boleć z jakiś miesiąc, ale jutro przy wypisie dostaniesz receptę, na środku przeciwbólowe i powinnaś czuć się jak nowa.
-Byłam nieprzytomna przez trzy dni?- prawie krzyknęłam, kiedy dotarły do mnie jej słowa.
-Tak, miałaś dość poważny uraz głowy, ale wszystko już jest, ok. Na szczęście to nie wstrząs, więc wszystko będzie dobrze- próbowała mnie pocieszyć, ale to nie było łatwe zadanie. – Wpadnę do ciebie jeszcze za jakiś czas, a ty leż i odpoczywaj- rzuciła i wyszła, prawie wpadając na drzwi, nie wyjmując nosa z dokumentów.
                Między mną, a Horan’em zapadła cisza, której nikt z nas nie chciał przerywać, a może się bało? Nie wiem.
-Jedź do domu, prześpij się. Domyślam się, że byłeś tu przez cały czas.- powiedziałam i uśmiechnęłam się do niego z wdzięcznością, jednak martwiło mnie jego zmęczenie. To się mogło się źle skończyć.
-Byłem i będę do póki cię nie wypiszą- powiedział stanowczo i jakby dla potwierdzenia tych słów rozsiadł się na stołku, udając, że jest bardzo wygodny. Nie był. Siedziałam na nim nie raz przy pacjentach i tyłek mi po tym odpadał.
-Niall, proszę. Jeśli nie dasz mi wyboru każę cie stąd wyrzucić.
-Naprawdę byś to zrobiła?- zapytał patrząc na mnie z niedowierzaniem, wymalowanym na twarzy.
-Dla twojego dobra- skomentowałam tylko, wiedząc, że już wygrałam.
-Dobrze, za kilka minut pojadę do domu- westchnął i przetarł twarz dłońmi.
-Co z Liam’em?- zapytałam szeptem po jakiś 2 minutach. Zobaczyłam jak napina mięśnie i zaciska zęby. Był wściekł.
-Po tym co zrobił, ty się jeszcze o niego martwisz?!
- Tak, Niall. Martwię się. Po za tym to twój przyjaciel. Był pijany, nie panował nad sobą- próbowałam go bronić, chodź nadal w uszach rozbrzmiewały mi jego słowa, które rozrywały moje serce na kawałki.
-Może masz rację- przyznał i przejechał dłonią po twarzy. Zmęczenie aż się z niego wylewało. – Chłopcy mówią, że od momentu, w którym zabrała cię karetka, nie wychodzi z pokoju. Z nikim nie rozmawia. Jest tak jakby go w ogóle nie było. Nigdy się tak nie zachowywał. Nie wiem co w niego wstąpiło- mruknął i widziałam, że męczy go ta cała sprawa.
-Dobra żarłoczku, jedź do domu, zjedz coś, weź prysznic i idź spać. Jak jutro dostanę wypis, to do ciebie zadzwonię i zawieziesz mnie do domu.
-Nie ma mowy, dopóki do końca nie wyzdrowiejesz, wprowadzasz się do nas- powiedział, a ja już traciłam cierpliwość do tego człowieka. Byłam zmęczona, a jeszcze musiałam się z nim kłócić. – A i zaraz przyjedzie do ciebie Harry, albo Louis.
-Horan, denerwujesz mnie. Jestem zmęczona, więc nie ma sensu, żeby ktoś tu siedział. Mam najlepszą opiekę medyczną w Wielkie Brytanii. Nic mi nie będzie- powiedziałam i po jego minie już wiedziałam, że się poddaje.
-Niech ci będzie. Jakby cokolwiek się działo, to na szafce masz telefon i masz go użyć- rozkazał, patrząc na mnie jednoznacznie, a ja wywróciłam na niego oczami. Z jednej strony to urocze, że tak się mną opiekuję, ale z drugiej nie jestem już dzieckiem, wiem co robię. – Odpoczywaj- dodał i pocałował mnie w czoło. Potem posłał mi delikatny uśmiech i wyszedł z sali. 
                Westchnęłam i leżałam przez chwile patrząc w śnieżnobiały sufit. Zastanawiałam co się stało, że Li doprowadził się do takiego stanu. Dałabym sobie rękę uciąć, że gdyby nie alkohol, nie uderzył by mnie nawet małym palcem. Będę musiała z nim o tym porozmawiać i nie spocznę, dopóki się tego nie dowiem. Z ta myślą zamknęłam oczy i zasnęłam.
                Następnego dnia, z samego rana zabrali mnie na ostatnie badania. Wyniki były w normie, więc nie było przeszkód bym wróciła do domu. Odebrałam wypis wraz z receptą i podziękowałam Deborze za opiekę. Zadzwoniłam do Nialla i poprosiłam żeby po mnie przyjechał. Spakowałam swoje rzeczy, które blondyn tu przywiózł i ubrałam się w łazience. Stanęło na jakiś rurkach, białej, luźnej koszuli, szarym swetrze i adidasach. Na szczęście dostałam już leki przeciwbólowe, które zaczęły działać, więc nie miałam problemów z poruszaniem. Jednak na ciele miałam pełno nie ciekawie wyglądających siniaków i nie wiem jakim cudem moja pani doktor łyknęła bajeczkę o upadku ze schodów. Cóż, nie zamierzam wnikać. Złapałam torbę i wsadzając telefon do kieszeni, ruszyłam na parking.  Zanim jednak opuściłam mury szpitala, napadł na mnie zdenerwowany blondyn.
-Nie targaj tego. Mówiłem ci, żebyś poczekała. Nie możesz się przemęczać. Musisz być taka uparta i nieposłuszna?- gadał jak najęty, a mnie to zwyczajnie śmieszyło.
-Niall, to tylko poobijane żebra, nie jestem kaleką- zaśmiałam się i wsiadłam do jego czarnego auta z przyciemnianymi szybami.
-Baby- skomentował jedynie i włączył radio. Wyjechaliśmy na drogę główną, a z głośników zaczęła lecieć nowa piosenka One Direction. Blondyn wchodził podczas swoich kwestii i darł się jak potępieniec na cały samochód. Nie mogłam się uspokoić i śmiałam się tak mocno, że aż rozbolał mnie brzuch. Tylko on umiał doprowadzić mnie do takiego stanu, no i Brook, no i teraz też chłopcy ze Sky. Matko, jakim cudem w tak krótkim czasie powiększyło się moje grono przyjaciół?
-Na pewno nie zgodzisz, żeby zamieszkać z nami na jakiś czas?- zapytał z nadzieję, ściszając dźwięk, ale nie odrywając wzroku od drogi.
-Nie chcę wam robić problemu, po za tym, muszę przemyśleć kilka spraw- powiedziałam wymijająco i machnęłam ręką.
-Głupia, to dla nas żaden problem. Wręcz przeciwnie. Czulibyśmy się pewniej, wiedząc, że jesteś z nami i nic ci nie jest. Lou i Harry sami to zaproponowali. Bardzo cię polubili- powiedział, starając się mnie przekonać i chodź przyjemne ciepło otuliło moje serce, nie zmieniłam zdania.
-Cieszę się, ale zdania nie zmienię. Przecież będziemy się odwiedzać co drugi, trzeci dzień.
-Codziennie i będziemy dzwonić- zastrzegł, a ja pokręciłam głową. Był taki uparty.
-Dobrze- westchnęłam i utknęłam spojrzenie za szybą, na czystym, niebieskim niebie.
                Reszta drogi minęła nam w ciszy. Każdy pogrążony byłe we własnych myślach. Nie wiedziałam, co będę jeszcze dzisiaj robić, ale chyba zadzwonię do Brook i zapytam się, czy zostanie ze mną na noc. Muszę z nią pogadać jak kobieta z kobietą. Po za tym będziemy musiały iść na zakupy i kupić sukienkę na ślub.
-Uważaj na siebie i dzwoń, gdyby cokolwiek się działo, okay?- zapytał, splatając swoje palce z moimi.
-Nie wejdziesz na herbatę?
-Musze jeszcze coś załatwić.
-Ach, ok. Wy też się trzymajcie. Pozdrów Sky i chłopców- powiedziałam i ściskając jego rękę, musnęłam mu policzek z dwudniowym zarostem.
-Na razie, mała- pomachał mi i odjechał, a ja jeszcze chwile stałam na podjeździe i patrzyłam jak znika za zakrętem, wjeżdżając na drogę główna. Westchnęłam i ruszyłam do domu. Wszystko było na swoim miejscu, tak jak to zostawiłam. Zaniosłam torbę do pokoju i rozpakowałam rzeczy. Wróciłam na dół i zrobiłam sobie ukochanej kawy. Westchnęłam czując jak kofeina przepływa przez moje gardło. Byłam od niej uzależniona. Nie wiedząc co ze sobą zrobić udałam się do salonu i zaczęłam oglądać jakiś denny serial. Jednak kompletnie nie potrafiłam się na nim skupić. Cały czas myślałam o Liam’ie i o tym co mu odbiło. Ten chłopak był jak magnes. Nie potrafiłam wyrzucić go z głowy i nie ważne czy próbowałam spać, jeść, sprzątać, czy czytać książkę. On przez cały dzień tam był. Frustrowała mnie ta cała sytuacja. Nie powinno tak być. Przecież ja go nawet nie znam!
Kierowana nagłym odruchem postanowiłam zadzwonić do Brook. Jej mogłam wszystko powiedzieć, licząc, że nie zostanę przez to oceniona. Kochałam ją jak siostrę. Była tak naprawdę moja jedyną rodzinę jak Niall wyjeżdżał w trasę. Coś zakuło mnie w sercu, kiedy zdałam sobie sprawę, jak to może wyglądać z jego strony. Ma wspaniałą rodzinę, zespół i piękną dziewczynę. Po co mu taka wywłoka jak ja?  Pewnie zadaje się ze mną tylko dla tego, że mu mnie zwyczajnie żal. Zawsze był wspaniałym człowiekiem i pomagał każdemu, komu się dało. Mnie pewnie uważał za taka osobę.
-Chryste dziewczyno, czemu tak długo się nie odzywałaś? Martwiłam się o ciebie!- wydarła się do telefonu, a ja walczyłam sama z sobą, żeby nie rozryczeć się jak małe dziecko.
-Możesz do mnie przyjechać i zostać ze mną na noc?- zapytałam, a mój głos się załamał. Nie potrafiłam dłużej udawać.
-Boże, skarbie co się stało?
-Przyjedź proszę, potrzebuje cię- wyszeptałam i zakończyłam połączenie. Zsunęłam się po kuchennej ścianie i schowałam twarz w dłoniach. Co się ze mną dzieje?, myślałam wstrząsana kolejna fala płaczu. Nigdy nie byłam osobą, która ryczy niewiadomo ile, czułam się wtedy słaba, a nienawidziłam taka być. Zawsze radziłam sobie sama, wiec czemu teraz czuje taką przerażającą i rozrywającą mnie od środka pustkę? Piekły mnie oczy i bolała głowa, ale miałam to gdzieś.
Siedziałam tam nawet nie wiem ile. Może 5 minut, może godzinę, albo więcej. Przetarłam mokre policzki, ale nadal pozostałam na miejscu. Nie chciałam się ruszyć. Chciałam zasnąć i już się nie obudzić. Przestraszyłam się na swoje własne myśli i usłyszałam przekręcanie kluczy w zamku. Skoczyłam jak poparzona na równe nogi i ruszyłam przestraszona do przedpokoju. W drzwiach stanął moja przyjaciółka z torba przewieszona na ramieniu i kluczykami w dłoniach. Zapomniałam, że ma klucze od mojego mieszkania. Kiedy spojrzałam w jej zmartwione i smutne oczy, znów się rozryczałam. Powinna teraz poświęcać czas swojemu narzeczonemu, szykować się do ślubu, a nie zajmować się rozhisteryzowana przyjaciółką. Schowałam w twarz w dłoniach i poczułam Jak Brookie przytula mnie mocno do siebie. Nie potrafiłam się uspokoić. Chciałam, ale nie potrafiłam.
-Już kochanie, spokojnie. Jestem tu- pogładziłam mnie uspokajająco po plecach i ucałowała w czoło. Czułam się małe dziecko. Zagubiona w tym wielki świecie, zupełnie sama. –Chodź zrobimy sobie kakao i wszystko mi opowiesz- zakomenderowała i puściła mnie na chwilę by zdjąć płaszcz. Następnie objęła mnie ramieniem i zaprowadziła do salonu, na kanapę. Przykryła mnie kocem, a sama zniknęła w kuchni. Wzięłam kilka głębokich oddechów i wytarłam oczy. Powoli się uspokajałam i dopiero teraz dotarło do mnie jaki cyrk odstawiłam. Nikt nie powinien mnie widzieć w takim stanie. Nawet Johnson.
-Dobra, a teraz opowiadaj co porabiałaś przez ten tydzień, kiedy nie miałam z Tobą kontaktu- poleciła i upiła łyk ciepłej, parującej, czekoladowej cieczy. Poszłam w jej ślady i wyrzuciłam z siebie wszystko. Opowiedział o powrocie Niall, Skyler, wypadzie do klubu, próbie gwałtu, o Harrym, Louis’ie i zachowaniu Liama. Trochę mi to zajęło, bo co jakiś czas, albo płakałam, albo się śmiałam ze swojej głupoty. Jednak ona nic nie mówiąc, siedziała i patrzyła na mnie, uważnie przetrawiając każde moje słowo. Kiedy skończyłam swój wywód było już po 17:00 i poczułam jak burczy mi w brzuchu. Oprócz śniadanie w szpitalu, składającego się z jednej kanapki, nic nie jadłam. Blondynka zaśmiała się i postanowiła zamówić pizze. Wróciła po minucie i westchnęła cicho.
-Co ty o tym wszystkim myślisz?- zapytałam cicho, dopijając zimne kakao. 
-Uważam, że ten urlop dobrze ci zrobi. Musisz odpocząć i spędzić więcej czasu z ludźmi. Nie możesz cały czas siedzieć sama w domu. A co do tego, że Niall zadaje się z tobą, bo jest mu ciebie żal, to uważam, że to twój wymysł. Znam go trochę i wiem, że naprawdę mu na tobie zależy, ale musisz zrozumieć, że do szczęścia jesteś mu potrzebna tak samo jak Sky i zespół. Nie możesz tak myśleć- powiedziała i przytuliła mnie. Poczułam ciepło na sercu i zaczęłam w myślach dziękować bogu, za to, że mam tak wspaniałą przyjaciółkę. –A co do Liama…- westchnęła i odgarnęła kosmyki włosów z karmelowych oczu.- … nie będę ci mówić, żebyś się z nim nie zadawała, bo i tak mnie nie posłuchasz, ale uważaj na niego. Ok?
-Dobrze, będę ostrożna- powiedziałam i zaśmiałam się cicho. –Dziękuję, że jesteś.
-Nie masz zza co. Przyjaźń z tobą to prawdziwa przyjemność- zaśmiała się i wstała gwałtownie. –Dość tego smutaszenia się. Trzeba się zabawić! – krzyknęła i wybiegła z pomieszczenia. Spojrzałam na nią jednocześnie rozbawiona i zorientowana. Moja wariatka.
-Co ty wymyśliłaś?- zapytałam i poszłam za nią. Aż się bałam, co może jej strzelić do głowy.
-Trzeba się zabawić, a że nie możesz pić, przyniosłam coś równie pysznego, ale bez procentów- powiedziała i wyjęła coś z torby. W jednej ręce trzymała siatkę ze słodyczami i niezdrowym jedzeniem, a drugą machała mi przed nosem butelką jabłkowego Pikolo. Kiedy je zobaczyłam, wybuchłam niepohamowanym śmiechem. Brook, dobrze wiedziała, że po nim odbija mi bardziej, niż po alkoholu. Oj, dużo bardziej.
-Dobra, to ty leć i nalej nam tego nieba, a ja przyniosę pizze- powiedziała, kiedy usłyszałam dzwonek do drzwi. Wzięłam pieniądze z portfela, a moja przyjaciółka poszła do kuchni. Odebrałam pizze i zapłaciłam wyznaczoną sumę, zostawiając młodemu dostawcy, całkiem spory napiwek. Mrugnęłam do niego okiem i zamknęłam drzwi przed nosem. Zdążyłam jednak wyłapać szeroki uśmiech, który mi posłał. No co? Może zbiera na prezent dla dziewczyny?
                Zaniosłam nasza kolację do salonu i poczęstowałam się jednym kawałkiem. W tym momencie blondi weszła do pokoju i postawiła przede mną kubeczek z napojem dla dzieci. Zachichotałam i łyknęłam kropelkę. Przyjemne musowanie wypełniło moje gardło, a ja uśmiechnęłam się szeroko.
-Dobra, oglądamy Milerów- zadecydowała i włączyła nasza ulubioną komedie, która zajmowała honorowe miejsce, obok odtwarzacz. Film się zaczął, a my już po kilku minutach zwijałyśmy się ze śmiechu. Zjadłyśmy całą pizze i wypiłyśmy Pikolo. Czułam jak bąbelki uderzają mi do głowy i nie mogłam opanować ciągłego chichotu. Byłam jak na jakimś haju. W pewnym momencie usłyszałam telefon i śmiejąc się, przeszłam na czworaka do kuchni, gdzie go ostatnio zostawiłam.
- Halo?- zaśmiałam się i położyłam na zimnych kafelkach.
-Em, Nat, to ja, Louis. Wszystko gra?- zapytał, a w jego głosie można było wyczuć zdziwienie i dezorientacje.
-Wszystko…… w jak … najlepszy … porządku- wyksztusiłam między spazmami śmiechu jakie wywoływały u mnie krzyki Brook.
-Zostawi go ty idiotko! Ten kundel nie jest wasz!*- darła się, szarpiąc za włosy i skacząc po kanapie. I weź tu bądź poważny człowieku.
-Natalie, co się tam dzieje?- zapytała lekko podenerwowany Lou, a kiedy nie mogłam odpowiedzieć, cały czas rechocząc do telefonu, krzyknął:- Ty jesteś kompletnie pijana!
-Lou, wyluzuj. Ja nic nie piłam- zachichotałam.
-Jak to nie? Przecież słyszę, do cholery!- krzyknął, a ja powoli odzyskiwałam zdrowy rozsądek. – Nie wolno ci pić, biorąc tak mocne leki przeciwbólowe, nie wiesz tego?!
-Louis wyluzuj, ja piłam tylko Pikolo!
-Co?- zapytał już spokojnie, skołowanym i zdezorientowanym głosem. Zaśmiałam się i odparłam.
-Bezalkoholowy, napój gazowany dla dzieci.
- Natalie, jak mogłaś się spić. Zaraz do ciebie przyjadę. Nie wolno ci pić, biorąc leki!- wrzasnął Niall, który wyrwał Tomlinson’owi telefon i pieklił się po drugiej stronie słuchawki. Co za ludzie?! Ja przecież wiem, że nie mogę spożywać procentów. Hellloł, ja tu jestem lekarzem!
-Horan, wyluzuj! Brook przyniosła tylko szampana dla dzieci- rzuciłam, lekko poirytowana i wstałam z ziemnej posadzki. mmm
-Pikolo?- zapytał, jakby uspokojony tą informacją.
-Yeap- powiedziałam i nalałam sobie szklankę wody.
-Wykończysz mnie kiedyś- westchnął i byłam pewna, że wywrócił oczami. – Dobrze, że przynajmniej nie jesteś sama. Pozdrów ode mnie Brookie i bawcie się dobrze.
-Dziękuję, żarłoczku. Pozdrów tam wszystkich i weźcie trochę wyluzujcie. Jestem już dużą dziewczynką, poradzę sobie- westchnęłam i przepłukałam usta przeźroczystym płynem.
-My się po prostu martwimy- usłyszałam głos Tommo i uśmiechnęłam się pod nosem.
-To uroczę, ale potrafię się sobą zająć, a teraz wybaczcie, ale moja przyjaciółka rozwala mi salon- zaśmiałam się patrząc jak rozrzuca poduszki po pokoju. –Trzymaj cię.
-Uważaj na siebie- powiedzieli razem i zakończyli połączenie. Westchnęłam i odłożyłam telefon na miejsce.
-Przegapiłaś najlepsze- wrzasnęła Johnson i władowała do buzi kolejną porcję paprykowych chipsów. Zachichotałam cicho i bez słowa pokiwałam głową. Położyłam się na oparciu i już na spokojnie dokończyłam oglądanie filmu.
                Po seansie posprzątałyśmy pomieszczenie i udałyśmy się do swoich pokoi. Kiedyś mieszkałam razem z przyjaciółką, ale odkąd się przeprowadziła do swojego chłopaka jestem sama, ale ona często u mnie nocuje. Wzięłam szybki prysznic i proszki przeciw bólowe, bo moje żebra, kręgosłup i głowa dały o sobie znać. Rozczesałam lekko wilgotne włosy i czując się lekka jak piórko, po rozmowie z Brook, udałam się do swojego kochanego, ciepłego, miękkiego łóżka. Za nim się obejrzałam zapadłam w twardy jak skała sen.



 *Nie wiem czy w filmie jest taka scena. Wymyśliłam ją.



 ~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Nie wiem jak wam, ale mi ten rozdział jakoś nie przypadł do gustu, ale cóż...
Mogę tylko powiedzieć, ze w następnym trochę się zadzieje, ale mam nadzieje, ze będzielepszy niż ten.
Jak tam minął kolejny tydzień szkoły? Jak dla mnie 5 matematyk to stanowczo za dużo, ale co ja tam mogę. Dziekuję wam bardzo za tyle wejść i komentarzy pod ostatnim rozdziałem. Jesteście niesamowici!

piątek, 4 września 2015

Rozdział 3

                Mój zegar biologiczny obudził mnie dzisiaj wyjątkowo późno. Dopiero o godzinie 9:00 wyszłam z łóżka i zeszłam do kuchni by zrobić sobie kawę. Pogoda na dworze była dzisiaj wyjątkowo nie ciekawa. Nad Mulligar zebrały się ciemne chmury z których padał rzęsisty deszcz, a zimny wiatr poruszał koronami drzew. Jednak ja byłam dzisiaj w zdecydowanie lepszym stanie niż wczoraj wieczorem. Ból głowy ustąpił, a na wardze pojawił się nieduży strup. Jedynie poplątane i rozczapirzone włosy niszczyły efekt. Rozłożyłam się na kanapie i włączyłam telewizor, sącząc kofeinowy napój. Po jakiejś godzince poczułam jak burczy mi w brzuchu i uświadomiłam sobie, że od wczorajszego po południa nic nie jadłam. Podeszłam do lodówki, ale zobaczyłam w niej jedynie światło, po za tym nic innego nie było. Warknęłam pod nosem i wyłączyłam TV, by wejść do swojego pokoju. Podeszłam do szafy i wygrzebałam z niej szybko czarny t-shirt z białym nadrukiem, czarne rurki i bordową kurtkę. Wskoczyłam w ubrania i udałam się do łazienki, gdzie uczesałam włosy w luźnego warkocza i przerzuciłam go przez ramię. Nałożyłam lekki podkład na twarz i lekko pobuszowałam rzęsy. Gotowa zeszłam na dół i wepchnęłam nogi w czarne kozaczki. Zabrałam jeszcze tylko torebkę i zamykając mieszkanie, udałam się do samochodu. Wyjechałam z garażu i włączyłam radio. Nie przepadałam za jeżdżeniem w ciszy, samej. Leciała moja ulubiona piosenka „Fight song” Rachel Platten, więc pogłośniłam głośniki i zaczęłam śpiewać tekst, który pomógł mi przetrwać trudne chwile w życiu.
                Za nim się zorientowałam zaparkowałam na sklepowym parkingu i weszłam do spożywczaka. Wzięłam koszyki i przechodząc między regałami, wrzucałam wszystko, co miałam wrażenie, że się przyda, do środka. Dużo tego było. Zaśmiałam się, kiedy zadałam sobie pytanie, kiedy ja to wszystko zjem. Pokręciłam głową na swoja głupotę, ale machnęłam na to ręką.
-O Natalie, Natalie, poczekaj!- usłyszałam i zmarszczyłam brwi. Kiedy się odwróciłam zobaczyłam  Louis, ubranego w czarny płaszcz i czerwony szalik, pchającego wózek z Harrym, który tulił do siebie paczkę pianek. Prychnęłam i rzuciłam rozbawiona.
-No hej, chłopcy!
- Wczoraj zniknęłaś tak nagle i Liam odwiózł cię do domu, a Niall powiedział, że gorzej się poczułaś- opowiedział szatyn, zrównując się ze mną. A wiec chłopcy nie powiedzieli im prawdy. Może i lepiej?
-Już wszystko gra- powiedziałam i posłałam mu delikatny uśmiech. Jego twarz nagle skamieniała, a on zmarszczył brwi, czymś wyraźnie zdziwiony.
-Co ci się stało?- zapytał lokowaty, patrząc na moją rozciętą wargę.
-A, fajtłapa ze mnie. Przewróciłam się. To nic takiego- rzuciłam jakby od niechcenia i zgarnęłam z półki makaron.
-Skoro już lepiej się czujesz, to może wpadniesz do nas dzisiaj na obiad, co?- zadał pytanie Tomlinson, najwyraźniej łykając bajeczkę jaką mu sprzedałam.
-Jeśli reszta nie będzie miała nic przeciwko.
-Właśnie Niall miał do ciebie dzwonić, bo rozmawialiśmy w domu.
-Skoro wszyscy się zgadzają, to bardzo chętnie- zachichotałam cicho parząc jak Hazza próbuje dosięgnąć z półki opakowanie żelek. Nagle jego koszyk przechylił się niebezpiecznie i przewrócił się, a szatyn wypadł ze środka na podłogę, zrzucając produkty z regału.
-Styles, cholera! Zaraz nas stad wyrzucą jak będziesz zachowywał się jak przedszkolak! – krzyknął Lou i złapał się za głowę widząc co wyprawia jego kumpel. Nie mogłam się powstrzymać i wybuchłam śmiechem, a zaraz po mnie reszta. Co za ludzie?!
-Ale ja chciałem żelki- wytłumaczył stając na równe nogi i stawiając wózek. Pokręciłam rozbawiona głową i pomogłam mu ustawiać produkty.
-Dzięki- mruknął z szerokim bananem na twarzy loczek.
-Nie ma za co- zachichotałam. – To do zobaczenia- pomachałam im i ruszyłam do kas. Zapłaciłam należyta sumę i wróciłam do samochodu. Zapakowałam zakupy do bagażnika i odjechałam w kierunku domu, wcześniej odstawiając wózek na miejsce.
                Gdy dotarłam do domu i rozpakowałam wszystkie rzeczy, zdjęłam kurtę i buty. Postanowiłam zjeść sobie płatki z mlekiem. Kiedy już miałam włożyć łyżkę do buzi zadzwonił mój telefon, wiec odłożyłam sztuciec i wyjęłam komórkę z torebki, przykładając ją do ucha. Nawet zjeść w spokoju nie można!
-Halo?
-Nat, słuchaj dzwonię zaprosić cię dzisiaj na obiad- usłyszał w słuchawce głos blondyna i uśmiechnęłam się na wspomnienie zdarzeń ze sklepu.
-Wiem, spotkałam Louisa i Harrego w sklepie- zachichotałam i przeczesałam włosy rękom.
- A mogę wiedzieć co cie tak śmiesz?
-Niech ci sami opowiedzą- rzuciłam i usłyszałam jak wzdycha, nie usłyszawszy odpowiedzi.
-Ok. Ale przyjdziesz?
-Gdzie i kiedy?
-O 15:00, na Avalon Street 34*- zakomenderował, a ja zapisałam w pamięci dane, jakie mi podał.
-Będę- rzuciłam i się rozłączyłam. Chciałam zjeść śniadanie, no!!! Wsunęłam posiłek w trzy minuty i umyłam po sobie ręcznie dekorowaną miskę. Nie wiedziałam co ze sobą zrobić, więc rozłożyłam się w salonie i zaczęłam oglądać jakiś głupi serial.
                Za nim się obejrzała była już 13:30, wiec ruszyłam niechętnie swoje 4 litery z wygodnej kanapy i kolejny raz tego dnia wczołgałam się na piętro. Otworzyłam wrota do swojego pokoju i otworzyłam szafę, w której jak zwykle panował bałagan. No co? Nie lubię sprzątać. Po długich minutach grzebania i kopania zdecydowałam się na jeansy, biała koszulkę bez rękawów i pudrowy, przedłużany sweterek.  Dobrałam do tego jakieś dwa naszyjniki i byłam gotowa. Nie chciałam się stroić, bo to nie było w moim stylu. Wyglądałam ładnie, ale na luzie i w 100% mi to odpowiadało. Przeczesałam jeszcze włosy i spryskałam się perfumami. Na nogi założyłam pudrowe szpilki i zeszłam na dół. Z szafki wyjęłam jakąś torebkę podarunkową i wsadziłam do niej jakieś podobno, bardzo dobre, wytrawne wino. Nie wybadało przecież iść z pustymi rękami, nie? Deszcz na dworze przestał już dawno padać, wiec założyłam płaszcz, przez ramię przełożyłam torbę z najpotrzebniejszymi rzeczami, do drugie chwyciłam prezent i wychodząc z domu, zamknęłam go. Biorąc pod uwagę, że zostało mi jeszcze ponad pól godziny, a tyle właśnie zajmuje tam droga spacerkiem, postanowiłam się przejść. Omijałam kałużę i mijałam ludzi, którzy się gdzieś spieszyli. Przechodziły obok mnie pary, trzymające się za ręce, czy za talie, a ja czułam chłód, który rozszedł mi się po sercu. Byłam sama od jakiś pięciu lat. Nie narzekałam na to nigdy, bo nie miałam czasu, ale teraz, kiedy byłam na urlopie poczułam się cholernie samotna. Pusty dom, puste łóżko. Nie miałam w kogo się wtulić oglądając wieczorem film. Nie miałam z kim się pokłócić o jakieś bzdety. Nawet Horan sobie kogoś znalazł, a ja? Jak zwykle próbuję robić dobrą minę do złej gry i udawać szczęśliwego, wolnego strzelca. A prawda jest zupełnie inna. Dopiero teraz dotarło do mnie, że pragnę stabilizacji w życiu. Chciałabym kiedyś wyjść za mąż, mieć dzieci, wnuki. Zaśmiałam się bez humoru, wiedząc, że szansę na to są nikłe. Wybierając pracę w szpitalu, zrezygnowałam z tego. 12godzinne dyżury sprawiały, że w ogóle nie było mnie w domu, a po co komu dziewczyna, która wychodzi rano i wraca w nocy, padając na pysk. Jak niby miałabym wychowywać dziecko, opiekować się wnukami? Trzymając je w jednej ręce, a drugą podpisują formularze i zgody na operację. No chyba nie. Coś za coś, pomyślałam i kopnęłam czubkiem buta kamyczek, który przeturlał się na ulicę, która akurat była pusta.
                Po jakiś 40 minutach stanęłam pod dużym domem, a właściwie willą, na której pojeździe stały 4 samochody. Z góry założyłam, że mieszka tu cała czwórka.  Widok aż zapierał dech w piersiach i pieścił oczy. Nie pewnie skierowałam się w stronę drzwi i zadzwoniłam delikatnie dzwonkiem. Usłyszałam stukot szpilek i po chwili otworzyła mi uśmiechnięta od ucha do ucha Skyler. Ubrana była w spódniczkę i bordowy sweterek. Jej włosy były rozpuszczone i przerzucone na prawe ramię. Wyglądała cudownie
-Hej, słońce!- przepuściła mnie w drzwiach, a kiedy tylko przekroczyłam próg, mocno mnie przytuliła. Z chęcią odwzajemniłam gest i zdjęłam okrycie.
-Proszę- podałam jej torebkę, a ona spojrzała na mnie jak na kosmitę.
-Zwariowałaś kobieto- westchnęła i pociągnęła mnie za rękę w stronę jadalni, połączonej z salonem i wyjściem na ogród.Wszystko zachowane było w jasnych kolorach i tworzyła niesamowity klimat. Chłopcy się postarali.  – Czuj się jak u siebie- machnęła ręką i zostawiła mnie samą, udając się bodajże do kuchnie. Nie wiedziałam co ze sobą zrobić, więc przewiesiłam torbę na krześle, które stało w rogu stołu i podeszłam do drzwi balkonowych. Na działce znajdowała się duża altanka, basen i dużo wolnej przestrzeni. Było pięknie i gdyby nie pogoda nie miałabym nic przeciwko pochodzeniu na bosaka, po tej świeżej, zielonej trawie.
-Kupiłaś nasz ulubione wino- usłyszałam za plecami męski głos i odwróciłam się gwałtownie, lekko wystraszona. Naprzeciw mnie stał Niall, ubrany w czarne rurki i niebieską koszule, która podkreślała barwę jego oczu, które bacznie się we mnie wpatrywały.
-Cieszę się, że trafiłam- posłałam mu lekki uśmiech i założyłam ręce na piersiach. Odwróciłam się z powrotem w stronę altanki i wpatrywałam się uważnie w jej stronę.
-Jak się czujesz?- zapytał blondyn, stając ze mną ramię w ramię. Nie wiedziałam co miałam mu powiedzieć.
-Dobrze- westchnęłam i położyłam mu głowę na ramieniu. Dzięki wysokim butom byłam tego samego wzrostu co on, wiec nie miałam z tym problemów. Chłopak objął mnie ramieniem i potarł mój bark. Byłam szczęśliwa, że w pewnym sensie znów mogę mieć go przy sobie.
- A tak na serio?- dopytywał. Znał mnie za dobrze i wiedział kiedy kłamię. Umiał wyczytać to z moich oczu.
-Do dupy, ale to nie jest ważne- mruknęłam i skrzywiłam się lekko. Nie lubiłam opowiadać o tym co czuję, a może nie umiałam.
-Przestań pierdolić. To jest ważne- warknął, akcentując ostatnie słowo.
-Niall, nie chcę o tym rozmawiać- westchnęłam i już miałam się od niego odsunąć, kiedy przyciągnął mnie do siebie i wtulił w swój tors. Czułam się przy nim bezpiecznie i widziałam, że w jego ramionach nic mi nie grozi.
-Jakbyś jednak zmieniła zdanie, to zawsze możesz do mnie przyjść, czy zadzwonić. O każdej porze dnia i nocy- mruknął i potarł uspokajająco moje plecy, całując w czoło.
-Dziękuję, jesteś najlepszym przyjacielem jakiego mogłam sobie wymarzyć- odsunęłam się od niego na szerokość ramion i posłałam delikatny uśmiech. 
-Oooo, jak słodko!- zaćwierkał Hazza, a my odwróciliśmy się w jego stronę. Stał w progu ubrany w biały t-shirt i czarne rurki, trzymając w rekach naczynie żaroodporne z kurczakiem i warzywami. Pachniało pysznie.
-Hej Harry- zaśmiałam się i pomachałam mu.


-Ja chcę się przytulić- zrobił minę smutnego dziecko, co mnie rozśmieszyło, wiec jak odstawił gorąca potrawę na stół podeszłam do niego i objęłam go w talii. Był ode mnie wyższy. –To mi się podoba- wymruczał, zamykając mnie w kamiennym uścisku.
-Hazz, … dusisz- wychrypiałam, czując jak zaczyna brakować mi powietrza, a na moich żebrach zaciska się imadło.
-Styles, puszczaj ją, teraz moja kolej- powiedział Lou, który nie wiadomo skąd się wziął. Loczek mruknął coś pod nosem, ale rozluźnił uścisk i wrócił do kuchni.
– Hej, mała- powiedział i delikatnie potarł moje plecy pod czas przytulania. Nie wiem jakim cudem, ale poczułam się w pewnym sensie jak członek rodziny. Nie znałam tych chłopaków, a oni mnie, ale i tak traktowali mnie jak młodszą siostrę, a ja ich jak braci. Z tego co wiedziałam wszyscy byli ode mnie starsi o rok, ale ja w ogóle tego nie odczuwałam. Wręcz przeciwnie. Po dzisiejszej akcji w sklepie, czułam się najdoroślejsza, z całej tej bandy.
-Hej, duży- zaśmiałam się na to jak mnie nazwał, a on mi zawtórował.
-Dobra, a teraz opowiadać mi co się działo w sklepie- zażądał Horani i spojrzał na mnie znacząco. Wybuchliśmy śmiechem, a ja nie zwracałam uwagi na to, że ręka szatyna cały czas spoczywa przewieszona przez moje ramię. Kompletnie mi to nie przeszkadzało.
-Harry, jakby to powiedzieć, miał bliskie spotkanie ze sklepową podłoga- wydukał Tomlinson i złapał się za brzuch. Dopiero teraz zobaczyłam różne tatuaże, zdobiące jego ręce i przedramiona. Nie powiem, ale podobały mi się.
-Nie ogarniam was- westchnął niebieskooki i wyszedł z pomieszczenia, zostawiając nas samych, zwijających się ze śmiechu.
-Dobra, wystarczy- udało mi się opanować i odzyskać w miarę normalny ton.
-Ale, widziałaś jego minę- zarechotał Lou, a ja znów opadłam na kanapę, kładąc się obok chłopaka.
-„Nie ogarniam was”- wyburczałam, udając głos swojego przyjaciela, co tak rozśmieszyło piosenkarza, że spadł z sofy. Czemu oni tak kochają tą podłogę?
-Ludzie, braliście coś, czy co?- zapytała Sky, zwabiona naszym śmiechem i hukiem jaki wywołał upadek szatyna. Patrzyła na nas jak na idiotów. –Dobra, ja was zaraz ustawie do pionu- ostrzegła i wyszła, a ja spojrzałam na towarzysza i zapytałam:
-Mam się bać?
-Tak lepiej uciekać, bo pogoni nas miotłą- zażartował Louis, a ja wiedziałam, że już go uwielbiam.  Nagle poczułam jak oblewa mnie lodowata woda i wstała z piskiem z kanapy. Patrzyłam na dziewczynę stojącą z pustym wiadrem, z niedowierzaniem. Po mojej twarzy spływały kropelki zimnej cieczy i całe moje ubrania były mokrusienkie. Ja ją chyba zabiję!
-Radzę ci uciekać- warknął również mokry Tomlinson i spojrzał na mnie znacząco.
-Niall, ratuj!- piszczała szatynka, wybiegając z pokoju.
-Pięknie- westchnęłam i zgarnęłam mokre włosy z twarzy. Co za dziewczyna? I co? Cały obiad mam siedzieć w przemoczonych ciuchach? No chyba nie!
-Co tu się dzieje?- zapytał blondyn, wchodząc do salonu i stając jak oniemiały. Patrzył na nas przez chwile, a potem parsknął śmiechem i po prostu wyszedł.
-Przebiorę się szybko i pojedziemy do ciebie, żebyś mogła się przebrać- powiedział Tommo, któremu już najwyraźniej przeszła złość na nasza oblewaczkę.
-Nie trzeba, przejdę się- wyjaśniłam, a w zamian usłyszałam jego głośny śmiech. Co w tym takiego śmiesznego?
-Nie ma mowy, jeszcze się przeziębisz. Siedź tu i daj mi 2 minuty- powiedział wskazując gestem dłoni sofę. Zaprzeczyłam jedynie, nie chcąc moczyć wykładziny. Chłopak westchnął tylko i zniknął.
                Tak jak powiedział, tak też zrobił. Kiedy ja stałam jak sierota i próbowałam osuszyć się przy kominku on przebrał się w czerwone spodnie i koszulkę w biało czerwone paski. Wyglądał jak mały chłopczyk, a nie jak 25letni facet i to było słodkie.
-Jedziemy?- zapytał, trzymając w rekach mój płaszcz.
-Lou, wcale nie musisz…
-Nie gadaj, tylko się ubieraj- przewrócił oczami i pomógł mi założyć kurtkę. Szybko zgarnęłam jeszcze torebkę i udaliśmy się do jego samochodu.
                Kiedy wyszliśmy na zewnątrz dostałam gęsiej skórki, przez wiatr, który rozwiał moje mokre włosy. Zanim się obejrzałam chłopak otworzył mi drzwi od strony pasażera i pomógł wsiąść do środka. Gentelman. Szybko zrobił to samo i wycofał z posesji. Ręce mi się trzęsły, dlatego też wsadziłam je jak najgłębiej do kieszeni, żeby nie mógł tego zauważyć.
-Cała się trzęsiesz- mruknął i widać, że był trochę zły na Sky za to co zrobiła. Czułam, że się o mnie martwił, tylko nie wiedziałam dlaczego.
-To urocze, że się o mnie martwisz, ale naprawdę nie musisz- powiedziałam i objęłam się ramionami.
-Jesteś przyjaciółką naszego przyjaciela, czyli naszą automatycznie też. Czy ci się to podoba, czy nie- parsknął i zaśmiał się cicho.
-Dziękuję- zaćwierkałam i posłała mu szeroki uśmiech. To co powiedział, sprawiło, że automatycznie zrobiło mi się ciepło na sercu i jakoś tak miło w głębi duszy. Nawet nie zdawał sobie sprawy jak dużo jego słowa dla mnie znaczyły. Chłopak nic nie odpowiedział, ale włączył ogrzewanie i od razu przestałam drżeć.
-Dokąd mam jechać?- zapytał wjeżdżając na główna drogę.
-Na Castle Street 26*- oznajmiłam i wgapiłam się w widok za szybą. Nagle zobaczyłam ja zaczyna padać deszcz i westchnęłam cicho.
-Opowiedz mi coś o sobie- poprosił chłopak, nie odrywając wzroku od ulicy.
-A co byś chciał wiedzieć?
-Wszystko. Czym się zajmujesz? Masz chłopaka, dzieci? Co lubisz robić w wolnym czasie?- wymieniał, a ja zgubiłam się po pierwszej dziesiątce. Zachichotałam cicho i postanowiłam mu przerwać, bo czułam, że może tak do jutra.
-Nazywam się Natalie Matters, mam 24 lata. Jestem ordynatorem na oddziale onkologii w Mullingar Center Hospital. Przeskoczyłam kilka klas. Nie mam chłopaka, ani dzieci. W wolnym czasie biorę dodatkowe dyżury. Jestem pracoholiczką, która na chwilę obecną została wysłana na dwumiesięczny przymusowy urlop i kompletnie nie wie co ma zrobić ze swoim życiem- wyrzuciłam z siebie, a pod koniec nawet nad tym nie panowała. Lou siedział przez chwilę w ciszy, jakby przetrawił informację jakimi go poczęstowałam.
- Wow- wykrztusił w końcu. Był w szoku, a ja wcale mu się nie dziwiłam.
-Teraz twoja kolej.
-Nazywam się Louis Tomlinson, mam 25 lat. Jestem piosenkarzem i gram w najbardziej popularnym zespole na tej planecie. Mam wspaniałych przyjaciół i dziewczynę, Eleonor, którą bardzo kocham i spędzam z nią wolny czas. Na chwile obecną jestem na dwumiesięcznym przymusowym urlopie- dokończył i oboje się zaśmialiśmy. Bardzo swobodnie nam się rozmawiało i czułam, że złapaliśmy w miarę dobry kontakt.
                Po chwili chłopak stanął na podjeździe przed moim domem i powiedział, że mam 10 minut. Zapytałam go czy nie chce wejść, ale odmówił, tłumacząc, że musi zadzwonić. Czym prędzej, więc pobiegłam do domu i otwierając go wbiegłam na piętro. Wygrzebałam z szafy jakieś ciuchy i pobiegłam do łazienki, gdzie szybko podsuszyłam wilgotne włosy i poprawiłam makijaż.Ubrałam się w czarny sweterek w gwiazdki, który wsadziłam w miodowe rurki z wysokim stanem i wybiegłam z domu, łapiąc kurtkę i torebkę. 
-7 minut, czarna magia- wykrztusił, patrząc się na mnie jak na ufoludka. Zaśmiałam się i zapytałam.
-A tobie ile to zajmuje?
- Z godzinę sama fryzura- mruknął i skierował się w stron swojej posiadłości. Zaśmiałam się i spojrzałam na niego z niedowierzaniem.
-Bez jaj?
-Bez jaj.
                Droga minęła nam w przyjemnej ciszy. W sumie nie było nas może z jakaś godzinkę. Plus, minus 10 minut. Chłopak wysiadł z auta i otworzył mi drzwi. Posłałam mu szeroki uśmiech i ruszyliśmy do drzwi.
-Gdzie wyście zniknęli? Jedzenia musiałam odgrzać- napadła na nas Skyler gdy tylko przekroczyliśmy próg domu. Złość aż się w niej kotłowała.
-Było nas nie lać zimną wodą- odparł Louis kompletnie nie wzruszony wybuchem dziewczyny swojego przyjaciela. Ściągnęłam kurkę i odwiesiłam ją na wieszak, przy drzwiach.
-Było się nie zachowywać jak chorzy psychicznie ludzie- warknęła i posłała mi oburzone spojrzenie. Zachichotaliśmy tylko z Lou i udaliśmy się do salonu. Przy stole siedział już Niall i Sky oraz Harry. Czegoś mi tu brakowało, a właściwie kogoś. Gdzie Liam?
-Liam gdzieś się ulotnił i powiedział, że nie wie kiedy wrócił- powiedział blondyn, jakby czytając mi w myślach. On nigdy nie przestanie mnie zadziwiać. Zajęłam miejsce u boku chłopaka w paskach i zaczęłam jeść kurczaka przygotowanego przez moją znajoma. Był pyszny. Skórka była chrupiąca, a mięso miękkie, warzywa rozpływały się w ustach.
                Po posiłku siedzieliśmy i gadaliśmy cały czas się śmiejąc. Jakiś czas temu szatynka przyniosła szarlotkę, którą popijaliśmy winem. Naprawdę było pyszne. Poznawaliśmy i świetnie się czuliśmy w swoim towarzystwie. Aż nie mogłam uwierzyć, że poznałam tak genialnych ludzi. To niesamowite, że spotykasz na swojej drodze ludzi, z którymi od samego początku relację są świetne i nigdy się nie psują. Miałam nadzieję, że tak będzie też z nami. Jednak wszystko co dobre szybko się kończy.
                Koło 19 usłyszeliśmy dźwięk otwieranych drzwi i do domu wszedł zaginiony Liam, a właściwie to się toczył. Alkohol było czuć od niego na kilometr. Widziałam po minach znajomych, że są w szoku i nie mogą ruszyć się ze swoich miejsc. Chłopak ściągnął kurtkę i buty. Kiedy wszedł do salonu spojrzał na naszą piątkę przekrwionymi oczami. Wyglądał jakby płakał, ale nie byłam tego pewna. Chyba jako jedyna byłam na tyle ogarnięta, by zerwać się po kilku sekundach z krzesła i podbiec do niego. Złapałam go w talii i pomogłam zachować równowagę. Kiedy podniósł na mnie te swoje smutne i pełne bólu, zamglone oczy coś boleśnie ścisnęło mnie za serce. Nie mogłam parzyć jak cierpi.
-Li, co się stało?- zapytałam, próbując pomóc mu dojść do salonu.
-Zdradziłam mnie, zostawiła, ma dziecko z innym- mruczał niezrozumiale pod nosem i znów na mnie spojrzał. Nie wiedziałam o co chodzi, ale kiedy jego czekoladowe tęczówki zrobiły się czarne wiedziała, że nie jest dobrze. – To przez ciebie- wyszeptał, a jego głos stawał się coraz głośniejszy i twardszy.- To przez ciebie, ty mała dziwko!- wrzasną i złapał mnie za ramiona, boleśnie je ściskając.
-Liam, proszę uspokój się- poprosiłam i poczułam jak mój głos się załamuję, a łzy zamazują obraz. Nie wiedziałam, czemu się tak zachowuję, ale bałam się tego, do czego może się posunąć.
-Nie rozkazuj mi, mała szmato- warknął i rzucił mnie o najbliższą ścianę. Okropny ból rozszedł się po moim kręgosłupie i jęknęłam cicho, mrużąc oczy.
-Kurwa, Payne uspokój się- krzyknął bodajże Styles, ale nie byłam w stanie teraz dokładnie tego stwierdzić.
-Było cię wczoraj zostawić w tym pieprzonym kiblu- krzyknął i kopną mnie w brzuch. To co czułam było nie dopisania. Okropny ból, zmieszany ze strachem. Nie była w stanie zapanować nad krzykiem, który uciekł z moich ust, gdy poczułam jego kolejnego kopniaka. Łzy całkowicie zamazały mi oraz, a ja już nie była w stanie się ruszyć. – Powinnaś zdechnąć, wstrętna kurwo- warknął mi do ucha szarpiąc mnie za włosy i waląc moja głową o ścianę. Zsunęłam się i opadłam na podłogę. Kompletnie straciłam kontakt ze światem zewnętrznym.
-Zabiję cię, Payne!- usłyszałam głos Niall'a i zobaczyłam jak odpycha szatyna od mojego ciała, a potem wali z całej siły w nos, z którego po chwili popłynęła krew.
-Horan, zostaw go- krzyknął Louis i unieruchomił Liam'a, a Harry Niall'a. Poczułam jak z każdą chwilą odpływam coraz bardziej.
-Nie, Nat, nie zasypiaj- krzyknęła Sky i położyła sobie moją głowę na kolanach. Ja jednak miałam w dupie jej słowa. Bolało mnie całe ciało, a głowa, to już w ogóle szkoda gadać. Nie miałam siły. – Nie! Natalie, patrz  na mnie!- wrzasnęła szatynka i poklepała mnie po policzku. Niech ona mnie zostawi, nie oni wszyscy mnie zostawią, niech dadzą mi spokój. Nie miałam już ochoty walczyć. Poddałam się i zamknęłam oczy.
-Natalia!- przerażony i pełen bólu wrzask niebieskookiego blondyna był ostatnią rzecz, którą zarejestrowałam. Potem zapadła ciemność.

*Ulice są wymyślone. Nie wiem czy takie istnieją. 
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Hej kochani! 
Chciałabym wam bardzo podziękować za ponad 1150 wejść. Nawet nie wiecie ile to dla mnie znaczy.
Jednak i tak liczę na to, że liczba komentarzy będzie wzrastać, bo one cholernie motywują. 
 A tak na marginesie,to jak wam minął pierwszy tydzień szkoły? Ja swojego planu nawet nie komentuję. Czyste szaleństwo.
Do następnego!