niedziela, 3 lipca 2016

Rozdział 13

                       Oderwaliśmy się od siebie z Liamem  dopiero po jakiś kilku minutach, a może nawet kilkudziesięciu. Nie wiem. Zatraciłam się w tej chwili tak bardzo, że straciłam poczucie czasu. Gdyby nie dzwonek mojego telefonu, pewnie nadal bym tak stała.
-Tak, Brook?- zapytałam, wcześniej widzą na wyświetlaczu numer mojej przyjaciółki.
-Nat, możemy się spotkać- wyjąkała, a ja zmarszczyłam brwi. Płakała?
-Brooklyn, ty płaczesz?
-Potrzebuje cię, Natalie. Mogę do ciebie przyjechać?
-Pewnie, skarbie. Zaraz tam będę- rzuciłam i zakończyłam połączenie. Byłam zdenerwowana i zestresowana. Nie wiedziałam co się stało i chciałam się jak najszybciej dowiedzieć. Odwróciłam się do szatyna, który patrzył na mnie marszcząc brwi.
-Brook, mnie potrzebuje- powiedziałam i złapałam kluczki od samochodu, leżące na biurku. Już chciałam wyjść z pokoju, kiedy poczułam uścisk na nadgarstku.
-A buziak na pożegnanie?- zapytał i zrobił z ust dzióbek, a ja wywróciłam oczami, a następnie cmoknęłam go w policzek i zbiegłam na parter. Nie miałam czasu tłumaczyć wszystkim dlaczego wychodzę, więc nie zareagowałam na pytające spojrzenia, które rzucili w moją stronę znajomi gdy zeskoczyłam ze schodów. Gdy wyszłam na zewnątrz, szybko wsiadłam do samochodu i ruszyłam w stronę do swojego domu. Po drodze, wstąpiłam jeszcze do monopolowego i kupiłam butelkę naszego ulubionego wina oraz wielkie opakowanie lodów czekoladowych. Jakoś tak wyszło, że zazwyczaj  dość często nasze spotkania z Brook kończyły się właśnie upojeniem alkoholowym i bólem gardła. No cóż...

                       Kiedy już dotarłam do swojej posiadłości, samochód Johnson stał na podjeździe, więc zaparkowałam na chodniku i zabierając ze sobą zakupy wbiegłam do środka. Już od wejścia, usłyszałam cichy szloch z salonu, więc rzuciłam manatki na stół w kuchni i podbiegłam do szatynki, skulonej w kącie mojej kanapy. Bez zbędnych pytań objęłam ją ramionami i mocno przytuliłam. Wtuliła twarz w moją szyję i zaczęła jeszcze mocniej płakać. Nie wiedziałam o co chodzi i bolał mnie widok Brooklyn w takim stanie, więc głaskałam ją po głowie i kołysałam nas powoli.
                      Po jakimś czasie jej szloch ustał i po prostu siedziałyśmy bez ruchu. Żadna z nas nie odezwała się ani słowem, ale tak było okay. Zacznie mówić, kiedy będzie gotowa. Oderwałam się od niej na chwilę i podałam jej paczkę chusteczek z szafki pod telewizorem. Gdy ona wycierała oczy ja nalałam nam wina, a lody wsadziłam do zamrażarki. Następnie wróciłam na swoje miejsce, złapałam przyjaciółkę za rękę i ścisnęłam w pocieszającym geście. Chciałam dać jej do zrozumienia, że jestem przy niej i może na mnie liczyć.
-Lepiej?- zapytałam po chwili, a ona w odpowiedzi pokiwała głową, wysmarkując nos. Wyglądała jak jedno, wielkie nieszczęście. Potargane włosy, rozmyty makijaż, czerwone oczy i nos. Moja biedna.
-Pokłóciłam się z Joe- mruknęła i upiła trochę wina. Zmarszczyłam brwi i zrobiłam to samo. Lekko słodka, czerwona ciecz przelała się przez moje gardło, a ja zastanawiałam się o co mogli się popsztykać, przecież oni praktycznie nigdy się ze sobą nie kłócili.
-O co poszło?
-Sama nie wiem. Właściwie zaczęło się o to, gdzie pojedziemy w podróż poślubną, a skończyło się na tym, że jestem hipokrytką, a ona debilem. Potem powiedział, że zaczyna mieć pewnie wątpliwości co do tego ślubu, a ja po prostu wyszłam z domu i zadzwoniłam do ciebie. Wiem, że to głupie, ale serio zabolała mnie ta sytuacja- wychlipiała, kończąc pierwszy kieliszek.
-Nie przejmuj się, pewnie nie długo zadzwoni i cie przeprosi- skomentowałam i odstawiłam szkło na stół.
-Wiem, po prostu ja już nie daje rady. Cholernie stresuję się tym ślubem i jeszcze ten wyjazd.
-Może po prostu przesuńcie ślub?- zaproponowałam nieśmiało. Po co mają się tak męczyć?
-Zwariowałaś?! Nie, to nie wchodzi w grę. Ja chcę za niego wyjść, kocham go i czuję, że to dobry czas, ale po prostu boję się co będzie potem. Może za jakieś 5 lat znajdzie sobie ładniejszą i mnie zostawi?
-Nie mów tak, Joe cię kocha. Przecież nawet ślepy by to zobaczył.
-Myślisz?
-Ja to wiem, kochanie- zachichotałam i przytuliłam ją. Ach, ta miłość.
                        Jakąś godzinę później usłyszałyśmy pukanie do drzwi. Domyślałam się kto to, więc zostawiłam Brook w trakcie oglądania filmu i poszłam otworzyć. Za progiem stał Joe z jakąś 100 czerwonych róż. Zaśmiałam się na ten widok.
-Hej- mruknął, a ja spojrzałam na niego pobłażliwie.
-Hej, baranie- zachichotałam i zaprosiłam go gestem ręki do środka. - W salonie- mruknęłam zanim zdążył coś powiedzieć, na co uśmiechnął się, dziękując. Przewróciłam oczami i postanowiłam dać im trochę prywatności. Sama poszłam do kuchni i zrobiłam nam wszystkim herbatę. Kiedy woda się gotowała, ja stałam oparta o blat i wędrowałam myślami nie wiadomo gdzie. Głównie myślałam o Liamie, co wręcz było przerażające, bo nie powinnam tego robić. Przyjaciele z korzyściami, powtarzałam sobie, ale jakaś mała cząstka mnie liczyła na to, że wyjdzie z tego coś więcej. Westchnęłam cicho gdy czajnik zapiszczał  i nalałam wody do kubków. Postawiłam naczynia na tacce i już chciałam iść do salonu gdy usłyszałam z niego jakąś kłótnie.
-Jesteś idiotą! Nienawidzę cie- krzyknęła Brooklyn, a ja zmarszczyłam brwi. O co znowu chodzi?
-Wiem o tym doskonale, ale nadal cię kocham- wrzasnął Joe, a następnie dotarł do mnie dźwięk tłuczonego szkła. No, nie! Moje ulubione kieliszki!
                         Może jednak nie będę im jeszcze przeszkadzać, pomyślałam gdy od progu zobaczyłam jak moi przyjaciele całują się namiętnie.  Mam tylko nadzieje, że nie dojdzie do niczego więcej na MOJEJ kanapie. Oddychałam ciężko, mieszając gorący napar, kiedy usłyszałam dźwięk mojego telefonu. Liam.
-Hej- powiedział, a uśmiech mimowolnie wpłynął na moje usta. Nie wiem czemu.
-Hej- wymruczałam i oparłam głowę o rękę.
-Jak tam sytuacja? Z Brook już lepiej?- zapytał, a gdzieś w tle rozmowy usłyszałam stukot garnków i metalu.
-Jest okay. Mam tylko nadzieje, że moja przyjaciółka i jej narzeczony w ramach zgody, nie postanowią uprawiać seksu na mojej kanapie- mruknęłam i przetarłam twarz dłonią. Było już dobrze po 22, więc zaczynałam powoli odczuwać skutki całego dnia na nogach. Chłopak zaśmiał się, a ja poczułam przyjemne ciepło w klatce piersiowej na ten dźwięk i rozpromieniłam się jeszcze bardziej.
-Zmęczona?- zapytał łagodnie szatyn, a ja jakby na zawołanie ziewnęłam.
-Troszeczkę- wymruczałam i kątem oka zobaczyłam jak szatyn i szatynka, w salonie, wczepiają się w siebie jak koale. Urocze.
-Przyjechać po ciebie?
-Nie rób sobie kłopotu. Jestem samochodem, więc będę za jakieś 40 minut.
-Nie będziesz prowadziła, gdy ledwo trzymasz się na nogach. Będę po ciebie za 20 minut- zakomenderował i rozłączył się. Już miałam się z nim kłócić, ale nie dał mi na to szansy. Westchnęłam cicho i dokończyłam swoją herbatę.
                         Po chwili w kuchni pojawiły się moje gołąbeczki, trzymając się za ręce. Usiedli przede mną, a ja przesunęłam w ich stronę herbaciany napar, uśmiechając się pod nosem.
-Dzięki, Natalie- powiedział Joe, patrząc na mnie z wdzięcznością, a ja puściłam do niego oczko. Po koleżeńsku oczywiście. Siedzieliśmy w ciszy już jakieś 5 minut, gdy nagle usłyszeliśmy dzwonek do drzwi. Zdziwiłam się, bo to nie możliwe, by Payne dojechał tu tak szybko, no ale przecież kto inny mógł o tej porze próbować się ze mną skontaktować. Wstałam niepewnie i poszłam otworzyć. Gdy tylko zobaczyłam kto stoi u progu moich drzwi, zamarłam. Przypomniał mi się moment, w którym go poznałam. Impreza. Głośna muzyka. Łazienka. Jego niechciany dotyk. Obraz zamazały mi łzy, a ja zaczęłam się trząść w niekontrolowany sposób. Co on tu robił? Skąd wiedział gdzie mieszkam? Czego on ode mnie chce?
-Natalie, spokojnie. Nic ci nie zrobię- powiedział spokojnie, patrząc na mnie z niepewnością.
-Co ty tu robisz?- zapytałam, drżącym głosem, wpatrując się w jego brązowe tęczówki i objęłam się ramionami.



-Musimy porozmawiać. Mogę wejść?
-Chciałeś mnie zgwałcić i teraz chcesz ze mną rozmawiać? Chyba jesteś głupi, jeśli myślisz, że wpuszczę cię, do swojego domu- warknęłam i już chciałam zatrzasnąć mu drzwi przed nosem, ale zablokował je stopą. Nie dałam siły ich domknąć, choć próbowałam.
-Proszę cie. Musisz mnie wysłuchać! To ważne - powiedział, odpychając mnie lekko i wchodząc do środka. Brook i Joe chyba zorientowali się chyba, że coś jest nie tak, bo weszli do przedpokoju  spojrzeli na mnie zdezorientowani.
-Przysięgam, że niczego nie będę próbował- mruknął, patrząc mi w oczy. Nie wiem co mną kierowało, ale w jego spojrzeniu było coś znajomego i coś co sprawiło, że w tamtym momencie chciałam mu zaufać.
-Natalie, wszystko w porządku? Kim jest ten chłopak?- zapytał Joe, skanując uważnie Rayna i obejmując opiekuńczo moją przyjaciółkę.
-Jest okay- powiedziałam po chwili ciszy. Miałam pewne wątpliwości, ale przy Joe i Brook czułam się w miarę bezpiecznie. -Wchodź- westchnęłam do szatyna i odsunęłam się na bok, by mógł przejść.
-Dziękuję- powiedział i uśmiechnął się do mnie delikatnie. Nie odwzajemniłam gestu. Zamiast tego ruszyłam do kuchni, a reszta moich gości za mną.
                               Oparłam się o blat i gestem ręki pokazałam Raynanowi by zajął miejsce przy stole, co też uczynił. Szatynka wraz z narzeczonym stanęła w przejściu miedzy salonem, a kuchnią i patrzyła na mnie zaciekawiona i zdziwiona. Nie wiedzieli o co chodzi, ale nie mogłam im pomóc, bo sama nie za bardzo orientowałam się czego chce brązowooki.
-O co chodzi?- zapytałam, zakładając ręce na piersi. Chciałam mieć to jak najszybciej za sobą.
-Chcesz, żebym powiedział to prosto z mostu, czy był delikatny?- zapytał, a ja zmarszczyłam brwi.
-Wal- mruknęłam, po sekundzie, nic nie rozumiejąc.
-Jestem twoim bratem- wymruczał, patrząc na mnie niepewnie. Przez chwile wstrzymałam powietrze, ale to było takie głupie, że wybuchłam sarkastycznym śmiechem. Uspokoiłam się dopiero po kilku minutach.
-Co? Co ty do mnie mówisz?- parsknęłam, posyłając mu pobłażliwe spojrzenie.
-Twój ojciec jest też moim ojcem- odparł, a ja powoli zaczynałam się denerwować.
-Masz na to jakiś dowód?- warknęłam.
- Proszę. Zrobiłem testy- powiedział, wstając i podając mi jakieś papiery. Kiedy na nie spojrzałam, aż mi się w głowie zakręciło. Zakryłam usta dłonią i wciągnęłam głośno powietrze. Przecież to niemożliwe. Mój ojciec nigdy nie zdradziłby mojej matki. Kochał ją. A jednak dokumenty mówiły co innego. Rayn był dwa lata starszy ode mnie, co by znaczyło, że mój tata od siedmiu boleści miał jakiś skok w bok, bo na dokumencie czarno na białym było wypisane jego imię i nazwisko, jako tożsamość ojca szatyna. Poczułam jak łzy gromadzą mi się w oczach, a serce zaczyna szybciej walić.
-Natalie, wszystko dobrze?- zapytał szatyn, łapiąc mnie za ramiona, ale ja kompletnie nic nie poczułam. Nagle wpadłam w jakiś trans. Brook się mnie o coś pytała, mówiła coś do mnie, Rayn i Joe też, ale ja patrzyłam się tępo w kartkę papieru, trzęsąc się.
                                  Nagle usłyszałam odgłos zamykanych drzwi i spojrzałam w stronę korytarza. Zza rogu wyszedł Liam i zatrzymał się gwałtownie, patrząc na mnie. Dopiero po sekundzie zorientował się kto stoi przede mną i ruszył na szatyna. Wtedy też otrząsnęłam się i stanęłam przed moim... nie. Nie powiem tego.
-Liam, nie- wyszeptałam, patrząc na niego gdy ten stanął, nie wiedząc co robię.
-Co on tu robi?!- wydyszał ciężko. Był wściekły. Zaciskał nerwowo szczękę i pieści, próbując nad sobą zapanować.
-Uspokój się, Liam- powiedziałam, czując, że robi mi się słabo. -Rayn, lepiej już idź- wydusiłam, a ten  minął nas i wyszedł. W pomieszczeniu zapanowała cisza. Nagle zrobiło mi się ciemno przed oczami, a kolana odmówiły mi posłuszeństwa. Zemdlałam.

*Liam*
                     Byłem wytrącony z równowagi odkąd zobaczyłem tego typa, który prawie zrobił krzywdę mojej dziewczynce. Dobra, może nie mojej, ale.... Dobra, każdy wie o co chodzi. Po prostu byłem wściekły, ale gdy nagle Natalie dosłownie osunęła się na podłogę, moje serce na chwilę stanęło. Złapałem ja w ostatnim momencie i wziąłem na ręce w ślubnym stylu. Była taka lekka.
-Zanieś ją do salonu- powiedziała Brook i zaprowadziła mnie we wskazane miejsce. Poznałem ją i jej narzeczonego kilka dni temu na imprezie, u nas w domu. Położyłem szatynkę na kanapie i uklęknąłem obok, na wysokości jej głowy i pogłaskałem ją po włosach.
-Ktoś mi wytłumaczy o co tu chodzi?- zapytałem cicho, rzucając brunetowi spojrzenie, nieznoszące sprzeciwu.
-Mnie nie pytaj. Zrozumiałem w sumie tylko to, że ten chłopak jest bratem Natalie- rzucił, podnoszące ręce w geście obronnym.
-Co?!- podniosłem głos.
-To co słyszałeś- mruknęła szatynka i położyła szklankę wody na stoliku, stojącym przy sofie. Wypuściłem powietrze ze świstem i spojrzałem na Natalie. Oddychała równomiernie, ale nadal była blada i nieprzytomna. Oparłem czoło o jej i przymknąłem oczy. Nie dziwię się, że zemdlała. Przecież ta cała sytuacja jest niedorzeczna. Podniosłem powieki, gdy dziewczyna poruszyła się niespokojnie. Patrzyłem jak powoli otwiera oczy, nie puszczając jej dłoni.
-Co się stało?- zapytała, patrząc na mnie jakby przez mgłę.
-Zemdlałaś- powiedziałem i nie mogłem się powstrzymać, by nie pocałować jej w czoło.
-Jak się czujesz?- zapytała z przejęciem Brook, patrząc na nas zdziwiona.
-Dobrze, przynajmniej tak sądzę- wymruczała szatynka,siadając powoli. -Możemy już jechać do domu?- zadała pytanie, patrząc na mnie błagalnie.
-Pewnie. Chodź- uśmiechnąłem się delikatnie, pomagając jej stanąć na równe nogi. Objąłem ja ramieniem w talii i poprowadziłem na korytarz. Joe zdeklarował się, że wszystko pogaszą i zamknął dom, wiec gdy Natalie się z nimi pożegnała, a ja potem zaprowadziłem ją do swojego samochodu i pomogłem do niego wsiąść.
                                  Po chwili też zająłem miejsce w aucie i ruszyliśmy w stronę naszej willi. Między nami panowała kompletna cisza, a ja nie wiedziałem jak mam ją przerwać. Domyślałem się jednak, że teraz w głowie Nat panuje kompletny chaos i chciałem pomóc się jej jakoś z nim uporać, ale znów nie miałem pojęcia co mógłbym zrobić. Dziewczyna siedziała skulona na siedzeniu, ze wzrokiem wbitym w szybę. Położyłem dłoń na jej drobnym kolanie i zacząłem rysować na nim delikatnie kółka.
-To wszystko jest jakieś po pierdolone- warknęła nagle, a ja zmarszczyłem brwi, patrząc na drogę, bo nie często słyszałem żeby szatynka przeklinała.
-Chcesz o tym pogadać?
-Co tu gadać? W środku nocy przychodzi do mojego domu człowiek, który chciał mnie zgwałcić i podaje się za mojego brata. Mało tego, pokazuje mi na to dowody. Taka tam codzienność- burknęła, a ja westchnąłem ciężko.
-Chciałem pomóc- westchnąłem i zabrałem rękę, by z powrotem umieścić ją na kierownicy, ale w połowie drogi, Natalie złapała ją i objęła swoimi małymi palcami.
-Wiem, Li. Wiem, ale to wszystko..- wyszeptała, bawiąc się moim kciukiem.
-Poradzimy sobie z tym obiecuję- powiedziałem, zatrzymując samochód na skrzyżowaniu.
-Dzięki- wymruczała i przysunęła się do mnie, by następnie złożyć pocałunek na moim policzku, na co zareagowałem szerokim uśmiechem. Lubiłem czuć jej usta na swojej skórze. Ciepło jej ciała przy moim. Po prostu lubiłem mieć ją w pobliżu.

*Natalie*
                        Niedługo po mojej rozmowie z Liamem dojechaliśmy do domu. Chłopak otworzył mi drzwi i pomógł wysiąść z samochodu, splatając nasze palce razem. Zaczerwieniłam się lekko na ten gest, co chłopak definitywnie zauważył i zachichotał uroczo.
-Nie śmiej się ze mnie - parsknęłam i stanęłam przed nim, uderzając go w klatkę piersiową.
-Ała, to bolało-pisnął, a ja wywróciłam oczami i już chciałam odejść, ale przyciągnął mnie do siebie i położył dłonie na moich biodrach. Dreszcz przeszedł po moich plecach gdy poczułam jego miętowy oddech na mojej żuchwie. Spojrzałam mu w oczy i zatraciłam się w tych brązowych tęczówkach. Były jak bezkresny ocean, dzikie i wolne, ale zarazem piękne. Za nim się zorientowałam chłopak wbił się w moje usta, przyciągając mnie jeszcze bliżej do siebie. Nasze ciała przylegały do siebie w każdym calu, tak, że nie dało się miedzy nie włożyć kartki papieru. Oplotłam jego szyję ramionami i stanęłam na palcach by mieć do niego lepszy dostęp. Jego wargi były takie słodkie i miękkie, a język przyjemnie drażnił moje podniebienie, na co jęknęłam cicho. Chłopaka to chyba zachęciło do dalszych igraszek, bo złapał mnie pod pośladkami i podniósł, a ja oplotłam nogami jego wąskie biodra. Gdy zaczął iść w stronę drzwi, miałam wrażenie, że nie stanowię dla niego żadnej przeszkody. Bez problemu wszedł do budynku, w którym było ciemno jak w grobie i zaczął iść w stronę schodów, a ja przeczesałam palcami jego wiecznie, perfekcyjnie ułożone włosy. Złapałam je za końcówki i szarpnęłam delikatnie na co chłopak jęknął gardłowo i przyparł mnie do najbliższej ściany. Poczułam jak przyjemne ciepło eksploduje w moim podbrzuszu i uśmiechnęłam się przez pocałunki. Za nim całkiem straciłam zdrowy rozsądek i umiejętność trzeźwego myślenia zdarzyłam coś zrobić.
-Nie tutaj- wyszeptałam, gdy chłopak zjechał pocałunkami na linie mojej szczęki, a potem na szyję. Payne, nie protestował i bez chwili zwłoki zaniósł mnie do swojego pokoju i rzucił delikatnie na łóżko, przygwożdżając mnie do niego swoim ciężarem. Wiedziałam, że to co robię było złe, ale dłonie szatyna, które wkradły się pod moja koszulkę nie pozwalały mi o tym myśleć. Nagle jego palce złapały moje nadgarstki i ułożyły je nad naszymi głowami. Jęknęłam cicho gdy poczułam jak zaczyna ssać moją szyję, a potem chuchać i lizać dane miejsce. Moje zmysły były zbyt otumanione by to przerwać, ale jednak, jakaś cząstka mnie krzyczała, że muszę to zrobić.
-Liam -wysapałam, gdy musnął ustami skórę na moim obojczyku. Czułam dokładnie jego erekcję i to utwierdzało mnie w przekonaniu, że pora to zakończyć.
-Liam. stop! Wystarczy- warknęłam po chwili i zepchnęłam go z siebie. Poczułam jak gorąco uderza w skórę na moich policzkach i usiadłam, chowając twarz w dłoniach.
-Przepraszam- powiedziałam i już miałam wyjść, ale nie pozwolił mi na to uścisk na nadgarstku. Spojrzałam na chłopaka niepewnie, chcąc jak najszybciej stamtąd wyjść. Wstydziłam się tego co zrobiłam. Tego na co pozwoliłam. Tego co dało mi taka przyjemność.
-Wszystko gra?- zapytał, dysząc głośno i patrząc na mnie z troską w oczach. Miałam wrażenie, że jego pożądanie wyparowało.
-Tak- rzuciłam, próbując się wyrwać. Niestety. Nie udało mi się to.Chłopak w sekundę znalazł się przede mną, objął moją twarz dłońmi i zmusił do spojrzenia na niego.
-Przecież widzę. Powiedz mi. Zrobiłem coś nie tak?- wiedziałam, że powinnam mu powiedzieć, ale nie potrafiłam. Wstydziłam się.
-Ja po prostu... No tak jakby- jąkałam się, nie wiedząc co chcę powiedzieć. Jak ująć w słowa to co czułam.
-Nie jesteś jeszcze gotowa?- zapytał, a ja pokiwałam niechętnie głową, spuszczają wzrok na jego kletkę piersiową.
-Natalie, spokojnie. Nic się nie stało. Poczekam- wymruczał i przytulił mnie. Nagle cała napięta atmosfera ulotniła się, a ja odetchnęłam z ulgą. Szczerzę, to nie sądziłam, że Payne tak zareaguje. Myślałam, że będzie się wściekać, ale na szczęście nic takiego nie miało miejsca.
                               Po chwili oderwałam się od niego i już miałam wyjść, kiedy tuż przy progu zatrzymał mnie jego głos.
-Natalie?
-Tak?
-Przyjdziesz do mnie?- zapytał i odniosłam wrażenie, że teraz to on jest zażenowany.
-Chyba nie rozumiem.
-Położysz się ze mną- zadał pytanie i podrapał się po karku, nie patrząc na mnie. Zachichotałam cicho.
-Pewnie- powiedziałam i wyszłam. Nie wiem czemu, ale uśmiech mimowolnie wykrzywił moje wargi, a ja jak najszybciej chciałam znów znaleźć się w ramionach chłopaka. Dlatego też czym prędzej zmyłam makijaż, wzięłam prysznic i przeprałam się w piżamy w postaci krótkich spodenek i dużo za dużej koszulki. Jeszcze tylko rozczesałam włosy i umyłam zęby, a następnie wyszłam z pokoju.
                                Liam czekał już na mnie leżąc na łóżku w samych bokserkach, z rękami założonymi za głową. Przełknęłam głośno ślinę na widok jego wyrzeźbionego torsu i podeszłam do niego. Ten jednym ruchem złapał mnie za rękę i przyciągnął mnie do siebie, sprawiając, że wylądowałam niezdarnie na nim. Zaśmiałam się cicho i już chciałam z niego zejść, ale nie pozwolił mi na to. Objął mnie ramieniem, a ja wcisnęłam twarz w zagłębienie między jego barkiem, a szyją. Pachniał tak dobrze. Miętowym płynem pod prysznic i dymem papierosowym.
-Dobranoc, księżniczko- wymruczał, a potem pocałował mnie w czoło. Czułam się bezpiecznie w jego ramionach. Wiedziałam, że mogę mu ufać i robiłam to. Sprawiał, że moja samoocena gwałtownie rosła, a ja czułam się wyjątkowa. Miałam przeczucie, że się na tym przejadę, ale nie chciałam o tym myśleć. Chciałam cieszyć się chwilą, póki takowa trwała.
-Dobranoc- mruknęłam i zamknęłam oczy, myśląc tylko o ramionach szatyna obejmujących mnie mocno. Tak, jakby nigdy nie miały mnie puścić.


~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Przepraszam, że musieliście tyle czekać, ale nie byłam do końca pewna jak chcę zakończyć ten rozdział.
Ale teraz już jestem. Wróciłam i nigdzie się nie wybieram.

 Kocham was bardzo i dziękuję za słowa otuchy pod poprzednim postem.

Mama nadzieje, że rozdział się wam spodoba i pokarzecie mi to w postaci komentarzu. Do następnego! :*

         
                     

niedziela, 20 marca 2016

Cóż

Hej... Pewnie niewielu was tu jeszcze jest, ale mam informacje dla tych co czasami tu zaglądają.

Wiem, że znów was zawiodłam i chce mi się płakać gdy o tym myślę, bo jesteście dla mnie bardzo ważni, ale niestety muszę to zrobić.

Zawieszam bloga. 

Oznacza to, że do wakacji nie pojawi się żaden rozdział.. 

Jak się pewnie domyślacie głównym powodem jest szkoła i to na niej muszę się teraz skupić, bo nie oszukujmy się, kiepsko mi to teraz idzie.

Mam nadzieję, że w jeszcze tu kiedyś zaglądniecie, chociaż nie będę mieć do was pretensji jeśli tego nie zrobicie.

Jedyne czego teraz jestem pewna to tego, że dokończę to opowiadanie, bo jest ono ważną częścią mnie i nie pozostawię go tak ooo.


Kocham Was mocno!

Na zawsze Wasza Black

środa, 27 stycznia 2016

Rozdział 12


                Siedziałam skulona przy ścianie dopóki nie usłyszałam dźwięku otwieranych drzwi. Do moich uszu doszedł śmiech Nialla i Louisa, więc wstałam z podłogi przykleiłam na twarz uśmiech by zgrywać pozory.  To że ja byłam w dołku, nie znaczy, że bliskie mi osoby musiały się tym przejmować.
-Natalie!- krzyknął nagle Hazza, który pierwszy mnie zauważył i rzucił się w moim kierunku. Zignorowałam fakt, że miałam być na niego zła i odwzajemniłam uścisk.
-Hej, Harry!- powiedziałam i odsunęłam się od niego na szerokość ramion.
-Jak się czujesz, mała?- zapytał Horan, stając obok mnie i całując w czoło. To był drobny, ale bardzo podnoszący na duchu gest.
-Już dobrze- odparłam i wymusiłam delikatny uśmiech. Chłopak jednak chyba wyczytał w moich oczach, że coś jest nie tak i zmarszczył brwi. O nic nie pytał i byłam mu za to wdzięczna, ale wiedziałam, że poważna rozmowa mnie nie ominie.
-Gdzie Liam? Miał się tobą opiekować- zapytała Sky, a ja popatrzyłam na nią jak na kosmitę, spinając się lekko na wzmiankę o szatynie.
-Nie jestem już dzieckiem, umiem się sobą zająć, a Liam… poszedł na spacer- zająknęłam się, próbując coś na szybko wymyślić. No co? Nie osądzajcie mnie. Przecież nie powiem im, że wyszedł by dać mi czas do zastanowienie czy chcę zostać jego prywatną dziwka. Zamarłam na sekundę gdy dotarł do mnie sens tych słów i poczułam dziwne ukłucie w klatce piersiowej. Czy on naprawdę chciał bym zgodziła się na taki układ?
-Nat, wszystko okay? Jesteś blada- skomentował Louis, a ja wykrzywiłam usta, próbując się uśmiechnąć, ale myślę, że wyszedł z tego dziwny grymas.
-Tak, ja po prostu… potrzebuje trochę świeżego powietrza. Chyba też pójdę się przejść – powiedziałam i zanim ktokolwiek zdarzył skomentować moje zachowanie, zniknęłam na schodach starając się uspokoić.
                Wpadłam do swojego pokoju i zatrzaskując za sobą drzwi podeszłam do szafy. Sapnęłam cicho gdy otworzyłam ją i wyleciało z niej kilka ciuchów. Poskładałam je, a następnie odłożyłam na swoje miejsce. Wyciągnęłam z półki jakieś czarne rurki (które były z resztą moim ulubionym typem spodni) i białą koszulkę z beżowym sweterkiem i bordowym kominem. Przebrałam się w łazience, gdzie zrobiłam też naturalny makijaż. Gdy zaczęłam związywać włosy w wysokiego kucyka, usłyszałam dzwonek swojego telefonu dlatego też opuściłam pomieszczenie i odebrałam urządzenie, które leżało na poduszce.
-Halo?- powiedziałam, nawet nie patrząc kto dzwoni.
-Hej, Natalie, tu Colin. Pamiętasz mnie?- uśmiechnęłam się, bo oczywiście, że go pamiętam.
-Pewnie, co tam u ciebie?-  zapytałam i usiadł na skraju materaca patrząc przez okno, za którym była bardzo ładna jak na Irlandie pogoda.
-Właściwie to miałem zamiar cię zapytać, czy nie poszłabyś ze mną na kawę? Co ty na to?- w jego głosie wyczułam lekką niepewność i zdenerwowanie, na co zachichotałam cicho.
-Pewnie, to może za pół godziny przy Starbucksie?- zaproponowałam, a ten entuzjastycznie się zgodził i przerwał połączenie. Wsadziłam najpotrzebniejsze rzeczy do torebki i zeszłam na dół.
Nie  widziałam potrzeby brania kurtki, bo na dworze było koło 17 stopni, więc od razu skierowałam się do wyjścia. Kiedy już miałam nacisnąć klamkę, drzwi odtworzyły się z drugiej strony, a ja odsunęłam się gwałtownie by nie zarobić nimi w łeb. Zza drewnianej powłoki wychylił się Liam, a spięłam się widząc jego osobę.
-Nat? Gdzie idziesz?- zapytał, patrząc mi w oczy. Przełknęłam ślinę i wbiłam paznokcie w wewnętrzną stronę dłoni starając się uspokoić.
-Idę na spacer- wymruczałam i chciałam go wyminąć, ale złapał mnie za nadgarstek i przyciągnął do siebie.
- Posłuchaj mnie- zaczął. – Nie chcę byś traktowała mnie inaczej ze względu na to co powiedziałem. Zrozumiem jeśli się nie zgodzisz, ale nadal będziesz moją przyjaciółką. Tak czy inaczej zależy mi na tobie i nie przestanie, bez względu na to co zadecydujesz.
-Muszę to przemyśleć- westchnęłam i wyswobodziłam się z jego uścisku, a następnie, wbijając wzrok w podłogę opuściłam dom.
                Gdy ciepły wiaterek otulił moją twarz poczułam się nieco lepiej. Wyszłam z posesji i spokojnym krokiem skierował się w stronę niewielkiego ryneczku, gdzie znajdowała się kafejka, w której miałam się spotkać z chłopakiem. Poczułam nagle silną chęć zapalenia, więc wyciągnęłam z torebki paczkę czarnych Malboro i zapaliłam jednego. Nikotyna uspokoiła mnie lekko i jakby oczyściła umysł. Moje dłonie przestały się trząść, a nieprzyjemny uścisk w żołądku zniknął. Magia tej trucizny. Nie jestem dumna, że palę, ale jakoś nie szczególnie mnie to obchodzi.
                Zanim się obejrzałam stałam już przed Starbucksem. Bez zastanowienia weszła  środka, a do moich nozdrzy dostał się zapach świeżo mielonej kawy, czekolady i różnorakich cist. Mimowolnie uśmiechnęłam się lekko i rozglądnęłam po pomieszczeniu. W kącie pomieszczenia, tuż przy oknie, siedział wysoki, dobrze zbudowany blondyn z lekkim zarostem na brodzie. Skierowałam się w jego stronę, a on jakby wyczuwając moją obecność odwrócił się i nasze spojrzenia się spotkały. Uśmiechnęłam się delikatnie, a on wstał i uścisnął mnie mocno, co było trochę dziwne, bo widziałam go trzeci raz w życiu na oczy, ale co tam.
-Mam nadzieję, że lubisz gorącą czekoladę, bo zamówiłem dla ciebie- powiedział niebieskooki, a ja posłała mu wdzięczny uśmiech, rozsiadając się w miękkim fotelu.
-Uwielbiam! Skąd wiedziałeś?- zaśmiałam się cicho.
-Zgadywałem- parsknął, a ja pokręciłam rozbawiona głową. Od tego chłopaka biła tak pozytywna energia iż wiedziałam, że jest duże prawdopodobieństwo, że się zaprzyjaźnimy.
-Opowiedz mi coś o sobie- zaproponowałam i objęłam dłońmi czerwony kubek z kakao, po tym jak przyniosła nam to do stolika młoda kelnerka.
-A co chcesz wiedzieć?- zapytał, a ja wzruszyłam wymownie ramionami.
-Cokolwiek. Prawie w ogóle cię nie znam.
-No wiec tak.  Mam 26 lat i jestem homoseksualistą- odparł na wejściu, a ja zakrztusiłam się napojem, który obecnie popijałam. Chłopak zaśmiał się na moja reakcję, a ja kolejny raz tego dnia pokręciłam głową.
-Jesteś pierwszą osobą, którą znam, która mówi o tym tak otwarcie- skomentowałam i odstawiłam kubeczek na stół.
-Mam nadzieję, że ci to nie przeszkadza?- rzucił niby rozbawiony, ale z jego głosu odczytałam, że mówi poważnie.
-Pewnie, że nie- odpowiedziałam, uśmiechając się delikatnie.


                Okazało się, że Colin to bardzo fajny facet i świetnie mi się z nim rozmawiało. Okazał się zabawny, lekko aroganckim i zapatrzonym w siebie, ale troskliwym mężczyzną. Rozmawialiśmy tak długa i tak bardzo zaangażowałam się w konwersację z nim,  że nie zauważyłam nawet gdy na dworze zrobiło się szaro.
-Nat, mogę cię o cos zapytać?
-Jasne- odparłam lekko zdezorientowana. Przecież rozmawiamy od przeszło 3 godzin.
-Czemu jesteś taka smutna?- zadał pytanie, a ja zmarszczyłam brwi. O co mu chodzi?
-Nie za bardzo rozumiem. Nie jestem smutna, przecież cały czas się uśmiecham- westchnęłam i upiłam łyk kawy, którą niedawno zamówiłam.
-Twoje oczy mówią co innego- wymruczał, a ja przełknęłam głośno ślinę. Aż tak mocno widać jak wstrząsnęła mną propozycja Liama? Niby cały czas byłam skupiona na Colinie, ale gdzieś z tyłu głowy cały czas siedział mi przystojny szatyn, który powoli wywraca moje życie do góry nogami.
-To… to skomplikowane- przyznałam w końcu, bo poczułam silna potrzebę wygadania się komuś. Byłam rozdarta, a duszenie tego w sobie było cholernie męczące.
-Postaram się zrozumieć- zachęcił mnie blondyn, a ja przytaknęłam głową.
-Chodzi o to, że Liam, przyjaciel mojego przyjaciela, z resztą opowiadałam ci o nim zaproponował mi coś na kształt… układu- jęknęłam, bo trudno było mi o tym mówić. – Tak jakby… doszło miedzy nami do kilku pocałunków i jednoznacznych sytuacji, a on dzisiaj zaproponował mi, żebyśmy zostali przyjaciółmi z korzyściami- dokończyłam i dopiero teraz dotarło do mnie jak głupio to brzmi. Przetarłam twarz dłońmi i wzięłam głęboki oddech.
-Czyli… jeśli dobrze zrozumiałem. Twój problem polega na tym czy się zgodzić czy nie, mam rację – upewnił się, a ja przytaknęłam. – Cóż… lubisz go?
-Co ja… ja… nie wiem- burknęłam, czując jak rumieńce wpływają na moje policzki. Zachowywałam się jak jakaś nastolatka, która pierwszy raz się zauroczyła.
-Dobra, z tego co widzę to bardzo go lubisz- zaśmiał się, a ja posłała mu karcące spojrzenie.
-Dla mnie to nie jest zabawne- warknęłam, a on podniósł dłonie w obronnym geście.
-Dobra, skoro tak to… zgódź się- odparł z taka lekkością, jakby mówił o tym jaki kolor skarpetek ubrać, lub jaki sok wybrać.
- Colin, ale ja… chyba nie będę potrafiła się w nim nie… nie…, no wiesz- powiedziałam lekko zakłopotana i zażenowana.
-Ale popatrz na to z tej strony. Może on też się zakocha- powiedział i poruszał śmiesznie brwiami, próbując podnieść mnie na duchu. Udało mu się.
-Wątpię- zachichotałam, a ona wstał i zacmokał dziwnie ustami.
-Chica, nie mów tak. Jesteś buena, buena – podszedł do mnie i objął ramieniem, udając hiszpański akcent, a ja zaczęłam się śmiać jak opętana, przez śmieszne miny jakie robił. 


–Nie chcę nic mówić, ale po drugiej stronie ulicy stoi jakiś przystojny brunet i patrzy na mnie z mordem w oczach- wyszeptał mi w pewnej chwili niebieskooki do ucha, a ja katem oka spojrzałam przez szybę i zamarłam.
-To Liam- westchnęłam i rozmasowałam skronie. Co on tu robi?
-To leć do niego- zachichotał, a ja przerzuciłam włosy na jedną stronę.
-Dobra- powiedziałam i ubrałam sweter, który wcześniej zdjęłam, bo było mi za gorąco i wstałam, by dać przyjacielowi buziaka. Przynajmniej tak myślę, że mogę go tak nazwać, bo naprawdę dużo już o nim wiem i rewelacyjnie nam się rozmawia.
-Mała!- krzyknął za mną gdy byłam już przy wyjściu z kawiarni. – Zgódź się- zaśmiał się, a ja prychnęłam i  zamknęłam za sobą drzwi.


                Nie wiedziałam czy ujawnić to, że widziałam Liama i podejść do niego, czy udawać, że nie patrzyłam w tamta stronę i iść na około. Wybrałam jednak pierwszą opcję i postanowiwszy być dzielną, przeszłam przez pasy kierując się do szatyna.
-Hej, Li! Co ty tu robisz?- zapytałam, uśmiechając się delikatnie. Jednak widząc wyraz jego twarzy od razu zmarkotniałam. Był zły. Tylko czemu?
-Kto to był?- warknął pokazując ręką na Colina, który w Starbucksie udawał bardzo zainteresowanego swoim telefonem.
-Mój znajomy- odparłam, postanowiwszy udawać, że nie wiem o co się wścieka. Dobra, może nie wiedziałam, ale się domyślałam.
-Znajomy, a może chłopak, hmm?- zapytała, łapiąc mnie za łokieć i przyciągając do siebie. W jego oczach błyszczała złość, a ja nie lubiłam takiego Liama. Nie miałam z nim dobrych wspomnień.
-Liam, ogarnij się do cholery! – krzyknęłam, bo miałam już wszystkiego dosyć. Tych jego jebanych humorków i takiego rzeczowego traktowania mnie. Co się stało z tym kochanym, troskliwym chłopakiem, jakim byłm był dzisiaj rano przy swojej siostrze?
-Ja… um,…. Przepraszam. Nie wiem co się ostatnio ze mną dzieje- wyjaśnił, odsuwając się o kilka kroków i przecierając twarz rękoma. Dopiero teraz, w słabym świetle ulicznej latarni, ujrzałam w jego oczach smutek i ból oraz zmęczenie. Dotarło do mnie, że nadal nie pozbierał się w pełni po sprawie z jego byłą, a ja byłam mu potrzebna by zapomniał. Ciężko mi było się przyznać, ale chciałam mu pomóc. Chciałam być jego odskocznią. I chodź cholernie bałam się przyszłości, postanowiłam żyć chwilą. Za wiele mnie już w życiu ominęło, bym teraz mogła się bać.
-Zgadzam się- powiedziałam cicho, po chwili ciszy, i podniosłam wzrok z nad chodnika. Wahałam się, ale coś podpowiadało mi, że to nie koniecznie musi się źle skończyć.
-Co? – szatyn wydawał się kompletnie zaskoczony, ale myślę, że to przez to iż wyrwałam go z jakiegoś letargu.
-Powiedziałam… - odetchnęłam. - …, że się zgadzam- dokończyłam, patrząc mu w oczy. Przez chwilę jakby przetwarzał t ą informację, ale po kilku sekundach jego źrenice zaświeciły radośnie, a on doskoczył do mnie i oplatając mnie w pasie uniósł nad ziemię. Zaśmiałam się delikatnie, bo nie sądziłam, że aż tak mu na tym zależało. Owszem, nie chciałam być dla niego obojętna.
                Liam okręcił nas kilka razy wokół własnej osi, a następnie postawił mnie powrotem na chodnik, nadal mnie trzymając. Zakręciło mi się lekko w głowie, ale gdy się zachwiałam przysunął się do mnie jeszcze bardziej. Patrzyłam mu przez chwilę w oczy i doszłam do wniosku, że muszę zacząć żyć, dopóki mogę, a ten „układ" pomoże mi w tym.
-Dziękuję- wyszeptał chłopak, zbliżając swoja twarz do mojej. W odpowiedzi uśmiechnęłam się jedynie lekko i tym razem to ja postanowiłam być tą, która zrobi pierwszy krok.  


Przez sekundę gapiłam się na jego usta, a następnie musnęłam je lekko swoimi, wplatając palce w jego miękkie włosy. Brązowooki jęknął cicho, będąc nieco zaskoczony moim nagłym ruchem, ale po chwili dotarło do niego co się dzieje, a jego dłonie powędrowały na mój tyłek.  Czułam jak przenoszę się do innego świata gdy jego wargi zaczęły współpracować z nimi i muskały je delikatnie. Niesamowite odczucie eksplodowało w moim podbrzuszu, a ja zaśmiałam się miedzy pocałunkiem.  Postanowiłam się z nim trochę podrażnić i odepchnęłam go, zaczynać uciekać, chichocząc radośnie. Czułam się jak zakochana nastolatka, a ludzi patrzyli na mnie jak na wariatkę, ale ja nie zwalniałam. Wręcz przeciwnie. Słysząc odgłos butów uderzając o chodnik tuż za mną, przyspieszyłam, tym samym wbiegając do parku.
-I tak cię złapię!- krzyknął Payn, depcząc mi po pietach, a ja wybuchłam jeszcze większym śmiechem. Wiecie endorfiny i te inne. Boże, co ja pieprze. Po prostu była szczęśliwa. Wiedziałam, że miedzy mna i Liamem to nic poważnego, ale może kiedyś.
                Nie chcąc by mnie złapał skręciłam w prawą stronę na rozstaju dróżek, ale zatrzymałam się gwałtownie po kilku krokach. Zamarłam, a po sekundzie poczułam jak coś, albo raczej ktoś wpada na mnie. Liam, objął mnie w pasie i wyszeptał mi do ucha, sapiąc głośno.
-Zawsze cię złapię, pamiętaj o tym- powiedział, przygryzając płatek mojego ucha. Normalnie zachichotałabym, ale teraz byłam zbyt przerażona sceną, która odbywała się kilkanaście metrów przed nami, a której Payn najwyraźniej jeszcze nie zauważył. Nie zastanawiając się dłużej popchnęłam go w jakieś pobliskie zarośla, zatykając mu jadaczkę dłonią. Mój oddech szalał, a klatka piersiowa unosiła się i opadała w przyspieszonym tempie. Chłopak rzucił mi zmartwione i jednocześnie zdezorientowane spojrzenie, ale ja tylko przyłożyłam palec wskazujący do ust i pokręciłam głową, dając znać by siedział cicho. Wiedziałam, ze zachowuje się jak tchórz, ale nie chciałam ryzykować, ze któremuś z nas się coś stanie. Już po chwili tylko utwierdziłam się w przekonaniu, ze postąpiłam słusznie. Do naszych uszu doszedł rozrywający bębenki w uszach męski ryk. Wiedziałam co się tam działo i nie mogłam pozwolić, by Liam teraz wylazł z kryjówki. Po jego minie również odczytałam, że się boi, jednak on potrafił zapanować nad tym bardziej niż ja. Moje ciało zaczęło się trząść, a ja objęłam  się ramionami i zatkałam dłońmi uszy. Nie chciałam tego słyszeć. Jednak kiedy Paynowi zebrało się na bohaterstwo musiałam oderwać palce od głowy i łapiąc go za nadgarstek zaciągnęłam powrotem na ziemię.
-Nat, puść mnie! Trzeba mu pomóc- wykrzyczał szeptem, a ja zacisnęłam palce jeszcze mocniej na jego przegubie i nie pozwoliłam mu się ruszyć.
-Nie Liam. Nie ruszaj się. Jemu nic nie będzie – wysyczałam, patrząc mu stanowczo w oczy.
-Co ty pieprzysz?! Wbijają mu nóż w brzuch- odparł, patrząc na mnie z niedowierzaniem.  Tak, byłam lekarzem i powinnam coś z tym zrobić, ale lepiej się w ta sprawę nie mieszać.
- Zaufaj mi, jeśli chcesz, żebyśmy dożyli jutra!- odparłam i błagam w myślach by nie zadawał żadnych pytań. Na próżno.
-O co ci chodzi?
-Opowiem ci wszystko jak dotrzemy do domu- odparłam i postanowiłam sprawdzić czy rekrutacja się już skończyła. Odsunęłam delikatnie kilka gałązek, starając się nie narobić hałasu i spojrzałam w miejsce gdzie przed chwilą stał krwawiący chłopak.  Teraz, oprócz pustej ławki i kałuży krwi na chodniku nikogo tam nie było. Odetchnęłam z ulgą i rozluźniłam się lekko. Jeszcze przez chwile się nie ruszałam, a potem dałam znać Liamowi, że powinniśmy stąd spadać.
                Złapałam go za rękę i wyciągnęłam na ścieżkę, ruszając pospiesznie w stronę domu. Na dworze już było ciemno, bo słońce jakiś czas temu schowało się za horyzontem. Przez cała drogę milczeliśmy, ale to lepiej. Musiałam sobie poukładać w głowię co mu powiem i jak wyjaśnię zaistniałą sytuację. Bałam się tego jak zareaguje, ale chłopak ułatwiał mi to, nie zadając żadnych pytań dopóki nie przekroczyliśmy progu naszego domu.


                Nie zwracać uwagi na zdziwione spojrzenia naszych znajomych, Liam odwiesił kurtkę do szafy, na przedpokoju, a potem splątał swoje palce z moimi i zaciągnął do mojego pokoju. Przepuścił mnie w drzwiach, a następnie zamknął je, w chwili gdy ja usiadłam po turecku na poduszkach i zaczęłam bawić się palcami.  Nawet nie zdałam sobie sprawy jak siada naprzeciwko mnie, do momentu gdy ujął moje dłonie w swoje i  potarł je w uspokajającym geście. Spojrzałam na niego nieśmiało i widząc, ze czeka aż się przed nim otworzę postanowiłam zacząć.
- Kazałam ci siedzieć cicho, ponieważ wiem co robili tamci goście- odetchnęłam.  Bolało mnie to, ze musiałam rozdrapywać dawne rany, ale jeśli to sprawi, ze Li będzie bezpieczniejszy to okay. Jestem gotowa to zrobić. – To było coś w stylu rytuały przejścia.  Ich jakby przywódca rekrutuje w ten posób nowych ludzi. Przebija im bok nożem i jeśli przeżyją do następnego ranka wstępują do gangu. Wiesz narkotyki, rozboje, te sprawy. Jeśli napotkają jakiś świadków zabijają ich. To w sumie tyle- odetchnęłam i spuściłam wzrok, nie mogą wytrzymać natarczywego spojrzenia szatyna. Wiem, ze muszę mu wyjaśnić skąd to wiem, ale boję się.
-Nat… skad ty to wiesz?- zapytał, a ja pokręciłam głową. To tak strasznie bolało.
-Nie Liam, ja… nie mogę ci powiedzieć. Obiecałam, ze będę siedzieć cicho. Już i tak za dużo wiesz- wymamrotałam próbując wstać. Jednak chłopak zręcznie przerzucił mnie na swoje kolana, nie pytając mnie o pozwolenie. Był władczy, ale delikatny jednocześnie, a to była jedna z wielu rzeczy, która mnie w nim zaskakiwała.
-Natalie, proszę. Muszę wiedzieć czy coś ci grozi- odparł spokojnie, opierając swoje czoło o moje i patrząc mi głęboko w oczy, niemo błagając. Wiedziałam, że nie mogę przed nim tego ukrywać, ale z drugiej strony wiedza może go zniszczyć.
-Miałam kiedyś chłopaka. Nazywał się Peter- zaczęłam po chwili, wiedząc, że brązowooki nie odpuści do póki nie pozna prawdy. – Poznałam go w domu dziecka. Na początku przyjaźniliśmy się, a potem gdy oboje opuściliśmy ośrodek związaliśmy się i zamieszkaliśmy razem. Kochałam go- kontynuowałam, ale w chwili gdy wspomniałam o uczuciach do pewnego bruneta, poczułam jak Liam spiął się delikatnie i rozbawiło mnie to.  – Myślałam, że on mnie też, jednak się przeliczyłam.  Dość szybko się zaręczyliśmy, ale nie trwało to dugo.  Zaczęły się dziać dziwne rzeczy. Zbite okna, próby podpalenia. Nie wiedziałam co się dzieje aż pewnego razu nie wyjechałam na jakieś sympozjum naukowe do Berlina.  Skończyło się wcześniej, więc wróciłam do domu. Gdy przyjechałam z lotniska miała czekać na mnie taksówka i faktycznie czekała. Wsiadłam do niej, ale zamiast do domu zostałam wywieziona do jakiegoś magazynu. Okazało się, że jakiś były kumpel Petera chciał się na nim zemścić i powiedział mi całą prawdę. Byłam tylko przykrywką. Tak naprawdę Peter cały czas miał jakieś panienki na boku, był szefem tego całego gówna i to on dźgał tych biednych gości. Swojego czasu było o tym głośno, ale wtedy jeszcze nie wiedziałam kto to robił – czułam dziwne ukłucie w sercu na wspomnienie o Peterze, bo mimo wszystko było mi z nim dobrze. Naprawdę łudziłam się, że będziemy razem szczęśliwi, ale tak się nie stało.   – Rozstałam się z nim, ale przed odejściem powiedział mi, że zawsze mogę na niego liczyć i chodź nie jesteśmy już razem, zawsze będę jego przyjaciółką.  Wspomniał coś jeszcze o tym, że nie da mi zrobić krzywdy, ale potem wyjechał, a zaczął tu działa jakiś jego wspólnik. W sumie nie widziałam go już od jakiś… 3 lat? Tak, jakoś tak- dokończyłam i czekałam, aż Li ułoży to sobie w głowie.
                Przez jakieś pięć minut w pokoju panowała cisza, przerywana tylko naszymi oddechami, ale Liam w końcu chyba zrozumiał powagę sytuacji, więc się odezwał.
-Czemu nie zgłosiłaś tego na policję?- zapytał, a ja spojrzałam na niego jak na idiotę. Serio, Liaś, serio?
-Był moim narzeczonym, a poza tym najlepszym przyjacielem. Nie potrafiłam tego zrobić- wyjaśniłam. Taka była prawda. Nadal miałam sentyment do chłopaka, który tak mnie skrzywdził.
-A teraz?- dopytywał, a ja wstałam z jego kolan i podeszłam do okna. Spojrzałam na rozgwieżdżone niebo i wzięłam głęboki oddech.
- Ponieważ nie dopuszczę by zrobił krzywdę ludziom, którzy są dla mnie ważni – wyjaśniłam i już po chwili poczułam jak owija ramiona wokół mojej talii. Byłam przy nim bezpieczna, więc oparłam głowę o jego ramię i rozkoszowałam się chwilą.







~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Bardzo Was przepraszam za długa nieobecność. Nie będę się znów usprawiedliwiać, bo to bezsensu. Mam jednak nadzieje, ze rozdział si~ę wam spodoba i zostawicie po sobie ślad w postaci komentarza, w którym  mnie ochrzanicie. Jenak wiedzcie, że i tak was bardzo kocham!