niedziela, 4 października 2015

Rozdział 6


                Obudziłam się nad ranem w swoim łóżku. Najwyraźniej Liam musiał mnie tu przenieść. Zarumieniłam się lekko, co ostatnio zdarza mi się dość często. Jednak wyglądałam jak burak dopiero po tym jak zdałam sobie sprawę, że leżę w samej koszulce, bez spodni, bez swetra, przykryta ciepłą kołdrą. Postanowiłam wstać i zrobić nam śniadanie. Jednak najpierw zdecydowałam się odświeżyć. Wzięłam szybki prysznic i ubrałam się w bordowy, wełniany sweter i czarne rurki,  a stopy wciągnęłam czarne stopki. Rozczesałam włosy i zrobiłam lekki makijaż. Wsadziłam telefon do tylnej kieszeni spodni i zbiegłam po cichutku na dół, podwijając rękawy do łokci. Zdecydowałam się zrobić gofry, bo każdy je lubi. Szybko zrobiłam ciasto i usmażyłam je w gofrownicy. Położyłam placki na talerzu i ładnie je udekorowałam. Nie wyglądały źle. Do kompletu zagotowałam jeszcze mleko i przygotowałam kakao. Postawiłam je obok talerzy i odwróciłam się by pójść obudzić tego śpiocha, kiedy odbiłam się od jego klatki piersiowej. Pisnęłam cicho i gdyby nie jego silne dłonie, trzymające mnie w talii, wpadła bym na nasze śniadanie.
-Mówiłam ci, że masz mnie nie straszyć!- burknęłam i ukułam go oskarżycielsko palcem w klatę piersiową. Usłyszałam jego śmiech i spojrzałam na jego roześmiana twarz. On się ze mnie nabijał.
-Dobry, Nat- zachichotał, a ja z całych sił próbowałam być na niego zła, ale nie wiem… po prostu kiedy zobaczyłam jego rozbawione spojrzenie i piękny uśmiech na twarz, kompletnie wymiękłam i jakoś nie specjalnie mi się to podobało.
-Dobry Li- powiedział, wyswobadzając się z jego uścisku i siadając na swoim miejscu, przy okazji podwijając nogę pod pupę.
-Wiesz, wprowadź się do nas. Jak będziesz robić takie śniadania, to będziemy cię na rękach nosić- zaśmiał się patrząc na swój talerz. Zawtórowałam mu i pokręciłam głową. Był uroczy. Nie mogłam pojąć jakim cudem tak szybko zmieniał twarze. Wczoraj też było miło, ale się skończyło. Wzięłam kęs gofra, chcąc wyrzucić z głowy ostatnie wydarzenia.
                Kiedy skończyłam jeść Payne zrobił akurat to samo, więc wzięłam naczynia i wsadziłam je do zmywarki. Cały czas czuła na sobie spojrzenie chłopaka co trochę mnie zaczynało krępować.
-Możesz się odwrócić?- zapytał, a ja zdezorientowana wykonałam jego polecenie. O co mu chodzi? Spojrzał na mnie rozbawiony, a potem zatrzymał swój wzrok jakby na moich ustach i zakrył swoje dłonią. Serio, jestem aż taka zabawna? Spojrzałam na niego pytająco i chciałam podejść do lustra w przed pokoju, ale chłopak chwycił mnie delikatnie za nadgarstek i odwrócił w swoja stronę. 


Nasze ciała znajdowały się  niebezpiecznie i poczułam jak mój oddech staje się szybki i urywany. Serce biło niebezpiecznie, a ja modliłam się żeby szatyn tego nie wyczuł. Musiałam mocno zadrzeć głowę bo był ode mnie 20 centymetrów wyższy. Na jego ustach widniał ledwo dostrzegalny uśmiech, a w oczach świeciło jakieś dziwne światło. Przyłożył dłoń do mojego policzka,  a ja zadrżałam. Boże, co się ze mną dzieje? Przejechał kciukiem po miejscu nad moja górną wargą i pokazał mi palec z bitą śmietana. Prychnęłam pod nosem i przewróciłam oczami. Mogłam się tego spodziewać. Szatyn zaśmiał się i odsunął ode mnie na bezpieczną odległość.
-Idiota- mruknęłam pod nosem, mając świadomość, że tego nie usłyszy. Poczułam jak mój telefon zawibrował, więc nie patrząc na chłopaka, wyjęłam go z tylnej kieszeni spodni. 2 nowe wiadomości.
1. Niall:    Możesz do nas przyjechać? Musimy pogadać.
2. Nieznany: Hej! Nat, musimy poważnie pogadać. PS numer mam od Nialla ~Skyler xx
Przewróciłam oczami i odpisałam każdemu z nich, że będę za jakieś pół godziny.
-Li, muszę jechać do Sky i Nialla. Zabierzesz się ze mną?- zapytałam, pakując torebkę, w przedpokoju.
-Tak, tylko…- mruknął wchodząc do holu i podrapał się zakłopotany po karku.
-Tylko…?
-Pomożesz mi im to wszystko wyjaśnić?- zapytał, a kąciki moich ust podniosły się lekko.
-Pewnie- odparłam i poprawiłam przed lustrem fryzurę.
-Dobra, to ja tylko skocze po swoje rzeczy- rzucił i już go nie było. Naciągnęłam na nogi brązowe kozaki za kostkę i udałam się do kuchni, po klucze, które zostawiłam na blacie. Cały czas uśmiechałam się sama do siebie jak jakaś idiotka. Co się ze mną dzieje? To nie jest normalne! Przetarłam twarz dłońmi, mając nadzieje, że trochę się ogarnę, ale to nic nie dawało. Ten cholerny uśmieszek, za cholerę, nie chciał zejść. 
-Ciuchy wypiorę i oddam ci przy okazji- powiedział szatyn, wyrywając mnie z zamyślenia. Spojrzałam na niego zdezorientowana i dopiero po chwili zrozumiałam o co mu chodzi.
-Są twoje- mruknęłam i udałam się w stronę drzwi.
                Po minucie siedzieliśmy już w moim aucie i kierowaliśmy się w stronę willi One Direction. Kątem oka widziałam jak siedzi rozłożony na fotelu pasażera i gada jak najęty. Uśmiechnęłam się pod nosem, bo cieszyłam się, że jest w trochę lepszym humorze i najwyraźniej już mu przeszła rozpacz po Cristal. I dobrze, ona na niego nie zasługiwała.Ubrany był w czarne spodnie, t-shirt i skórzaną kurtę. Wyglądał cholernie pociągająco i seksownie, i musiałam walczyć z samą sobą by patrzeć się na drogę, a nie na jego lewy profil. Boże, co ja gada?
Droga minęła nam na niezobowiązującej rozmowie o przeszłości i planach na przyszłość. Było nawet miło…, bardzo miło. Kiedy zatrzymałam się na podjeździe przed domem, zobaczyłam jak chłopak spiął się mocno i zaciskał szczękę. Westchnęłam cicho i razem ruszyliśmy do drzwi.
-Li, wyluzuj, to twoi przyjaciele- powiedziałam, głaszcząc go uspokajająco po plecach, kiedy staliśmy przed drzwiami.
-Tsa- mruknął i otworzył mi drzwi. W ramach podziękowań, skinęłam głową i weszłam do środka. Od razu usłyszałam krzyki chłopców, którzy po kilku sekundach znaleźli się w korytarzu.
-Gdzieś ty był, cholery?- wrzasnął Louis i złapał się za głowę. Ludzie dajcie nam może najpierw wejść!
-Musimy pogadać- mruknął Liam, kompletnie olewając pytanie przyjaciela. Wskazał chłopcom by udali się do salonu.
-Jesteś pewien, że mam być przy tej rozmowie?- zapytałam cicho, kiedy siadaliśmy na  wygodnej kanapie.
-Tak, chcę- powiedział już głośniej, tak żeby usłyszeli to jego znajomi. Część zespołu popatrzyła na nas zdezorientowana i zdziwiona, ale pozostawili to bez komentarza. Payne zaczął opowiadać wszystko od początku. Tak jak opowiedział to mi. Siedzieliśmy stykając się ramionami, udami i kolanami. Czułam jak z każdym słowem napina się coraz bardziej. Nagle coś mnie tknęło i dyskretnie pogłaskałam go po plecach. Poczułam jak powoli rozluźnia swoje napięte mięśnie. Czułam jak mój żołądek zaciska się nieprzyjemnie słysząc zawód i ból w jego głosie. Bolało mnie jego cierpienie. Nikt nie zasłużył na takie traktowanie. A już szczególnie nie on.
-Stary, mogłeś nam powiedzieć. Jesteśmy przyjaciółmi, coś byśmy wymyślili- powiedział Hazza, chcąc podnieść przyjaciela na duchu. Liam oparł łokcie na kolanach i schował twarz w dłoniach. Usłyszałam jak ze świstem wypuszcza powietrze.
-Musiałem pobyć chwilę sam- mruknął, nie odkrywając twarzy.
-Dobra, ale jak wczoraj zniknąłeś to mogłeś przynajmniej powiedzieć, że jesteś u Nat i nic ci nie grozi, a nie ”Nic mi nie jest, nie martwcie się”- Style nadal był oburzony. Wiedziałam, że Li ma już dość tej rozmowy, więc postanowiłam się w końcu odezwać.
-Dobra, Harry. Dajcie mu już spokój- powiedziałam i wstałam z miejsca. 
– Niall, chciałeś pogadać- rzuciłam i spojrzała na niego. Ten jakby dopiero co sobie o tym przypomniał i kiwną głową, byśmy udali się na podwórko.


 Wstając poklepałam jeszcze Liama po ramieniu i ruszyłam za przyjacielem. Zaprowadził mnie do Altanki, a ja oparłam się o framugę i spoglądałam na niego pytająco.
-Okłamałaś mnie- mruknął, a ja widziałam o co chodzi. Okłamałam go, na prośbę szatyna, nie mówiąc gdzie jest.
-Przepraszam, Li mnie o to poprosił, a ja nie miałam serca mu odmówić- wytłumaczyłam i posłałam mu smutne spojrzenie. Nie chciałam, żeby się na mnie gniewał.
-Dobra, ale następnym razem zero kłamstw, ok.? – zapytał i uśmiechnął się po chwili ciszy. Rozpromieniłam się i przytuliłam go delikatnie. Odsunęłam się po chwili i zapytałam:
- A oprócz tego, co chciałeś mi jeszcze powiedzieć?- był jakiś taki smutny i przygnębiony, ale na pierwszy rzut oka wyglądał normalnie. Tylko jego oczy zradzały, że jest rozpieprzony na kawałki.
-Rozstałem się ze Skyler- wyszeptał, kiedy złapałam jego twarz w dłonie. Zamarłam i pogłaskałam go po policzku.
-Czemu? Co się stało?- zapytałam, ale teraz patrzył wszędzie tylko nie na mnie. Zaniepokoiło mnie to i poczułam jak zimny dreszcz przechodzi po moim kręgosłupie. Miałam złe przeczucia.
-To nie jest ważne- mruknął i zdjął moje ręce z jego twarz. Wyminą mnie i już chciał opuścić budowlę.
-Niallu Jamesie Horan, masz mi to natychmiast wyjaśnić- krzyknęłam, a on zatrzymał się gwałtownie. Wiedział, że jak podnoszę głos to jestem ostro wkurzona i lepiej ze mną nie zadzierać. Byłam osobą, którą trudno wyprowadzić z równowagi.
-Rozstała się ze mną przez ciebie. Uznała, ze jesteś dla mnie ważniejsza i po prostu wyszła- również krzyczał. Poczułam jak krew odpływa mi z twarzy. Otworzyłam usta, bo zamurowały mnie jego słowa.
-Ja naprawdę ją kochałem, rozumiesz!!!- nie docierało do mnie jak mógł w ciągu minuty obdarzyć mnie taka nienawiścią. Jego oczy płonęły. On naprawdę mnie nienawidził. – Lepiej by było, żebyśmy nigdy się nie poznali. Jesteś żałosna. Cały czas Nat i Nat. Nie wiem po cholerę siedziałem z Tobą w tym szpitalu- przetarł twarz dłońmi i szarpną za końcówki swoich farbowanych włosów. Nie poznawałam go, to nie był mój przyjaciel, a przynajmniej ja nie chciałam w to wierzyć. Jednak i tak poczułam się tak jakby ktoś mnie spoliczkował. Łzy zapiekły mnie w oczy, ale nie pozwoliłam by wypłynęły.
-Horan, kurwa ogarnij się i nie mów czegoś czego będziesz żałować- warknął Tommo, którego najwyraźniej ściągnęły krzyki blondyna. Kierował się w jego stronę z zaciętym wyrazem twarzy.
-Nie Louis, on ma racje, wszystko potrafię spieprzyć- powiedziałam cicho i wyminęłam jasnowłosego, który przeszywał mnie lodowatym spojrzeniem.
-Lepiej by było dla wszystkich gdybyś zdechła w tym szpitalu- wyszeptał gdy go minęłam. W tym momencie miałam wrażenie, że ktoś wbił mi nóż w serce, rozrywał je, dziurawił. Popłakałam się i praktycznie wbiegłam do domu. Rzuciłam się w stronę wyjścia i zatrzasnęłam za sobą drzwi. Szybko zamknęłam za sobą samochód i wyjechałam z podjazdu z piskiem opon. Nie wiem, ale nagle wszystkie emocje ze mnie uleciały. Jedynie woda, cieknąca mi po policzkach świadczyła, że jestem rozpieprzona na strzępy. Wiedziałam, że tak będzie. Czułam to. Nie wiedziałam dokąd jadę. Na pewno nie do  domu. Nie chciałam siedzieć w nim sama. Wyciągnęłam telefon z kieszeni i wybrałam odpowiedni numer, w jednej ręce cały czas trzymając kierownice. Jeden sygnał… drugi, no odbierz ten telefon do cholery!!
-Czego?!- usłyszałam wkurwiony głos Sky i poczułam jak krew się we mnie gotuje. Jak ona mogła tak pomyśleć?!
-Musimy pogadać- mrugnęłam.
-Nie mamy o czym gadać. Horan jest twój, możecie się iść pieprzyć- wrzasnęła, ale w jej głosie wyczułam gorycz i ból. Boże, co ja narobiłam?
-Co ty pierdolisz debilko?! On kocha tylko ciebie. Ja jestem jak siostra. Przynajmniej byłam. Poza tym, kurwa, nic do niego nie czuję- krzyczałam, nie mogąc pohamować łez. Obiecuję, że jak tylko naprawie ich związek, to zniknę z ich życia.
-Na..naprawdę- wychlipała, a ja słyszałam jak pociąga nosem. Płakała.
-Naprawdę, a teraz ruszaj dupę i jedź do niego- powiedziałam już trochę spokojniej i wyminęłam kolejny samochód.
-Tak zrobię, dziękuję – wyszeptała i rozłączyła się, a ja rzuciłam telefon gdzieś na siedzenie pasażera. Przekraczałam dozwoloną prędkość, chodź wiedziałam, że to niebezpieczne. I tak nikt nie będzie płakać, pomyślałam i docisnęłam gaz, jadąc prawie 250km/h. Po jakiś 2 i pół godzinie znalazłam się w małej miejscowości La Mancha, gdzie wychowała się moja matka. Telefon nie przestawał dzwonić, więc już dawno go wyłączyłam. Nie wiedziałam po chuja dzwonią, skoro i tak mają mnie w dupie. Zaparkowałam pod niewielkim motelem i wykupiłam jeden nocleg. Odebrałam kluczę i udałam się na spacer. Robiło się po woli ciemno, ale nie zwracałam na to uwagi. Zarzuciłam na ramiona płaszcz, a szyję obwiązałam jakąś apaszką. Szłam pół godziny, wpatrzona w swoje buty. Bardzo dawno tu nie byłam. Ostatni raz jakieś 14 lat temu, z tatą. Na pogrzebie mojej rodzicielki. Nie wiem poco tu przyszłam. Po kilku minutach przekroczyłam bramę cmentarza i włożyłam dłonie do kieszeni. Moje oczy już dawno wyschły, a we mnie panowała kompletna pustka. Ruszyłam na koniec placu i skręciłam w prawo. Po kilku krokach stanęłam przed szarym, marmurowy pomnikiem, który przykryty był sterta starych liści. Zwiędłe kwiaty w wazonie, potłuczone świeczniki. Postanowiłam to wszystko ogarnąć, bo i tak nie miałam nic innego do roboty. Po skończonej pracy wytrzepałam ręce i usiadłam na pobliskiej, rozwalającej się, ławeczce. Podkuliłam kolana pod brodę i wpatrywałam się mętnym wzrokiem w napis na pomniku.
Ku pamięci Barbary Matters, wspaniałej matki i żony.
Ur. 18 marca 1964 Zm. 24 listopad 1998
Pokój jej duszy.
                Nawet nie zdawałam sobie sprawy, że słone łzy spływają po moich policzkach. Dopiero teraz dotarło do mnie jak bardzo za nią tęsknie. Pamiętam jak robiła mi kakao, kiedy nie mogłam spać. Jak tuliła mnie do siebie gdy bałam się burzy. Pamiętam jej zapach. Taki delikty, mydlany. Zaśmiałam się cicho. Pamiętam jak pachniała, a nie pamiętam jak wyglądała. Boże, jestem żałosna. Otarłam poliki i wydmuchałam nos. Następnie wstałam i rzuciłam ostatnie spojrzenie na miejsce spoczynku mojej matki.
-Kocham cię, mamusiu- wyszeptałam i odwracając się na pięcie, ruszyłam w drogę powrotną do domu. A raczej do motelu. W pewnym momencie poczułam jak zaczyna kropić, ale całkowicie to zignorowałam. Czułam się… pusta. Tak jakbym była obecna tylko i wyłącznie ciałem.  Dreptałam ze wzrokiem wbitym w chodnik i nawet nie zauważyłam jak moje ciało zderza się z innym. Gdyby nie silne ręce tego kogoś miałabym dość nieprzyjemne spotkanie z chodnikiem.
-Cholera, bardzo cię przepraszam- usłyszałam mocny, zachrypły głos i podniosłam wzrok na jego właściciela. Był to mężczyzna, niewiele starszy ode mnie. Miał poczochrane blond włosy i niebieskie oczy. Na brodzie kilkudniowy zarost, a ustach nieśmiały uśmiech.
-Nic się nie stało, to też moja wina- powiedziałam i odsunęłam się od niego na bezpieczną odległość. Chryste, czemu wszyscy chłopcy z którymi się zadaję, muszą być ode mnie wyżsi? Znów muszę zadzierać głowę by popatrzeć mu w oczy.
-Colin jestem- przedstawił się i posyłając mi łobuzerski uśmiech, wystawił dłoń w moim kierunku.
- Natalie- powiedziałam i ścisnęłam lekko jego długie palce. – Wiesz, przepraszam cię, ale trochę się śpieszę- wymruczałam, nie mając ochoty rozpoczynać nowych znajomości.
-A jasne, to… do zobaczenia?- zapytał, cały czas się szczerzą. Był przystojny i to bardzo. Jego postura i dobrze zbudowane ciało, na pewno sprawiały, że jego dziewczyna czuła się przy nim bezpiecznie.
-Do zobaczenie- burknęłam i wyminęłam go wracając do hoteliku.
                Pierwsze co zrobiłam po zamknięciu drzwi to ciepły i długi prysznic. Oparłam czoło o lodowate kafelki i zamknęłam oczy. Pierwsze co zobaczyłam to pełne nienawiści oczy Nialla i od razu podniosłam powieki. Prychnęłam pod nosem i wyszłam z kabiny. Wytarłam się dokładnie i założyłam bieliznę. Rozczesałam włosy palcami i wyszłam, zostawiając po sobie porządek. Wskoczyłam na łóżko i przykryłam się po uszy ciepłą, białą pościelą. Dopiero teraz rozejrzałam się po niedużym dwuosobowym pokoiku. Na środku, pod ścianą stało łóżko, naprzeciw niego komoda z czarnego drewna, a na niej wazon z kwiatkami i telewizor. Z boku posłania stały szafki, a na nich lampki noce. Zgasiłam je i zamknęłam oczy, chcąc chodź na chwile zapomnieć o wydarzeniach dzisiejszego dnia.

*Liam
                Chodziłem po salonie w tą i powrotem ciągnąc sfrustrowany za końcówki włosów. Od kiedy Natalie wyszła nie ma z nią kontaktu. Jest tak jakby zapadła się pod ziemie. W domu jej nie ma, jej przyjaciółka, do której numer znaleźliśmy w telefonie tego idioty była tam i zastała tylko puste pomieszczenia. Ostatni raz kontaktowała się z Skyler, żeby naprawić jej relacje z Niallem. Podobno mocno na nią nawrzeszczała, a potem się rozłączyła. Od tamtej pory ma wyłączony telefon. Przecież odkąd wsiadła do samochodu minęły prawie 24 godziny. Cały wczorajszy wieczór jeździłem z Harrym i Louisem po mieście, ale nie znaleźliśmy ani śladu.
-Nie wiem gdzie jeszcze może być- wyszeptała zrozpaczona Sky, chowając twarz w dłonią, siedząc przy stole, w jadalni. –Nie wierzę, że mógł powiedzieć coś takiego.
-Naćpał się po tym jak z nim zerwałaś. Nie myślał nad tym- westchnął Hazza, przynosząc nam wszystkim po kubku gorącej kawy. Po tym wydarzeniu Lou wściekł się na blondyna i podbił mu oko. Dopiero wtedy wyszło na jaw, że niebieskooki nie panuje nad tym co mówi. Od tamtej pory śpi i nie wynurza się z pokoju. Lepiej dla niego, bo bym go chyba rozszarpał. Martwiłem się o szatynkę i to nawet bardzo. Przez te dwa dni zdążyłem ją naprawdę polubić. W gruncie rzeczy jest bardzo delikatną, szczerą, samotną i pomocną osóbką, chodź próbuje to wszystko zakryć pod maską silnej i niezależnej kobiety. Cholernie mnie zaintrygowała, siadając koło mnie na ławce w parku. Nie chciała, żebym jej opowiadał dlaczego ją pobiłem. Chciała tylko, żebym nie zachorował. Martwiła się o mnie, po tym jak o mało jej nie zabiłem. 
                Usłyszałem kroki na schodach i zacisnąłem usta w ciekną linie. To samo zrobiłem z pięściami, aż zbielały mi knykcie. Widziałem, że jedynie Harry jest z nas wszystkich najspokojniejszy. Dobrze, że przynajmniej ktoś opanowany jest w domu.
-Hej wszystkim, co wy tacy spięci?- zapytał blondyn, wchodząc do salonu z rękami w kieszeniach szarych dresów. Był bez koszulki i przecierał zaspane oczy. –Sky co ty tu robisz?- prawie krzyknął szczęśliwy i podbiegł do dziewczyny, obejmując ją od tyłu. Przez jedną mili sekundę poczułem leciutkie ukucie gdzieś w sercu, a przed oczami pojawił mi się obraz mnie z Cristal. Jednak tak szybko jak się objawił tak szybko zniknął.
-Nat uświadomiła mi kilka rzeczy. Na przykład to, że jesteś idiotą, ale i tak mi na tobie zależy – mruknęła, patrząc tępo w stół.
-Czyli zgoda?- zapytał, a jego tęczówki świeciły szczęściem. On nic nie pamiętał!
-Tsa- warknęła i przeczesała włosy palcami. Widać, że była rozdarta, ale zirytowanie i złość przeważały.
-Dobra ludzie, co się z wami dzieje do cholery i czemu mam rozwalony łuk brwiowy?- zapytał, dotykając, opuszkami palców, strupa obok brwi. Warknąłem pod nosem i wstałem gwałtownie, podchodząc do okna.
-Co pamiętasz z wczoraj?- zapytałem, a mój głos brzmiał ostro i groźnie. Nie byłem sobą, ale po prostu się o nią bałem. A jeśli coś jej się stało, jeśli ona coś sobie zrobiła? Czemu jej nie zatrzymałem, do cholery?!
-Tylko rozmowę z tobą i Nat. Potem urwał mi się film, bo…- mruknął i podrapał się po karku.
- Byłeś naćpany, wiemy- mruknął Tommo i odłożył kubek na stół z głośnym łoskotem.
-A co się działo po tym?- zadał pytanie po chwili niezręcznej ciszy, która nam towarzyszyła.
                Horan wpatrywał się przez chwilę tępo w jakiś martwy punkt na ścianie, a potem opadł na krzesło, chowając twarz w dłoniach.
-Błagam powiedźcie, że to jakiś żart- poprosił, po wysłuchaniu relacji z tego co wczoraj odstawił.
-Uwierz też bym wolała, żeby tak było- mruknęła szatynka, przecierając zmęczoną twarz. Nikt z nas nie mógł w nocy spać. Siedzieliśmy w salonie i próbowaliśmy coś wymyślić.
- Co ja zrobiłem? Ona mi tego nie wybaczy- mruknął ciągnąc za farbowane końcówki. Wcale bym się nie zdziwił, gdyby Matters wypięła się na Nialla.
-Ty się lepiej módl, żeby nic jej nie było- mruknąłem i dopiłem swoją kawę, która tylko w małym stopniu postawiła mnie na nogi. Nie wiedziałem, co moglibyśmy jeszcze zrobić. Ta bezsilność mnie dobijała.
-Ona jest dla mnie jak siostra, kurwa, nie mogę jej stracić- powiedział niebieskooki, a głos odmówił mu posłuszeństwa. Musiałem się przewietrzyć. Bez słowa wstałem od stołu i wyszedłem na podjazd. Usiadłem na schodach i wyjąłem z kieszeni paczkę papierosów. Został ostatni. Przez noc wypaliłem prawie całe opakowanie. Podpaliłem szluga i zaciągnąłem się dymem, który i tak nie był wstanie rozluźnić mnie, ani supła, który ściskał mój żołądek. Nie mogłem przestać się o nią bać.

*Natalie
                Po tym jak rano wstałam, pościeliłam łóżko i szybko wskoczyłam w stare ubrania. Wyglądałam jak zombie. Poplątane włosy, przekrwione i podkrążone oczy, blada jak kreda skóra, ból głowy, żeber i kręgosłupa. Czułam się gorzej niż gówno. Westchnęłam cicho i mając to kompletnie gdzieś, zabrałam swoje rzeczy i wymeldowałam się z pokoju koło 9:00. Wsiadłam do samochodu i pojechałam do najbliższej apteki. Kupiłam lekki przeciwbólowe i połknęłam od razu dwie tabletki. Potem jak robot odpaliłam maszynę i pojechałam do McDonald’s na ciepłą kawę i kanapkę. Byłam obecna tylko ciałem, ale chyba jeszcze spałam. Kofeina podstawiła mnie na nogi, a kawałek croissanta z szynką, serem i czymś jeszcze, zniwelował burczenie w żołądku.          
                W drodze powrotnej przestrzegałam już przepisów i jechałam nie przekraczając prędkości. Nie śpieszyło mi się jakoś specjalnie do domu. Chcąc sprawdzić godzinę odblokowałam telefon i wstrzymałam oddech. 46 połączenia od Brook, 41 od Skyler, po 54 z trzech nieznanych numerów i 12 od Nialla. Do tego jeszcze dochodziły 34 wiadomości pocztowe i głosowe. Nie miałam zamiaru odpisywać, odsłuchiwać czy tym bardziej odzwaniać się do kogokolwiek. Chciałam być sama i nie być dla nikogo problemem. Jednak wiedziałam, że moja przyjaciółka pewnie odchodzi od zmysłów, więc wysiliłam się na jednego małego SMS’a o treści : Żyję. Nie martw się. Po wysłaniu od razu go, wyłączyłam komórkę, wiedząc, że teraz to dopiero by się rozdzwoniła. Przetarłam zmęczone oczy i po jakiś 4 godzinach jazdy byłam na miejscu. Zaparkowałam samochód na podjeździe i weszłam do domu. Nikogo nie było. Pustka. Tak jak powinno być. Rzuciłam torebkę gdzieś w kąt i ruszyłam do swojego pokoju. Przebrałam się w czyste, czarne legginsy i szarą, luźną koszulkę z krótkim rękawem. Włosy związałam w niedbałego koka i umyłam zęby. Ochlapałam twarz lodowatą woda i wróciłam do kuchnie. Zrobiłam sobie melisy i położyłam się w salonie na kanapie. Zwinęłam się w kłębek i przykryłam kocem. Chciałam tylko spać. Nic więcej. Sama nie wiem co się ze mną działo, ale tak na dobra sprawę to wcale nie czułam potrzeby normalnego funkcjonowania. Nawet nie wiem, kiedy odpłynęłam do krainy Morfeusza.
Obudził mnie dźwięk przekręcania kluczy w zamku. Jęknęłam cicho i usiadłam, zgarniając za ucho niesforne kosmyki. Ludzie, skoro macie mnie w dupie, to weźcie i po prostu odpuście, a nie mnie w domu nachodzicie!
-Boże Nat, nic ci nie jest!- do salonu wbiegł Niall, a ja złapałam się za głowę, która, miałam wrażenie, zaraz wybuchnie.
-Zostaw mnie- mruknęłam i odsunęłam się od niego gdy chciał mnie przytulić. Po co to robił? Wczoraj powiedział mi, że lepiej żebym zdechła, a teraz rzekomo się martwi? Ha ha ha! Mało śmieszne.
-Natalie, błagam nie rób tak, nigdy więcej- powiedział Li z ulgą w głosie i podszedł do mnie, klękając koło łóżka. Złapał mnie za głowę i wtulił ją w swoja klatkę piersiową. Byłam zaskoczona jego gestem, ale objęłam dłonią jego przedramię i pogłaskałam je. Chłopak oparł brodę na mojej głowie i ucałował mnie lekko we włosy. Poczułam dziwne ciepło w żołądku i nawet kąciki moich ust uniosły się minimalnie do góry.
-Nat, proszę, ja ci to wszystko wyjaśnię- powiedział jasnowłosy, siadając w moich nogach i głaszcząc mnie lekko po nich. Chciałam na niego nawrzeszczeć, uderzyć go, ale nie miałam siły. Chciałam tylko spać. Siedziała więc cicho i wtulałam się w klatkę Payne, który usiadł obok mnie i głaskał uspokajająco po plecach, z głową wtuloną w moje włosy. Dziwnie, ale przyjemnie.
-Niall, myślę, ze wczoraj wszystko mi wyjaśniłeś- wyszeptałam cicho. Byłam za słaba. W oczach mojego „przyjaciela” zobaczyłam strach, ból i czystą rozpacz.
-Natalie ja nie myślałem co mówię. Byłem naćpany- mruknął i patrzył na mnie załamany. Jakoś niespecjalnie mnie to przekonywało. Nie wiedziałam co mam mu powiedzieć, dlatego patrzyłam na niego w ciszy. Przerażającej ciszy. – Nat, jesteś dla mnie jak siostra. Na trzeźwo nigdy nie powiedział bym czegoś takiego. Nawet przez myśl by mi nie przeszło takie gówno- przeklął, a ja zamknęłam powieki. Co mam zrobić? Nie wiem, czy jeśli mu wybaczę nie będę potem cierpieć jeszcze bardziej. Ale czy wart marnować 15 lat przyjaźni? Czemu ja mam, kurde, taką pustkę w głowie?
-Ostatnia szansa Horan- wymusiłam cichy chichot i patrzyłam jak przytula się do moich nóg, zawiniętych w koc. Boże kiedy do tego doszło? Jestem otoczona facetami!

-Dziękuję- wymruczał i posłała mi swój najwspanialszy uśmiech, pod którym nie jedna dziewczyna by się rozpłynęła. 

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Przepraszam, że rozdział jest taki do dupy, ale nie miałam na niego pomysłu. Mam nadzieję, ze mi wybaczycie. Do następnego!

6 komentarzy:

  1. Co do dupy?!
    Jest świetny!
    Horan przecholował i się zapędził, ale dobrze, że Nat wybaczyła mu mimo wszystko.
    Życzę mnóstwo weny i czekam na kolejny!<3

    OdpowiedzUsuń
  2. świetny !!!!!

    zapraszam do siebie
    http://diaries-memories-zayn-malik-ff.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
  3. Cudowny ❤
    Niall przegiął, może i był pod wpływem narkotyków, ale nwm...
    Cieszę się, że Nat mu wybaczyła, ale ja bym go jeszcze chwilkę podtrzymała w niepewności.
    Li taki kochany ❤
    Czekam na kolejny

    OdpowiedzUsuń
  4. niedawno znalazłam tego bloga i powiem, że nie żałuję!:)
    będę tu zaglądać, bo wiem, że warto
    życzę weny:)
    ps. dołączyłam do obserwatorów:)
    http://art-of-killing.blogspot.com/ zapraszam na moje ff z Justinem, może przypadnie Ci do gustu<3

    OdpowiedzUsuń
  5. Witaj!
    Zostałaś nominowana do Libster Blog Awards! Więcej informacji u mnie:
    http://saveyoutonight-louistommo.blogspot.com
    Gratulacje!

    OdpowiedzUsuń