piątek, 23 października 2015

Rozdział 8


                Poczułam jak coś ciepłego łaskocze mnie po skórze powiek i nosa. Zmarszczyłam go i uchyliłam delikatnie oczy. Zamknęłam je jednak szybko, porażona słonecznymi promieniami. Jęknęłam cicho i odwróciłam się tyłkiem do okna. Pierwszy raz od bardzo dawna kilka godzin snu w ogóle mi nie wystarczało. Czułam się jakbym moja głowa przylepiona była do poduszki, a kołdra do reszty ciała. Nic mi się nie chciało, a te boskie, wygodne łóżko aż błagało by z niego nie wstawać.
-Na, na, na, sia la, la, la wsta- je- my!- ktoś z hukiem otworzył drzwi od mojego pokoju i krzycząc wszedł do niego bez pukania. Warknęłam pod nosem i nakryłam głowę poduszką. Dajcie mi spać, błagaaam!!!
-Co za banda debili- usłyszałam rozwścieczony głos Skyler i mimo wolnie delikatny uśmiech niczym łódka wpłynął na moje usta.
- Jeśli zaraz nie wstaniesz spotka cię taki sam los jak dziewczynę Horan’a- powiedział, zdecydowanie za głośno, Harry i zerwał ze mnie okrycie. Prychnęłam niezadowolona i zwinęłam się w kłębek. Jak ja ich nienawidzę!
-Pierdol się Styles- wymruczałam i odwróciłam się w stronę słońca. Z dwojga złego wolałam żeby coś mnie raziło niż darło mi się do ucha.
-Dobra, sama tego chciałaś- parsknął i wyszedł z pokoju, zamykając za sobą drzwi. Odetchnęłam w duchu, a mój mózg nie pracował jeszcze na wystarczająco wysokich obrotach i nie połączył elementów układanki. Po minucie znów ktoś wpadł do pomieszczenia, a ja byłam bliska wybuchu. Kurwa, ja ich zamorduję. Tak, kiedy rano się wściekam, przeklinam. Na co dzień mi się to nie zdarza, ale jak ktoś wyprowadzi mnie z równowagi, to lepiej, żeby bez kija nie podchodził. Nagle zakrztusiłam sie powietrzem, czując jak ktoś wylewa mi lodowata substancję na głowę. Nie to jest przegięcie!
Od razu podniosłam sie do pozycji pionowej i odgarnęłam z twarzy mokre włosy. Woda wyciekała z mojego ubrania jak z wodospadu. Moje ciało pokryło się gęsią skórką, a ja wstałam jak poparzona.
-Zabiję cię- warknęłam przez zęby i rzuciłam się na Hazzę, który stał w kacie pokoju, dusząc się ze śmiechu. Kiedy tylko mnie zobaczył zaczął uciekać. No, jak dzieci. Gdy już się go pozbyłam, zatrzasnęłam drzwi tak mocno, że zastanawiałam się jakim cudem nie wypadły z witryny. No nic. Prychając pod nosem weszłam do łazienki i zdjęłam z siebie przemoczone ciuchy. Owinięta ręcznikiem podreptałam do torby i wyciągnęłam z niej świeżą bieliznę wraz z suchymi ubraniami. Wciągnęłam na siebie brązowe rurki, biała bokserkę i kremowy kardigan w skandynawskie worki. Rozczesałam włosy palcami i pozostawiając je rozpuszczone, nałożyłam na twarz lekki makijaż, którym zakryłam ciemne wory pod oczami. Ziewnęłam przeciągle i powiesiłam piżamy na kaloryferze. Włożyłam jeszcze na stopy czarne stopki i wsadzając telefon do kieszeni, opuściłam pomieszczenie.
-Wiedzę, że tobie też zrobili pobudkę- powiedziała szatynka, kiedy spotkałam się z nią przy schodach. Ubrana była w suche ciuchy, ale w jej głosie pobrzmiewał gniew i chęć mordu. Wiedziałam co czuje.
-Tsa. Ciekawe jak zareaguję, gdy będziemy ich cały dzień ignorować?- zadałam pytanie retoryczne, chcąc odwdzięczyć się pięknym za nadobne. Sky uśmiechnęła się chytrze i pokiwała głową na znak, że zgadza sie na niemą propozycję.
-Liam i Niall pojechali coś załatwić- wypaliła nagle gdy zeszłyśmy juz ze schodów, a ja faktycznie zdałam sobie sprawę, że czegoś mi brakuje, a właściwie kogoś.

                Udałyśmy się do kuchnie, w której na szczęście nikogo nie było i zrobiłyśmy sobie tosty na śniadanie. Wypiłyśmy jeszcze po mocnej kawie i siedząc na stołkach barowych plotkowałyśmy o najróżniejszych rzeczach. Po około 15 minutach do kuchni weszli Lou wraz z Harrym, a my udawałyśmy, że nie widzimy tych łobuzerskich uśmieszków, które sobie posyłali.
- Jedziemy na zakupy?- wypaliła nagle Skyler, a ja pokiwałam ochoczo głową i odstawiłam naczynia do zlewu, omijając szerokim łukiem chłopca w paskach. Już nie pamiętam kiedy ostatnio byłam na zakupach. W ogóle kiedy byłam w sklepie innym niż spożywczy. Ubrałam buty, płaszcz i łapiąc torebkę pod pachę, wybiegłam z domu za Sky. Wsiadłyśmy do jej samochodu i włączyłyśmy radio.
-Jakoś nie mam ochoty ich słuchać- skomentowała, gdy zaczęło lecieć Drag me down. Parsknęłam krótkim śmiechem i przyznałam jej szczerą rację. -Pomożesz mi wybrać sukienkę?- zapytała, a ja spojrzałam na nią pytająco. -No bo jest gala pod koniec wakacji i Niall mnie zaprosił- wytłumaczyła, a ja oparłam głowę o zagłówek.
-Aha, pewnie- mruknęłam i wbiłam wzrok w szare ulice, którymi pędzili spieszący się ludzie.
-Co byś zrobiła jakby Liam cię zaprosił?- wypaliła nagle, a ja zakrztusiłam się powietrzem, myśląc, że się przesłyszałam.
-Po co miałby mnie zapraszać?- zapytałam całkowicie zdezorientowana. Przecież my się tylko przyjaźnimy. Nic więcej.
-Jesteś ślepa czy głupia?- zadała pytanie retoryczne, a ja pacnęłam ją, z grymasem na twarzy, w ramię. Ani taka, ani taka.- Bez jaj. Ty serio nie widzisz jak on na ciebie patrzy?- zadała pytanie, a ja byłam coraz bardzie zdezorientowana. O co jej chodzi do cholery?!
-Jak się patrzy? Normalnie się patrzy. Jak na przyjaciółkę- tłumaczyłam zirytowana. Nienawidziłam jak ludzie insynuowali jakieś takie bzdury. Może inni nie wierzą w coś takiego jak przyjaźń damsko męska, ale ja zdecydowanie tak.
-Boże... kiedy ty ostatnio miałaś chłopaka?- jęknęła, a ja schowałam twarz we włosach, by ukryć rumieńce, które mnie zalały. Nie, to zdecydowanie nie jest temat, który chciałabym poruszać. - Po reakcji wnioskuję, że dawno- zachichotała, a ja jęknęłam cicho.
-Oj, zamknij się- prychnęłam i znów walnęłam ją w ramię.

                Reszta drogi minęła nam w ciszy. Ale takiej przyjemnej ciszy. Kiedy szatynka tylko zaparkowała na parkingu miałam wrażenie, że aż ją nosi by tam wlecieć. Zachichotałam cicho i zamknęłam drzwi od swojej strony. Sky nawet na mnie nie czekała. Po prostu wbiegła do galerii, a ja za nią. Biegała od sklepu do sklepu, wychodząc z każdego z ogromną torbą. A to szpilki, a to sandałki, szorty, bluzki, topy, swetry i kolczyki. Widząc jej podekscytowanie i wesołe ogniki tańczące w oczach nie sposób był się nie uśmiechnąć. Nogi właziły mi do dupy, ale nie miałam serca jej tego powiedzieć, wiec po prostu siedziałam cicho, krzywiąc się czasami. Sama kupiłam tylko jakieś dwa t-shirty, dwie pary jeansów, dwie pary szortów, trzy spódnice, cztery swetry i dwie bluzy. Tak, TYLKO.
-Boże, zobacz jaki cudny!- pisnęła dziewczyna, widząc śliczny czarny strój kąpielowy na wystawie sklepu Victoria's Secret. Pokręciłam z politowaniem głową, ale weszłam za nią do środka. Jak dziecko, pomyślałam, a szatynka już biegła w moja stronę z bikini. -Masz, będziesz w tym świetnie wyglądać- zachichotała i wcisnęła mi ubranie, a ja popatrzyłam na nią jak na kosmitę. Po co mi strój skora ja nie mam kiedy w nim chodzić.
-Nie będę miała okazji go założyć- mruknęłam i oddałam jej bieliznę.
-No weź, przymierz, założę się, że będziesz w tym świetnie wyglądać- usłyszałam dziwnie znajomy głos, ale nie skojarzyłam do kogo należy. Odwróciłam się, marszcząc nos i spotkałam na swojej drodze czyjeś lodowato niebieskie tęczówki.
-Colin, dobrze pamiętam?- zaśmiałam się cicho widząc chłopaka, którego miałam przyjemność poznać już wcześniej.
-Tak, Natalie, brawo. A teraz leć, przymierz ten strój i pokarz się nam- zakomenderował i rozsiadł się na kanapie przed przymierzalnią. Posłałam mu niepewne spojrzenie i jeszcze raz zeskanowałam dokładnie kostium.
-No nie wiem...- mruknęłam, a po chwili poczułam jak chłopak delikatnie wpycha mnie do szatni.
-Ale ja wiem- posłał mi zabójczy uśmiech i zasunął zasłonę. Zarumieniłam się delikatnie i rozebrałam by wskoczyć w strój. Nie wyglądałam źle, ale nie miałam takiego ciała, żeby się w tym pokazać. Przetarłam twarz dłońmi i obróciłam bokiem. Wyglądam źle i to bardzo. Założyłam za ucho kosmyk włosów i już miałam się z powrotem przebierać, kiedy do przebieralni wparowała Skyler.
-O matko!- pisnęła z nieodgadnionym wyrazem twarzy.
-Tak, wiem, wyglądam jak wieloryb.
-Wyglądasz zajebiście- krzyknęła, a ja zasłoniłam jej usta dłonią. Po kija ona się tak drze?
-No pokarz się babo- mruknął blondyn, który najwyraźniej stał pod przebieralnię.
-O jest boski- wyszeptała mi szatynka do ucha, a ja się zaczerwieniłam. Nagle dziewczyna odsłoniła zasłonkę, a ja spóściłam wzrok.
-O kurwa!- usłyszałam i podniosłam wzrok na chłopaka, którego oczy wyglądały jak kosmiczne spodki.
-Wiem, że tragicznie, ale błagam nie komentuj już więcej- mruknęłam i chciałam "zamknąć drzwi", ale chłopak złapał materiał i spojrzał mi w oczy.
-Wyglądasz pięknie. Jeśli ty go nie kupisz, zrobię to ja i wepchnę ci do torby- wychrypiała, a ja spuściłam wzrok, rumieniąc się jeszcze bardziej. Usłyszałam jak śmieje się cicho pod nosem i zamyka przebieralnie. Oglądnęłam się kolejny raz w lustrze i pokręciłam głową, nie wierząc, że to robię. Opuściłam pomieszczenie juz ubrana i skierowałam się do kas. Zapłaciłam i wróciłam do znajomych.
-Nie pożałujesz- rzucił jakby od niechcenia Colin, a ja spojrzałam na niego z wdzięcznością.
-Dzięki wielkie.
-Cała przyjemność po mojej stronie- uśmiechnął się łobuzersko, a ja odwzajemniłam gest. - Niestety ja musze już lecieć, ale tu masz mój numer, ja twój mam, więc zadzwonię. Do zobaczenia- rzucił chaotycznie i już go nie było. Magia. Uśmiechnęłam się pod nosem i rozglądnęłam w poszukiwaniu Skyler, która jak mogłam się spodziewać stała przy wystawach sklepu z butami i podziwiała różnokolorowe szpilki.
-Sky, idziemy na kawę?- zapytałam podchodząc do niej i kładąc jej rękę na ramieniu.
-Pewnie, ale w domu i tak mi wszystko opowiesz o- zachichotała i pociągnęła mnie w stronę Starbucks’a. Przewróciłam oczami i weszłam do kawiarni. Zamówiłyśmy swoje ulubione kawy na wynos i postanowiłyśmy już wracać.
-Tak, słucham?- przy samochodzie usłyszałam dzwonek swojego telefonu, więc włożyłam zakupy do dużego bagażnika i wsiadając, odebrałam.
-Cześć Nat, tu Liam- nie wiem czemu, ale słysząc jego głos mimowolnie kąciki moich ust poszybowały do góry.
-Hej Li, co tam?- zagadnęłam, upijając łyk napoju i powstrzymując się od jęku przyjemności, jaka opanowała moje podniebienie.
-Gdzie wy się tak długo podziewacie? Może po was przyjechać, albo coś w tym rodzaju?- wyszczerzyłam się sama do siebie, zauroczona jego troską. Ten chłopak to ideał jakiś, do cholery.
-Nie, nie trzeba. Jesteśmy samochodem Skyler.
-Dobra, a kiedy będziecie, bo chcemy z chłopakami...
-Zamknij pysk Payne- usłyszałam krzyk Hazzy i parsknęłam śmiechem.
-Będziemy za jakieś 30 minut- rzekłam, patrząc jak szatynka przekręca kluczyk w stacyjce i odpala auto.
-Dobra, to do zobaczenie- mruknął, a ja poczułam dreszcze, które przeszły po moim kręgosłupie.
-Do zobaczenia- powiedziałam i rozłączyłam się. Jeszcze przez chwilę gapiłam się w ekran z bananem na buzi, aż wyczułam na sobie wzrok niebieskookiej i schowałam komórkę do torebki.-Co się tak na mnie patrzysz z tym szatańskim uśmieszkiem?- zagadnęłam, dokańczając napój kofeinowy.
-Nie nie- pisnęła i wróciła wzrokiem na drogę.
- No mów.
-Ty naprawdę na niego lecisz- zaśmiała się i skręciła w prawo na skrzyżowaniu.
-Nie prawda- mruknęłam lekko zażenowana i poczułam jak rumieńce wkradają się na moją twarz. Odwróciłam głowę stronę okna, ale jednak chyba trochę zbyt wolno.
-Ja tam swoje wiem- rzuciła jakby od niechcenia, a ja postanowiłam już nawet tego nie komentować.
                Tak jak mówiłam reszta drogi minęła nam w pół godzinnej ciszy. Jedyne dźwięki wydawało radio i harmider na ulicy. Kiedy dotarłyśmy do posiadłości naszych znajomych, szatynka zaparkowała na chodniku i w tym samym czasie wysiadłyśmy z maszyny. Zabrałyśmy ze sobą zakupy i udałyśmy do domu.
-No w końcu. Ile można na was czekać?- usłyszałam głos Louisa i spojrzałam porozumiewawczo na niebieskooką, dając jej sekretnie znać, że nadal trzymamy się planu z rana. Udając, że nie słyszałyśmy pytania, zdjęłyśmy buty, płaszcze i ruszyłyśmy na piętro, by odnieść zakupy. W dwójkę zeszłyśmy na dół i od progu przywitały nas jakieś ciekawe zapachy. Spojrzałam zdziwiona na przyjaciółkę, a ona tylko wzruszyła ramionami.
-Witam panie- usłyszałam od wejścia do kuchni rozbawiony głos blondyna i uśmiechnęłam się szeroko. Nie wiem czemu, ale miałam tak, że czasami wystarczał mi po prostu czyjś głos by się uśmiechać, a czasami mogłeś mnie rozśmieszać godzinami, łaskotać i jeszcze Bóg wie co robić, ale nie potrafię się wyszczerzyć, czy zachichotać.
-Dobry, dobry- odparłam i cmoknęłam przyjaciela w policzek, po tym jak przywitał się ze swoją dziewczyną. Naprawdę ślicznie razem wyglądali. Są przepiękną i pasującą do siebie parą.
-Hej Nat- zaszedł mnie od tyłu Liam i musnął ustami w policzek, a ja zadrżałam na dźwięk jego głosu i dotyk. Co się ze mną dzieje?
-Cześć Liaś, co tam?- zapytałam odwracając się do niego i patrząc mu w te przecudowne, czekoladowe tęczówki.
-A dobrze, właśnie robiliśmy...- zaczął, ale do pomieszczenia wbiegł Louis z bałaganem na głowie, a ja spojrzałam na niego spod podniesionych brwi.
-Liam, nie umiesz trzymać języka za zębami?- zapytał, machając na szatyna ubrudzoną, drewnianą łyżką.
-Ale ja nic nie mówię- rzucił brązowooki, unosząc geście obronnym ręce.
-No ja myślę- dodał swoje cztery grosze Loczek, wchodząc do kuchni ze słoikiem pomidorów. Dobra, to się robi dziwne.
-A, właśnie to mi przypomina, że miałyśmy o czymś porozmawiać, Nat. A właściwie o kimś- zachichotała cicho szatyna, wyswobadzając się z objęć swojego kochasia. Jęknęłam cicho pod nosem i przetarłam twarz dłońmi.
-Ale tu za bardzo nie ma co gadać- mruknęłam i usiadłam na krześle barowym, z którego zostałam po chwili ściągnięta na siłę i wyprowadzona na taras.
-Chce wiedzieć wszystko od początku- zarządziła i rozsiadła się na rozkładanym krześle. No to naprawdę dużo się dowiesz, pomyślałam, patrząc na nią z politowaniem.
-No jak zniknęłam to pojechałam do swojej rodzinnej miejscowości. Jakieś 4 godziny stąd. Poszłam na spacer i gdy wracałam po prostu na siebie wpadliśmy. Nigdy go wcześniej nie widziałam, ani z nim nie gadałam. Dzisiaj to był tak na prawdę drugi raz- wyjaśniłam, nawet nie zajmując miejsca obok niej. Wyglądała na lekko zawiedziona.
-No to masz szczęście. Wpaść na takie ciacho na ulicy, to jest cud jakiś- podskoczyła na równe nogi i zaczęła krążyć wokół mnie.
-Laski, obiad-usłyszałam zza pleców rozbawiony głos Harrego, ale nawet nie odwróciłam się w jego stronę. Musiałam być twarda. - No weźcie. No nie mówcie, że macie na nas focha za dzisiejszą pobudkę- kiedy żadna z nas nie odpowiedziała i nadal stałyśmy do niego tyłem, mruknął coś pod nosem.
-Louis chodź tu, księżniczki się obraziły- krzyknął, a ja zacisnęłam pięści po bokach. Dzisiaj wyjątkowo łatwo się denerwowałam na tych chłopaków.
-No nie, tak nie może być- powiedział teatralnym głosem chłopiec w pasiastej koszulce i ruszył w kierunku szatynki. Złapała ją w pasie i przerzucił sobie przez ramię. Mimo woli zachichotałam, ale po chwili krzyknęłam głośno, kiedy poczułam jak czyjeś silne ramiona również kładą mnie sobie na ramieniu. 
-Harry w tej chwili mnie postaw- walnęłam go w plecy, ale chłopak zaśmiał sie głośno i zaczął kręcić w kółko. Zakryłam twarz dłońmi i w duszy dziękowałam sobie, że nie dałam namówić sie Skyler na ciasto. - Błagam, ratunku- wrzasnęłam, czując jak kręci mi sie w głowie i obraz załamuje się.
-Styles odstaw ją na ziemię- rzucił Payne niby poważnie, ale rozbrzmiewało w jego głosie rozbawienie. Z zamkniętymi oczami poczułam grunt pod nogami. Jednak moje stawy były jak z waty i poczułam jak kolana się pode mną załamują. -Wow, spokojnie, oddychaj - wymruczał mi Liaś do ucha, obejmując mnie opiekuńczo, delikatnie, ale stanowczo w talii i przytrzymując.
-Natalie, wszystko gra?- odezwał się Harry, a ja warknęłam pod nosem i spojrzałam na niego spode łba.
-Ja cię dzisiaj naprawdę zabiję.
-Pomogę ci, ale na początek dojdziemy do krzesła- dodał Payne, cały czas dokładnie mnie obserwując i podtrzymując w pasie. Z jego pomocą doszłam do siedziska i bezpiecznie na nie klepnęłam. Mój żołądek podchodził mi do gardła, a świat był rozmazany. Oparłam łokcie po obu stronach talerza i opierając na nich głowę, wbiłam wzrok w naczynie.
- Dzięki Liaś- mruknęłam i spojrzałam na niego zamglonymi tęczówkami.
- Nie masz za co- uśmiechnął się pod nosem i poprawił na krześle obok, nie zdejmując dłoni z dołu moich placów.- Chcesz może wody, albo cokolwiek innego?- zapytał z troską i pogłaskała mnie uspokajająco po kręgosłupie.
-Nie, już jest dobrze- powiedziałam i wyprostowałam się.- Może trzeba wam w czymś pomóc?
-Już wszystko jest gotowe. Teraz tylko ci debile przyniosą obiad- mruknął, wyraźnie zniesmaczony. Przyjemne ciepło rozchodziło się po moim ciele. Naprawdę dobrze czułam sie w jego towarzystwie i co dla niektórych może wydawać się dziwne, bezpiecznie. -Natalie, jak was nie było tak sie zastanawialiśmy... no może... zgodziłabyś sie...chciałabyś...- nie mógł wykrztusić i widać było, że
czymś się stresuje, gdyż zawsze gdy tak było, drapał się po karku. Wyglądał uroczo w takim stanie.
-Liaś, ja nie gryzę- zachichotałam cichutko i wpatrywałam sie w jego oczy, które nagle zatrzymały sie na mnie i jakby uspokoiły?
-Wprowadź sie do nas- rzucił już zupełnie na luzie, a ja w pierwszej chwili myślałam, że sie przesłyszałam. Spojrzałam na niego zszokowana i lekko otworzyłam buzię. No nieźle.
-Li, przecież mieszkam niecałe pół godziny drogi stąd- mruknęłam lekko zażenowana. Nie wiem czemu, ale zarumieniłam się. Ta propozycja była dziwna, ale z drugiej strony było mi cholernie miło.
-No, ale to bez sensu, żebyśmy tak krążyli między domami. Poza tym skoro nie pracujesz to możemy spędzić te dwa miesiące bliżej siebie i tak dalej- próbował mnie namówić, a ja nie potrafiłam odmówić tej słodkiej mince jaką robił.
-No nie wiem...- mruknęłam i oderwałam od niego tęczówki. To poważna decyzja. Nie można podjąć jej tak po prostu. Bez zastanowienia.
-Prosię- powiedział dziecięcym głosikiem i objął moją dłoń swoimi dużymi i podniósł do swoich ust. Wyrwałam ją i zaczerwieniłam się jak burak. Czemu on to zrobił?
-Zastanowię się, okay?- zadałam pytanie, a jego twarz rozpromieniła się cudownie.
-Oczywiście- parsknął i jego twarz nagle stężała. Zmarszczyłam brwi i spojrzałam na niego zdziwiona.-O jakim chłopaku mówiła Skyler- zapytał, a ja miałam ochotę się uśmiechnąć. Chłopak rozsiadł się wygodnie na krześle, ale przez jego ciało przemawiała arogancja, ciekawość i jakby dystans.
-A, to...- westchnęłam i odwróciłam wzrok. Podsłuchiwał.- Nikt taki. Jakiś znajomy, a może nawet nie. Nie znam go. Widziałam go drugi raz w życiu- mruknęłam i nalałam sobie do szklanki soku pomarańczowego. Podniosłam dzbanek i wyciągnęłam go w pytającym geście w stronę chłopaka. Pokiwał głową, a ja napełniłam jego naczynie.
-Czyli... nie podoba ci się?- zadał pytanie, a w jego głosie wyczułam jakby nadzieję i ulgę? Nie jestem pewna. W ogóle ostatnio mam słaby kontakt z ludźmi.
-Nie, nie znam go- rzuciłam, ale w pewnym momencie zaświeciłam mi sie w głowie lampka. Spojrzałam na niego rozbawiona i skanowałam jego twarz.
-Co? Mam coś na twarzy?
-Jesteś zazdrosny?- wypaliłam nagle, a szatyn gwałtownie wciągnął powietrze. Patrzył mi przez chwilę w oczy i zaczął się przybliżać. Nie cofnęłam się nawet o centymetr, a moje serce biło jak oszalałe. Wystarczyła tylko jego bliskość.
-A gdybym ci powiedział, że jak cholera? Co byś zrobiła?- wymruczał, zatrzymując się dosłownie dwa centymetry przed moją twarzą. Nasze nosy prawie się stykały, a my nie potrafiliśmy oderwać od siebie wzroku. Szukałam jakiejkolwiek oznaki, że żartuje, albo, że robi sobie ze mnie jaja, ale nie znalazłam nic takiego. Był śmiertelnie poważny. Podniósł dłoń i schował mi za ucho niesforny kosmyk. To co działo się w moim brzuchu było niczym rozszalałe stado motyli. Całe moje ciało pokryte było gęsią skórką, a ja sama oddychałam płytko i wolno. Co ja bym powiedziała? Że ty też mi się cholernie podobasz, pomyślałam i kiedy już otwierałam buzię, by to powiedzieć do salonu weszła cała banda i dosiadła się do stołu. Oderwaliśmy się od siebie z Payne'm  i wbiliśmy zakłopotani wzrok w talerze. Czułam na sobie wzrok pozostałej czwórki jak i piekące rumieńce na mojej szyi i policzkach.
-To co... smacznego- przerwała wreszcie niezręczna ciszę Sky, a ja miałam ochotę w tamtym momencie ją wyściskać, a potem zapaść się trzy metry pod ziemię.
-Natalie, Liam ci już powiedział o naszej propozycji?- zadał pytanie Niall, który siedział na przeciwko mnie, a ja spojrzałam na niego. Na jego wargach błąkał się łobuzerski uśmieszek, a w oczach tańczyły rozbawione chochliki. Widział całe zejście i źle zinterpretował.
-Tak, powiedział- rzuciłam pośpiesznie i zanurzyłam widelec w pysznym spagetthi.
-I jak? Zgadzasz się?- pytał Louis, a ja gapiłam się w swój talerz. Raz kozie śmierć.
-Mam nadzieję, że tego nie pożałuję między innymi przez takie pobudki jak dzisiaj- parsknęłam i podniosłam wzrok na pozostałych. Każdy szczerzył sie jak głupi do sera. Kątem oka widziałam jak Liam uśmiecha się pod nosem, cały czas wpatrując się w danie główne.

                Po obiedzie pomogłam przyjaciółce posprzątać, a ona badawczo mi się przyglądała. Wiedziałam o co jej chodzi, ale nie chciałam o tym gadać. Sama nie do końca potrafiłam wyjaśnić to co miało miejsce w jadalni. To było dziwne, ale Liam zachowywał sie normalnie, więc ja też postanowiłam to zrobić. Wsadziłam ostatni talerz do zmywarki i oparłam się o nią plecami.
-Nie patrz tak na mnie i nawet nie zadawaj pytań, bo ci na nie odpowiem- mruknęłam i spojrzałam na nią znacząco. Uśmiechnęła sie pod nosem i pokręciła głową.
-I tak to z ciebie kiedyś wyciągnę-powiedziała i zostawiła mnie sama w pomieszczeniu. Siedziałam na blacie i machałam nogami jak małe dziecko, pijąc zimną wodę i patrząc tępo w okno. Zastanawiałam sie czy podjęłam dobrą decyzję. Może jednak trzeba było odmówić? Tak, Natalie, dopiero teraz dopadły cię wątpliwości? No naprawdę. Szkoda słów. Co raz gorzej ze mną, pomyślałam i zeskoczyłam na kafelki.
-Chcesz może teraz pojechać po kilka rzeczy?- usłyszałam za sobą głos Liasia i odwróciłam się gwałtownie  jego stronę. Jakim cudem on w zwykłej koszulce i jeansach wyglądał idealnie?
-Pewnie- wzruszyłam ramionami i odstawiłam szklankę do zlewu. Chłopak uważnie śledził każdy mój ruch, a ja udawałam, że albo tego nie widzę, albo kompletnie mnie to nie rusza.
-To chodź, jedziemy, bo za jakieś trzy godziny robimy imprezę-powiedział i rzucając mi ostatnie spojrzenie udał się na korytarz. Westchnęłam cicho i ruszyłam za szatynem. Co dziwne na dworze zrobiło się dość ciepło, więc ubrałam tylko buty, w dłoń złapałam skórzaną torebkę i wyszłam na zewnątrz. Chłopak stał już przy samochodzie i otwierał mi drzwi. Uśmiechnęłam się do niego lekko i wsiadłam do środka. Droga minęła nam w przyjemnej ciszy, przerywanej jedynie przez muzykę z radia. Jestem ciekawa jakim cudem dzisiaj nie padało, pomyślałam i dalej wpatrywałam się w obraz za oknem.
-Nat, wyrobisz sie w godzinę? Ja bym w tym czasie pojechał do sklepu kupić alkohol i jakieś przekąski- rzucił szatyn kiedy staliśmy na skrzyżowaniu.
-Nie ma problemu- odparłam i zanurkowałam do torebki w poszukiwaniu kluczy. Boże ile ja tego tam mam.
-Zaraz utoniesz w tej torbie- zaśmiał się szatyn, nie odrywając wzroku od ulicy.
-Najwyraźniej. Po kija ja tu tego tyle noszę?- zadałam pytanie retoryczne, wyjmując ze środka dwie opasłe książki i małą encyklopedię.
-Wyjaśnij mi po co nosisz ze sobą książki i encyklopedie grubości bloku- prychnął, zatrzymując się przed moim domem. Spojrzałam na niego rozbawiona i wpiłam palec wskazujący w swoją klatkę piersiową.
-Nie mam zielonego pojęcia- rzuciłam i opuściłam maszynę, zostawiając za sobą śmiejącego się przyjaciela. Weszłam do domu i zamknęłam za sobą drzwi. Rozejrzałam sie po wnętrzu i doszłam do wniosku, że wszystko leży na swoim miejscu.
               
                Podeszłam do wieży, która stała w salonie, obok telewizora i włączyłam ją, podgłaśniając na fula. Wskoczyłam po schodach do swojego pokoju i wyciągnęłam z szafy kilka toreb. Do jednej zaczęłam pakować ubrania. Do drugiej buty. Do trzeciej jakieś kosmetyki, biżuterię i rzeczy elektroniczne, typu laptop, aparat, ładowarki i tym podobne. Nie wiem jak, ale zmieściłam się w pięciu dużych walizkach, a zajęło mi to nie całe 45 minut. Nagle jednak coś mi sie przypomniało.
Ja : Liam, ja zabiorę się sama, bo muszę zabrać samochód.
Liam: Jesteś pewna, że dasz sobie radę?
Ja: Na 100%
Liam: No okay, jakby co to dzwoń.
Ja: Do zobaczenia
Liam: Do zobaczenie ;)

                  Uśmiechnęłam sie pod nosem i schowałam telefon do tylnej kieszeni. Przetarłam twarz dłonią i spojrzałam na swoje bagaże. Dopiero teraz dotarło do mnie, że od teraz będę mieszkać z czwórką rąbniętych chłopaków i przyjaciółką. Będę mieszkać z jednym z najpopularniejszych zespołów na świecie. Każda normalna dziewczyna umarłaby ze szczęścia, ale ja nadal miałam wątpliwości. Jeśli poczuję do Liama coś więcej niż tylko sympatię? On w końcu wyjedzie, a ja zostanę sama. Prychnęłam pod nosem i złapałam walizki w dłonie. To tylko półtora miesiąca, co takiego może się stać? Przecież nie zakocham sie w nim w tak krótkim czasie. To nie dorzeczne. Z resztą jakbym z kimś się pokłóciła, zawsze mogę tu wrócić. Nie będą mnie tam trzymać siłą. Wszystko będzie dobrze, a ja zyskam tylko nowych przyjaciół. Gdybym tylko wiedziała co stanie się potem...



 ~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Czy prowadzenie tego bloga w ogóle ma sens? Jeśli chcecie żebym je kontynuowała, to skomentujcie ten rozdział, bardzo Was proszę!






7 komentarzy:

  1. Wyrażę swoją opinię na ten temat czy to ma sens. Oczywiście ze ma! No ale jeśli tylko chcesz skomentujcie bo nie będzie rozdziału albo kom=rozdział to dla mnie weź to zostaw bo takie podejście do sytuacji mnie odpycha. Jeżeli sprawia ci to przyjemność to piszesz nie ważne czy dla 1 osoby czy dla 1000 i ma to sens. Z czasem i tak wszyscy będą komentować sami z siebie. To tak jak wymuszanie lajkow. Na sile na sile i dupa. Mniej osób cie czyta ogląda itp. Wiec zastanów się czy na prawdę chcesz prowadzić czy ci się chce a nie owijaj ze sobą w bawełnę. Jeżeli tak to pisz rozdziały w miarę swoich możliwości i nie patrz na komentarze ;) pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  2. Jeju to opowiadanie jest swietne,pisz dalej! Czekam do nastepnego!♡

    OdpowiedzUsuń
  3. To opowiadanie jest świetne!
    Nie kończ go, pisz dalej!
    <3

    OdpowiedzUsuń