piątek, 4 września 2015

Rozdział 3

                Mój zegar biologiczny obudził mnie dzisiaj wyjątkowo późno. Dopiero o godzinie 9:00 wyszłam z łóżka i zeszłam do kuchni by zrobić sobie kawę. Pogoda na dworze była dzisiaj wyjątkowo nie ciekawa. Nad Mulligar zebrały się ciemne chmury z których padał rzęsisty deszcz, a zimny wiatr poruszał koronami drzew. Jednak ja byłam dzisiaj w zdecydowanie lepszym stanie niż wczoraj wieczorem. Ból głowy ustąpił, a na wardze pojawił się nieduży strup. Jedynie poplątane i rozczapirzone włosy niszczyły efekt. Rozłożyłam się na kanapie i włączyłam telewizor, sącząc kofeinowy napój. Po jakiejś godzince poczułam jak burczy mi w brzuchu i uświadomiłam sobie, że od wczorajszego po południa nic nie jadłam. Podeszłam do lodówki, ale zobaczyłam w niej jedynie światło, po za tym nic innego nie było. Warknęłam pod nosem i wyłączyłam TV, by wejść do swojego pokoju. Podeszłam do szafy i wygrzebałam z niej szybko czarny t-shirt z białym nadrukiem, czarne rurki i bordową kurtkę. Wskoczyłam w ubrania i udałam się do łazienki, gdzie uczesałam włosy w luźnego warkocza i przerzuciłam go przez ramię. Nałożyłam lekki podkład na twarz i lekko pobuszowałam rzęsy. Gotowa zeszłam na dół i wepchnęłam nogi w czarne kozaczki. Zabrałam jeszcze tylko torebkę i zamykając mieszkanie, udałam się do samochodu. Wyjechałam z garażu i włączyłam radio. Nie przepadałam za jeżdżeniem w ciszy, samej. Leciała moja ulubiona piosenka „Fight song” Rachel Platten, więc pogłośniłam głośniki i zaczęłam śpiewać tekst, który pomógł mi przetrwać trudne chwile w życiu.
                Za nim się zorientowałam zaparkowałam na sklepowym parkingu i weszłam do spożywczaka. Wzięłam koszyki i przechodząc między regałami, wrzucałam wszystko, co miałam wrażenie, że się przyda, do środka. Dużo tego było. Zaśmiałam się, kiedy zadałam sobie pytanie, kiedy ja to wszystko zjem. Pokręciłam głową na swoja głupotę, ale machnęłam na to ręką.
-O Natalie, Natalie, poczekaj!- usłyszałam i zmarszczyłam brwi. Kiedy się odwróciłam zobaczyłam  Louis, ubranego w czarny płaszcz i czerwony szalik, pchającego wózek z Harrym, który tulił do siebie paczkę pianek. Prychnęłam i rzuciłam rozbawiona.
-No hej, chłopcy!
- Wczoraj zniknęłaś tak nagle i Liam odwiózł cię do domu, a Niall powiedział, że gorzej się poczułaś- opowiedział szatyn, zrównując się ze mną. A wiec chłopcy nie powiedzieli im prawdy. Może i lepiej?
-Już wszystko gra- powiedziałam i posłałam mu delikatny uśmiech. Jego twarz nagle skamieniała, a on zmarszczył brwi, czymś wyraźnie zdziwiony.
-Co ci się stało?- zapytał lokowaty, patrząc na moją rozciętą wargę.
-A, fajtłapa ze mnie. Przewróciłam się. To nic takiego- rzuciłam jakby od niechcenia i zgarnęłam z półki makaron.
-Skoro już lepiej się czujesz, to może wpadniesz do nas dzisiaj na obiad, co?- zadał pytanie Tomlinson, najwyraźniej łykając bajeczkę jaką mu sprzedałam.
-Jeśli reszta nie będzie miała nic przeciwko.
-Właśnie Niall miał do ciebie dzwonić, bo rozmawialiśmy w domu.
-Skoro wszyscy się zgadzają, to bardzo chętnie- zachichotałam cicho parząc jak Hazza próbuje dosięgnąć z półki opakowanie żelek. Nagle jego koszyk przechylił się niebezpiecznie i przewrócił się, a szatyn wypadł ze środka na podłogę, zrzucając produkty z regału.
-Styles, cholera! Zaraz nas stad wyrzucą jak będziesz zachowywał się jak przedszkolak! – krzyknął Lou i złapał się za głowę widząc co wyprawia jego kumpel. Nie mogłam się powstrzymać i wybuchłam śmiechem, a zaraz po mnie reszta. Co za ludzie?!
-Ale ja chciałem żelki- wytłumaczył stając na równe nogi i stawiając wózek. Pokręciłam rozbawiona głową i pomogłam mu ustawiać produkty.
-Dzięki- mruknął z szerokim bananem na twarzy loczek.
-Nie ma za co- zachichotałam. – To do zobaczenia- pomachałam im i ruszyłam do kas. Zapłaciłam należyta sumę i wróciłam do samochodu. Zapakowałam zakupy do bagażnika i odjechałam w kierunku domu, wcześniej odstawiając wózek na miejsce.
                Gdy dotarłam do domu i rozpakowałam wszystkie rzeczy, zdjęłam kurtę i buty. Postanowiłam zjeść sobie płatki z mlekiem. Kiedy już miałam włożyć łyżkę do buzi zadzwonił mój telefon, wiec odłożyłam sztuciec i wyjęłam komórkę z torebki, przykładając ją do ucha. Nawet zjeść w spokoju nie można!
-Halo?
-Nat, słuchaj dzwonię zaprosić cię dzisiaj na obiad- usłyszał w słuchawce głos blondyna i uśmiechnęłam się na wspomnienie zdarzeń ze sklepu.
-Wiem, spotkałam Louisa i Harrego w sklepie- zachichotałam i przeczesałam włosy rękom.
- A mogę wiedzieć co cie tak śmiesz?
-Niech ci sami opowiedzą- rzuciłam i usłyszałam jak wzdycha, nie usłyszawszy odpowiedzi.
-Ok. Ale przyjdziesz?
-Gdzie i kiedy?
-O 15:00, na Avalon Street 34*- zakomenderował, a ja zapisałam w pamięci dane, jakie mi podał.
-Będę- rzuciłam i się rozłączyłam. Chciałam zjeść śniadanie, no!!! Wsunęłam posiłek w trzy minuty i umyłam po sobie ręcznie dekorowaną miskę. Nie wiedziałam co ze sobą zrobić, więc rozłożyłam się w salonie i zaczęłam oglądać jakiś głupi serial.
                Za nim się obejrzała była już 13:30, wiec ruszyłam niechętnie swoje 4 litery z wygodnej kanapy i kolejny raz tego dnia wczołgałam się na piętro. Otworzyłam wrota do swojego pokoju i otworzyłam szafę, w której jak zwykle panował bałagan. No co? Nie lubię sprzątać. Po długich minutach grzebania i kopania zdecydowałam się na jeansy, biała koszulkę bez rękawów i pudrowy, przedłużany sweterek.  Dobrałam do tego jakieś dwa naszyjniki i byłam gotowa. Nie chciałam się stroić, bo to nie było w moim stylu. Wyglądałam ładnie, ale na luzie i w 100% mi to odpowiadało. Przeczesałam jeszcze włosy i spryskałam się perfumami. Na nogi założyłam pudrowe szpilki i zeszłam na dół. Z szafki wyjęłam jakąś torebkę podarunkową i wsadziłam do niej jakieś podobno, bardzo dobre, wytrawne wino. Nie wybadało przecież iść z pustymi rękami, nie? Deszcz na dworze przestał już dawno padać, wiec założyłam płaszcz, przez ramię przełożyłam torbę z najpotrzebniejszymi rzeczami, do drugie chwyciłam prezent i wychodząc z domu, zamknęłam go. Biorąc pod uwagę, że zostało mi jeszcze ponad pól godziny, a tyle właśnie zajmuje tam droga spacerkiem, postanowiłam się przejść. Omijałam kałużę i mijałam ludzi, którzy się gdzieś spieszyli. Przechodziły obok mnie pary, trzymające się za ręce, czy za talie, a ja czułam chłód, który rozszedł mi się po sercu. Byłam sama od jakiś pięciu lat. Nie narzekałam na to nigdy, bo nie miałam czasu, ale teraz, kiedy byłam na urlopie poczułam się cholernie samotna. Pusty dom, puste łóżko. Nie miałam w kogo się wtulić oglądając wieczorem film. Nie miałam z kim się pokłócić o jakieś bzdety. Nawet Horan sobie kogoś znalazł, a ja? Jak zwykle próbuję robić dobrą minę do złej gry i udawać szczęśliwego, wolnego strzelca. A prawda jest zupełnie inna. Dopiero teraz dotarło do mnie, że pragnę stabilizacji w życiu. Chciałabym kiedyś wyjść za mąż, mieć dzieci, wnuki. Zaśmiałam się bez humoru, wiedząc, że szansę na to są nikłe. Wybierając pracę w szpitalu, zrezygnowałam z tego. 12godzinne dyżury sprawiały, że w ogóle nie było mnie w domu, a po co komu dziewczyna, która wychodzi rano i wraca w nocy, padając na pysk. Jak niby miałabym wychowywać dziecko, opiekować się wnukami? Trzymając je w jednej ręce, a drugą podpisują formularze i zgody na operację. No chyba nie. Coś za coś, pomyślałam i kopnęłam czubkiem buta kamyczek, który przeturlał się na ulicę, która akurat była pusta.
                Po jakiś 40 minutach stanęłam pod dużym domem, a właściwie willą, na której pojeździe stały 4 samochody. Z góry założyłam, że mieszka tu cała czwórka.  Widok aż zapierał dech w piersiach i pieścił oczy. Nie pewnie skierowałam się w stronę drzwi i zadzwoniłam delikatnie dzwonkiem. Usłyszałam stukot szpilek i po chwili otworzyła mi uśmiechnięta od ucha do ucha Skyler. Ubrana była w spódniczkę i bordowy sweterek. Jej włosy były rozpuszczone i przerzucone na prawe ramię. Wyglądała cudownie
-Hej, słońce!- przepuściła mnie w drzwiach, a kiedy tylko przekroczyłam próg, mocno mnie przytuliła. Z chęcią odwzajemniłam gest i zdjęłam okrycie.
-Proszę- podałam jej torebkę, a ona spojrzała na mnie jak na kosmitę.
-Zwariowałaś kobieto- westchnęła i pociągnęła mnie za rękę w stronę jadalni, połączonej z salonem i wyjściem na ogród.Wszystko zachowane było w jasnych kolorach i tworzyła niesamowity klimat. Chłopcy się postarali.  – Czuj się jak u siebie- machnęła ręką i zostawiła mnie samą, udając się bodajże do kuchnie. Nie wiedziałam co ze sobą zrobić, więc przewiesiłam torbę na krześle, które stało w rogu stołu i podeszłam do drzwi balkonowych. Na działce znajdowała się duża altanka, basen i dużo wolnej przestrzeni. Było pięknie i gdyby nie pogoda nie miałabym nic przeciwko pochodzeniu na bosaka, po tej świeżej, zielonej trawie.
-Kupiłaś nasz ulubione wino- usłyszałam za plecami męski głos i odwróciłam się gwałtownie, lekko wystraszona. Naprzeciw mnie stał Niall, ubrany w czarne rurki i niebieską koszule, która podkreślała barwę jego oczu, które bacznie się we mnie wpatrywały.
-Cieszę się, że trafiłam- posłałam mu lekki uśmiech i założyłam ręce na piersiach. Odwróciłam się z powrotem w stronę altanki i wpatrywałam się uważnie w jej stronę.
-Jak się czujesz?- zapytał blondyn, stając ze mną ramię w ramię. Nie wiedziałam co miałam mu powiedzieć.
-Dobrze- westchnęłam i położyłam mu głowę na ramieniu. Dzięki wysokim butom byłam tego samego wzrostu co on, wiec nie miałam z tym problemów. Chłopak objął mnie ramieniem i potarł mój bark. Byłam szczęśliwa, że w pewnym sensie znów mogę mieć go przy sobie.
- A tak na serio?- dopytywał. Znał mnie za dobrze i wiedział kiedy kłamię. Umiał wyczytać to z moich oczu.
-Do dupy, ale to nie jest ważne- mruknęłam i skrzywiłam się lekko. Nie lubiłam opowiadać o tym co czuję, a może nie umiałam.
-Przestań pierdolić. To jest ważne- warknął, akcentując ostatnie słowo.
-Niall, nie chcę o tym rozmawiać- westchnęłam i już miałam się od niego odsunąć, kiedy przyciągnął mnie do siebie i wtulił w swój tors. Czułam się przy nim bezpiecznie i widziałam, że w jego ramionach nic mi nie grozi.
-Jakbyś jednak zmieniła zdanie, to zawsze możesz do mnie przyjść, czy zadzwonić. O każdej porze dnia i nocy- mruknął i potarł uspokajająco moje plecy, całując w czoło.
-Dziękuję, jesteś najlepszym przyjacielem jakiego mogłam sobie wymarzyć- odsunęłam się od niego na szerokość ramion i posłałam delikatny uśmiech. 
-Oooo, jak słodko!- zaćwierkał Hazza, a my odwróciliśmy się w jego stronę. Stał w progu ubrany w biały t-shirt i czarne rurki, trzymając w rekach naczynie żaroodporne z kurczakiem i warzywami. Pachniało pysznie.
-Hej Harry- zaśmiałam się i pomachałam mu.


-Ja chcę się przytulić- zrobił minę smutnego dziecko, co mnie rozśmieszyło, wiec jak odstawił gorąca potrawę na stół podeszłam do niego i objęłam go w talii. Był ode mnie wyższy. –To mi się podoba- wymruczał, zamykając mnie w kamiennym uścisku.
-Hazz, … dusisz- wychrypiałam, czując jak zaczyna brakować mi powietrza, a na moich żebrach zaciska się imadło.
-Styles, puszczaj ją, teraz moja kolej- powiedział Lou, który nie wiadomo skąd się wziął. Loczek mruknął coś pod nosem, ale rozluźnił uścisk i wrócił do kuchni.
– Hej, mała- powiedział i delikatnie potarł moje plecy pod czas przytulania. Nie wiem jakim cudem, ale poczułam się w pewnym sensie jak członek rodziny. Nie znałam tych chłopaków, a oni mnie, ale i tak traktowali mnie jak młodszą siostrę, a ja ich jak braci. Z tego co wiedziałam wszyscy byli ode mnie starsi o rok, ale ja w ogóle tego nie odczuwałam. Wręcz przeciwnie. Po dzisiejszej akcji w sklepie, czułam się najdoroślejsza, z całej tej bandy.
-Hej, duży- zaśmiałam się na to jak mnie nazwał, a on mi zawtórował.
-Dobra, a teraz opowiadać mi co się działo w sklepie- zażądał Horani i spojrzał na mnie znacząco. Wybuchliśmy śmiechem, a ja nie zwracałam uwagi na to, że ręka szatyna cały czas spoczywa przewieszona przez moje ramię. Kompletnie mi to nie przeszkadzało.
-Harry, jakby to powiedzieć, miał bliskie spotkanie ze sklepową podłoga- wydukał Tomlinson i złapał się za brzuch. Dopiero teraz zobaczyłam różne tatuaże, zdobiące jego ręce i przedramiona. Nie powiem, ale podobały mi się.
-Nie ogarniam was- westchnął niebieskooki i wyszedł z pomieszczenia, zostawiając nas samych, zwijających się ze śmiechu.
-Dobra, wystarczy- udało mi się opanować i odzyskać w miarę normalny ton.
-Ale, widziałaś jego minę- zarechotał Lou, a ja znów opadłam na kanapę, kładąc się obok chłopaka.
-„Nie ogarniam was”- wyburczałam, udając głos swojego przyjaciela, co tak rozśmieszyło piosenkarza, że spadł z sofy. Czemu oni tak kochają tą podłogę?
-Ludzie, braliście coś, czy co?- zapytała Sky, zwabiona naszym śmiechem i hukiem jaki wywołał upadek szatyna. Patrzyła na nas jak na idiotów. –Dobra, ja was zaraz ustawie do pionu- ostrzegła i wyszła, a ja spojrzałam na towarzysza i zapytałam:
-Mam się bać?
-Tak lepiej uciekać, bo pogoni nas miotłą- zażartował Louis, a ja wiedziałam, że już go uwielbiam.  Nagle poczułam jak oblewa mnie lodowata woda i wstała z piskiem z kanapy. Patrzyłam na dziewczynę stojącą z pustym wiadrem, z niedowierzaniem. Po mojej twarzy spływały kropelki zimnej cieczy i całe moje ubrania były mokrusienkie. Ja ją chyba zabiję!
-Radzę ci uciekać- warknął również mokry Tomlinson i spojrzał na mnie znacząco.
-Niall, ratuj!- piszczała szatynka, wybiegając z pokoju.
-Pięknie- westchnęłam i zgarnęłam mokre włosy z twarzy. Co za dziewczyna? I co? Cały obiad mam siedzieć w przemoczonych ciuchach? No chyba nie!
-Co tu się dzieje?- zapytał blondyn, wchodząc do salonu i stając jak oniemiały. Patrzył na nas przez chwile, a potem parsknął śmiechem i po prostu wyszedł.
-Przebiorę się szybko i pojedziemy do ciebie, żebyś mogła się przebrać- powiedział Tommo, któremu już najwyraźniej przeszła złość na nasza oblewaczkę.
-Nie trzeba, przejdę się- wyjaśniłam, a w zamian usłyszałam jego głośny śmiech. Co w tym takiego śmiesznego?
-Nie ma mowy, jeszcze się przeziębisz. Siedź tu i daj mi 2 minuty- powiedział wskazując gestem dłoni sofę. Zaprzeczyłam jedynie, nie chcąc moczyć wykładziny. Chłopak westchnął tylko i zniknął.
                Tak jak powiedział, tak też zrobił. Kiedy ja stałam jak sierota i próbowałam osuszyć się przy kominku on przebrał się w czerwone spodnie i koszulkę w biało czerwone paski. Wyglądał jak mały chłopczyk, a nie jak 25letni facet i to było słodkie.
-Jedziemy?- zapytał, trzymając w rekach mój płaszcz.
-Lou, wcale nie musisz…
-Nie gadaj, tylko się ubieraj- przewrócił oczami i pomógł mi założyć kurtkę. Szybko zgarnęłam jeszcze torebkę i udaliśmy się do jego samochodu.
                Kiedy wyszliśmy na zewnątrz dostałam gęsiej skórki, przez wiatr, który rozwiał moje mokre włosy. Zanim się obejrzałam chłopak otworzył mi drzwi od strony pasażera i pomógł wsiąść do środka. Gentelman. Szybko zrobił to samo i wycofał z posesji. Ręce mi się trzęsły, dlatego też wsadziłam je jak najgłębiej do kieszeni, żeby nie mógł tego zauważyć.
-Cała się trzęsiesz- mruknął i widać, że był trochę zły na Sky za to co zrobiła. Czułam, że się o mnie martwił, tylko nie wiedziałam dlaczego.
-To urocze, że się o mnie martwisz, ale naprawdę nie musisz- powiedziałam i objęłam się ramionami.
-Jesteś przyjaciółką naszego przyjaciela, czyli naszą automatycznie też. Czy ci się to podoba, czy nie- parsknął i zaśmiał się cicho.
-Dziękuję- zaćwierkałam i posłała mu szeroki uśmiech. To co powiedział, sprawiło, że automatycznie zrobiło mi się ciepło na sercu i jakoś tak miło w głębi duszy. Nawet nie zdawał sobie sprawy jak dużo jego słowa dla mnie znaczyły. Chłopak nic nie odpowiedział, ale włączył ogrzewanie i od razu przestałam drżeć.
-Dokąd mam jechać?- zapytał wjeżdżając na główna drogę.
-Na Castle Street 26*- oznajmiłam i wgapiłam się w widok za szybą. Nagle zobaczyłam ja zaczyna padać deszcz i westchnęłam cicho.
-Opowiedz mi coś o sobie- poprosił chłopak, nie odrywając wzroku od ulicy.
-A co byś chciał wiedzieć?
-Wszystko. Czym się zajmujesz? Masz chłopaka, dzieci? Co lubisz robić w wolnym czasie?- wymieniał, a ja zgubiłam się po pierwszej dziesiątce. Zachichotałam cicho i postanowiłam mu przerwać, bo czułam, że może tak do jutra.
-Nazywam się Natalie Matters, mam 24 lata. Jestem ordynatorem na oddziale onkologii w Mullingar Center Hospital. Przeskoczyłam kilka klas. Nie mam chłopaka, ani dzieci. W wolnym czasie biorę dodatkowe dyżury. Jestem pracoholiczką, która na chwilę obecną została wysłana na dwumiesięczny przymusowy urlop i kompletnie nie wie co ma zrobić ze swoim życiem- wyrzuciłam z siebie, a pod koniec nawet nad tym nie panowała. Lou siedział przez chwilę w ciszy, jakby przetrawił informację jakimi go poczęstowałam.
- Wow- wykrztusił w końcu. Był w szoku, a ja wcale mu się nie dziwiłam.
-Teraz twoja kolej.
-Nazywam się Louis Tomlinson, mam 25 lat. Jestem piosenkarzem i gram w najbardziej popularnym zespole na tej planecie. Mam wspaniałych przyjaciół i dziewczynę, Eleonor, którą bardzo kocham i spędzam z nią wolny czas. Na chwile obecną jestem na dwumiesięcznym przymusowym urlopie- dokończył i oboje się zaśmialiśmy. Bardzo swobodnie nam się rozmawiało i czułam, że złapaliśmy w miarę dobry kontakt.
                Po chwili chłopak stanął na podjeździe przed moim domem i powiedział, że mam 10 minut. Zapytałam go czy nie chce wejść, ale odmówił, tłumacząc, że musi zadzwonić. Czym prędzej, więc pobiegłam do domu i otwierając go wbiegłam na piętro. Wygrzebałam z szafy jakieś ciuchy i pobiegłam do łazienki, gdzie szybko podsuszyłam wilgotne włosy i poprawiłam makijaż.Ubrałam się w czarny sweterek w gwiazdki, który wsadziłam w miodowe rurki z wysokim stanem i wybiegłam z domu, łapiąc kurtkę i torebkę. 
-7 minut, czarna magia- wykrztusił, patrząc się na mnie jak na ufoludka. Zaśmiałam się i zapytałam.
-A tobie ile to zajmuje?
- Z godzinę sama fryzura- mruknął i skierował się w stron swojej posiadłości. Zaśmiałam się i spojrzałam na niego z niedowierzaniem.
-Bez jaj?
-Bez jaj.
                Droga minęła nam w przyjemnej ciszy. W sumie nie było nas może z jakaś godzinkę. Plus, minus 10 minut. Chłopak wysiadł z auta i otworzył mi drzwi. Posłałam mu szeroki uśmiech i ruszyliśmy do drzwi.
-Gdzie wyście zniknęli? Jedzenia musiałam odgrzać- napadła na nas Skyler gdy tylko przekroczyliśmy próg domu. Złość aż się w niej kotłowała.
-Było nas nie lać zimną wodą- odparł Louis kompletnie nie wzruszony wybuchem dziewczyny swojego przyjaciela. Ściągnęłam kurkę i odwiesiłam ją na wieszak, przy drzwiach.
-Było się nie zachowywać jak chorzy psychicznie ludzie- warknęła i posłała mi oburzone spojrzenie. Zachichotaliśmy tylko z Lou i udaliśmy się do salonu. Przy stole siedział już Niall i Sky oraz Harry. Czegoś mi tu brakowało, a właściwie kogoś. Gdzie Liam?
-Liam gdzieś się ulotnił i powiedział, że nie wie kiedy wrócił- powiedział blondyn, jakby czytając mi w myślach. On nigdy nie przestanie mnie zadziwiać. Zajęłam miejsce u boku chłopaka w paskach i zaczęłam jeść kurczaka przygotowanego przez moją znajoma. Był pyszny. Skórka była chrupiąca, a mięso miękkie, warzywa rozpływały się w ustach.
                Po posiłku siedzieliśmy i gadaliśmy cały czas się śmiejąc. Jakiś czas temu szatynka przyniosła szarlotkę, którą popijaliśmy winem. Naprawdę było pyszne. Poznawaliśmy i świetnie się czuliśmy w swoim towarzystwie. Aż nie mogłam uwierzyć, że poznałam tak genialnych ludzi. To niesamowite, że spotykasz na swojej drodze ludzi, z którymi od samego początku relację są świetne i nigdy się nie psują. Miałam nadzieję, że tak będzie też z nami. Jednak wszystko co dobre szybko się kończy.
                Koło 19 usłyszeliśmy dźwięk otwieranych drzwi i do domu wszedł zaginiony Liam, a właściwie to się toczył. Alkohol było czuć od niego na kilometr. Widziałam po minach znajomych, że są w szoku i nie mogą ruszyć się ze swoich miejsc. Chłopak ściągnął kurtkę i buty. Kiedy wszedł do salonu spojrzał na naszą piątkę przekrwionymi oczami. Wyglądał jakby płakał, ale nie byłam tego pewna. Chyba jako jedyna byłam na tyle ogarnięta, by zerwać się po kilku sekundach z krzesła i podbiec do niego. Złapałam go w talii i pomogłam zachować równowagę. Kiedy podniósł na mnie te swoje smutne i pełne bólu, zamglone oczy coś boleśnie ścisnęło mnie za serce. Nie mogłam parzyć jak cierpi.
-Li, co się stało?- zapytałam, próbując pomóc mu dojść do salonu.
-Zdradziłam mnie, zostawiła, ma dziecko z innym- mruczał niezrozumiale pod nosem i znów na mnie spojrzał. Nie wiedziałam o co chodzi, ale kiedy jego czekoladowe tęczówki zrobiły się czarne wiedziała, że nie jest dobrze. – To przez ciebie- wyszeptał, a jego głos stawał się coraz głośniejszy i twardszy.- To przez ciebie, ty mała dziwko!- wrzasną i złapał mnie za ramiona, boleśnie je ściskając.
-Liam, proszę uspokój się- poprosiłam i poczułam jak mój głos się załamuję, a łzy zamazują obraz. Nie wiedziałam, czemu się tak zachowuję, ale bałam się tego, do czego może się posunąć.
-Nie rozkazuj mi, mała szmato- warknął i rzucił mnie o najbliższą ścianę. Okropny ból rozszedł się po moim kręgosłupie i jęknęłam cicho, mrużąc oczy.
-Kurwa, Payne uspokój się- krzyknął bodajże Styles, ale nie byłam w stanie teraz dokładnie tego stwierdzić.
-Było cię wczoraj zostawić w tym pieprzonym kiblu- krzyknął i kopną mnie w brzuch. To co czułam było nie dopisania. Okropny ból, zmieszany ze strachem. Nie była w stanie zapanować nad krzykiem, który uciekł z moich ust, gdy poczułam jego kolejnego kopniaka. Łzy całkowicie zamazały mi oraz, a ja już nie była w stanie się ruszyć. – Powinnaś zdechnąć, wstrętna kurwo- warknął mi do ucha szarpiąc mnie za włosy i waląc moja głową o ścianę. Zsunęłam się i opadłam na podłogę. Kompletnie straciłam kontakt ze światem zewnętrznym.
-Zabiję cię, Payne!- usłyszałam głos Niall'a i zobaczyłam jak odpycha szatyna od mojego ciała, a potem wali z całej siły w nos, z którego po chwili popłynęła krew.
-Horan, zostaw go- krzyknął Louis i unieruchomił Liam'a, a Harry Niall'a. Poczułam jak z każdą chwilą odpływam coraz bardziej.
-Nie, Nat, nie zasypiaj- krzyknęła Sky i położyła sobie moją głowę na kolanach. Ja jednak miałam w dupie jej słowa. Bolało mnie całe ciało, a głowa, to już w ogóle szkoda gadać. Nie miałam siły. – Nie! Natalie, patrz  na mnie!- wrzasnęła szatynka i poklepała mnie po policzku. Niech ona mnie zostawi, nie oni wszyscy mnie zostawią, niech dadzą mi spokój. Nie miałam już ochoty walczyć. Poddałam się i zamknęłam oczy.
-Natalia!- przerażony i pełen bólu wrzask niebieskookiego blondyna był ostatnią rzecz, którą zarejestrowałam. Potem zapadła ciemność.

*Ulice są wymyślone. Nie wiem czy takie istnieją. 
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Hej kochani! 
Chciałabym wam bardzo podziękować za ponad 1150 wejść. Nawet nie wiecie ile to dla mnie znaczy.
Jednak i tak liczę na to, że liczba komentarzy będzie wzrastać, bo one cholernie motywują. 
 A tak na marginesie,to jak wam minął pierwszy tydzień szkoły? Ja swojego planu nawet nie komentuję. Czyste szaleństwo.
Do następnego!


5 komentarzy:

  1. Szczerze? Miałam łzy w oczach, nie, nie wymyśliłam sobie tego. Zaczęły mi napływać do oczu w tym momencie: "-Było cię wczoraj zostawić w tym pieprzonym kiblu- krzyknął i kopną mnie w brzuch." Zaczął ją bić? Nie dziwie się Niallowi, że tak zareagował, ja też bym go zabiła...
    + taka jedna, mała uwaga. Liczby piszemy słownie.
    Do następnego x :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Bardzo się cieszę , że Nat zaprzyjaźniła się z chłopakami , ale to co zrobił Liam to mnie zdziwiło. Nie spodziewałam się, że on może taki być. I jak powiedział na nią i zaczął bić .
    Piszesz genialnie i nie mogę doczekać się kolejnego :)
    Życzę duuuużo weny i zapraszam do mnie

    http://diaries-memories-zayn-malik-ff.blogspot.com/

    Vanessa

    OdpowiedzUsuń
  3. Czemu w takim momencie, co??
    Liam zachował się bardzo źle, mam nadzieję, że jak wytrzeźwieje, to to do niego dotrze
    Weny życzę
    Czekam na next

    OdpowiedzUsuń
  4. Cudownie piszesz! Nie moge doczekac sie nastepnego!

    OdpowiedzUsuń
  5. Boże to dopiero 3 rozdział a ja już kocham to opowiadanie !!! Niall Mój kochany słodziak <3

    OdpowiedzUsuń