niedziela, 3 lipca 2016

Rozdział 13

                       Oderwaliśmy się od siebie z Liamem  dopiero po jakiś kilku minutach, a może nawet kilkudziesięciu. Nie wiem. Zatraciłam się w tej chwili tak bardzo, że straciłam poczucie czasu. Gdyby nie dzwonek mojego telefonu, pewnie nadal bym tak stała.
-Tak, Brook?- zapytałam, wcześniej widzą na wyświetlaczu numer mojej przyjaciółki.
-Nat, możemy się spotkać- wyjąkała, a ja zmarszczyłam brwi. Płakała?
-Brooklyn, ty płaczesz?
-Potrzebuje cię, Natalie. Mogę do ciebie przyjechać?
-Pewnie, skarbie. Zaraz tam będę- rzuciłam i zakończyłam połączenie. Byłam zdenerwowana i zestresowana. Nie wiedziałam co się stało i chciałam się jak najszybciej dowiedzieć. Odwróciłam się do szatyna, który patrzył na mnie marszcząc brwi.
-Brook, mnie potrzebuje- powiedziałam i złapałam kluczki od samochodu, leżące na biurku. Już chciałam wyjść z pokoju, kiedy poczułam uścisk na nadgarstku.
-A buziak na pożegnanie?- zapytał i zrobił z ust dzióbek, a ja wywróciłam oczami, a następnie cmoknęłam go w policzek i zbiegłam na parter. Nie miałam czasu tłumaczyć wszystkim dlaczego wychodzę, więc nie zareagowałam na pytające spojrzenia, które rzucili w moją stronę znajomi gdy zeskoczyłam ze schodów. Gdy wyszłam na zewnątrz, szybko wsiadłam do samochodu i ruszyłam w stronę do swojego domu. Po drodze, wstąpiłam jeszcze do monopolowego i kupiłam butelkę naszego ulubionego wina oraz wielkie opakowanie lodów czekoladowych. Jakoś tak wyszło, że zazwyczaj  dość często nasze spotkania z Brook kończyły się właśnie upojeniem alkoholowym i bólem gardła. No cóż...

                       Kiedy już dotarłam do swojej posiadłości, samochód Johnson stał na podjeździe, więc zaparkowałam na chodniku i zabierając ze sobą zakupy wbiegłam do środka. Już od wejścia, usłyszałam cichy szloch z salonu, więc rzuciłam manatki na stół w kuchni i podbiegłam do szatynki, skulonej w kącie mojej kanapy. Bez zbędnych pytań objęłam ją ramionami i mocno przytuliłam. Wtuliła twarz w moją szyję i zaczęła jeszcze mocniej płakać. Nie wiedziałam o co chodzi i bolał mnie widok Brooklyn w takim stanie, więc głaskałam ją po głowie i kołysałam nas powoli.
                      Po jakimś czasie jej szloch ustał i po prostu siedziałyśmy bez ruchu. Żadna z nas nie odezwała się ani słowem, ale tak było okay. Zacznie mówić, kiedy będzie gotowa. Oderwałam się od niej na chwilę i podałam jej paczkę chusteczek z szafki pod telewizorem. Gdy ona wycierała oczy ja nalałam nam wina, a lody wsadziłam do zamrażarki. Następnie wróciłam na swoje miejsce, złapałam przyjaciółkę za rękę i ścisnęłam w pocieszającym geście. Chciałam dać jej do zrozumienia, że jestem przy niej i może na mnie liczyć.
-Lepiej?- zapytałam po chwili, a ona w odpowiedzi pokiwała głową, wysmarkując nos. Wyglądała jak jedno, wielkie nieszczęście. Potargane włosy, rozmyty makijaż, czerwone oczy i nos. Moja biedna.
-Pokłóciłam się z Joe- mruknęła i upiła trochę wina. Zmarszczyłam brwi i zrobiłam to samo. Lekko słodka, czerwona ciecz przelała się przez moje gardło, a ja zastanawiałam się o co mogli się popsztykać, przecież oni praktycznie nigdy się ze sobą nie kłócili.
-O co poszło?
-Sama nie wiem. Właściwie zaczęło się o to, gdzie pojedziemy w podróż poślubną, a skończyło się na tym, że jestem hipokrytką, a ona debilem. Potem powiedział, że zaczyna mieć pewnie wątpliwości co do tego ślubu, a ja po prostu wyszłam z domu i zadzwoniłam do ciebie. Wiem, że to głupie, ale serio zabolała mnie ta sytuacja- wychlipiała, kończąc pierwszy kieliszek.
-Nie przejmuj się, pewnie nie długo zadzwoni i cie przeprosi- skomentowałam i odstawiłam szkło na stół.
-Wiem, po prostu ja już nie daje rady. Cholernie stresuję się tym ślubem i jeszcze ten wyjazd.
-Może po prostu przesuńcie ślub?- zaproponowałam nieśmiało. Po co mają się tak męczyć?
-Zwariowałaś?! Nie, to nie wchodzi w grę. Ja chcę za niego wyjść, kocham go i czuję, że to dobry czas, ale po prostu boję się co będzie potem. Może za jakieś 5 lat znajdzie sobie ładniejszą i mnie zostawi?
-Nie mów tak, Joe cię kocha. Przecież nawet ślepy by to zobaczył.
-Myślisz?
-Ja to wiem, kochanie- zachichotałam i przytuliłam ją. Ach, ta miłość.
                        Jakąś godzinę później usłyszałyśmy pukanie do drzwi. Domyślałam się kto to, więc zostawiłam Brook w trakcie oglądania filmu i poszłam otworzyć. Za progiem stał Joe z jakąś 100 czerwonych róż. Zaśmiałam się na ten widok.
-Hej- mruknął, a ja spojrzałam na niego pobłażliwie.
-Hej, baranie- zachichotałam i zaprosiłam go gestem ręki do środka. - W salonie- mruknęłam zanim zdążył coś powiedzieć, na co uśmiechnął się, dziękując. Przewróciłam oczami i postanowiłam dać im trochę prywatności. Sama poszłam do kuchni i zrobiłam nam wszystkim herbatę. Kiedy woda się gotowała, ja stałam oparta o blat i wędrowałam myślami nie wiadomo gdzie. Głównie myślałam o Liamie, co wręcz było przerażające, bo nie powinnam tego robić. Przyjaciele z korzyściami, powtarzałam sobie, ale jakaś mała cząstka mnie liczyła na to, że wyjdzie z tego coś więcej. Westchnęłam cicho gdy czajnik zapiszczał  i nalałam wody do kubków. Postawiłam naczynia na tacce i już chciałam iść do salonu gdy usłyszałam z niego jakąś kłótnie.
-Jesteś idiotą! Nienawidzę cie- krzyknęła Brooklyn, a ja zmarszczyłam brwi. O co znowu chodzi?
-Wiem o tym doskonale, ale nadal cię kocham- wrzasnął Joe, a następnie dotarł do mnie dźwięk tłuczonego szkła. No, nie! Moje ulubione kieliszki!
                         Może jednak nie będę im jeszcze przeszkadzać, pomyślałam gdy od progu zobaczyłam jak moi przyjaciele całują się namiętnie.  Mam tylko nadzieje, że nie dojdzie do niczego więcej na MOJEJ kanapie. Oddychałam ciężko, mieszając gorący napar, kiedy usłyszałam dźwięk mojego telefonu. Liam.
-Hej- powiedział, a uśmiech mimowolnie wpłynął na moje usta. Nie wiem czemu.
-Hej- wymruczałam i oparłam głowę o rękę.
-Jak tam sytuacja? Z Brook już lepiej?- zapytał, a gdzieś w tle rozmowy usłyszałam stukot garnków i metalu.
-Jest okay. Mam tylko nadzieje, że moja przyjaciółka i jej narzeczony w ramach zgody, nie postanowią uprawiać seksu na mojej kanapie- mruknęłam i przetarłam twarz dłonią. Było już dobrze po 22, więc zaczynałam powoli odczuwać skutki całego dnia na nogach. Chłopak zaśmiał się, a ja poczułam przyjemne ciepło w klatce piersiowej na ten dźwięk i rozpromieniłam się jeszcze bardziej.
-Zmęczona?- zapytał łagodnie szatyn, a ja jakby na zawołanie ziewnęłam.
-Troszeczkę- wymruczałam i kątem oka zobaczyłam jak szatyn i szatynka, w salonie, wczepiają się w siebie jak koale. Urocze.
-Przyjechać po ciebie?
-Nie rób sobie kłopotu. Jestem samochodem, więc będę za jakieś 40 minut.
-Nie będziesz prowadziła, gdy ledwo trzymasz się na nogach. Będę po ciebie za 20 minut- zakomenderował i rozłączył się. Już miałam się z nim kłócić, ale nie dał mi na to szansy. Westchnęłam cicho i dokończyłam swoją herbatę.
                         Po chwili w kuchni pojawiły się moje gołąbeczki, trzymając się za ręce. Usiedli przede mną, a ja przesunęłam w ich stronę herbaciany napar, uśmiechając się pod nosem.
-Dzięki, Natalie- powiedział Joe, patrząc na mnie z wdzięcznością, a ja puściłam do niego oczko. Po koleżeńsku oczywiście. Siedzieliśmy w ciszy już jakieś 5 minut, gdy nagle usłyszeliśmy dzwonek do drzwi. Zdziwiłam się, bo to nie możliwe, by Payne dojechał tu tak szybko, no ale przecież kto inny mógł o tej porze próbować się ze mną skontaktować. Wstałam niepewnie i poszłam otworzyć. Gdy tylko zobaczyłam kto stoi u progu moich drzwi, zamarłam. Przypomniał mi się moment, w którym go poznałam. Impreza. Głośna muzyka. Łazienka. Jego niechciany dotyk. Obraz zamazały mi łzy, a ja zaczęłam się trząść w niekontrolowany sposób. Co on tu robił? Skąd wiedział gdzie mieszkam? Czego on ode mnie chce?
-Natalie, spokojnie. Nic ci nie zrobię- powiedział spokojnie, patrząc na mnie z niepewnością.
-Co ty tu robisz?- zapytałam, drżącym głosem, wpatrując się w jego brązowe tęczówki i objęłam się ramionami.



-Musimy porozmawiać. Mogę wejść?
-Chciałeś mnie zgwałcić i teraz chcesz ze mną rozmawiać? Chyba jesteś głupi, jeśli myślisz, że wpuszczę cię, do swojego domu- warknęłam i już chciałam zatrzasnąć mu drzwi przed nosem, ale zablokował je stopą. Nie dałam siły ich domknąć, choć próbowałam.
-Proszę cie. Musisz mnie wysłuchać! To ważne - powiedział, odpychając mnie lekko i wchodząc do środka. Brook i Joe chyba zorientowali się chyba, że coś jest nie tak, bo weszli do przedpokoju  spojrzeli na mnie zdezorientowani.
-Przysięgam, że niczego nie będę próbował- mruknął, patrząc mi w oczy. Nie wiem co mną kierowało, ale w jego spojrzeniu było coś znajomego i coś co sprawiło, że w tamtym momencie chciałam mu zaufać.
-Natalie, wszystko w porządku? Kim jest ten chłopak?- zapytał Joe, skanując uważnie Rayna i obejmując opiekuńczo moją przyjaciółkę.
-Jest okay- powiedziałam po chwili ciszy. Miałam pewne wątpliwości, ale przy Joe i Brook czułam się w miarę bezpiecznie. -Wchodź- westchnęłam do szatyna i odsunęłam się na bok, by mógł przejść.
-Dziękuję- powiedział i uśmiechnął się do mnie delikatnie. Nie odwzajemniłam gestu. Zamiast tego ruszyłam do kuchni, a reszta moich gości za mną.
                               Oparłam się o blat i gestem ręki pokazałam Raynanowi by zajął miejsce przy stole, co też uczynił. Szatynka wraz z narzeczonym stanęła w przejściu miedzy salonem, a kuchnią i patrzyła na mnie zaciekawiona i zdziwiona. Nie wiedzieli o co chodzi, ale nie mogłam im pomóc, bo sama nie za bardzo orientowałam się czego chce brązowooki.
-O co chodzi?- zapytałam, zakładając ręce na piersi. Chciałam mieć to jak najszybciej za sobą.
-Chcesz, żebym powiedział to prosto z mostu, czy był delikatny?- zapytał, a ja zmarszczyłam brwi.
-Wal- mruknęłam, po sekundzie, nic nie rozumiejąc.
-Jestem twoim bratem- wymruczał, patrząc na mnie niepewnie. Przez chwile wstrzymałam powietrze, ale to było takie głupie, że wybuchłam sarkastycznym śmiechem. Uspokoiłam się dopiero po kilku minutach.
-Co? Co ty do mnie mówisz?- parsknęłam, posyłając mu pobłażliwe spojrzenie.
-Twój ojciec jest też moim ojcem- odparł, a ja powoli zaczynałam się denerwować.
-Masz na to jakiś dowód?- warknęłam.
- Proszę. Zrobiłem testy- powiedział, wstając i podając mi jakieś papiery. Kiedy na nie spojrzałam, aż mi się w głowie zakręciło. Zakryłam usta dłonią i wciągnęłam głośno powietrze. Przecież to niemożliwe. Mój ojciec nigdy nie zdradziłby mojej matki. Kochał ją. A jednak dokumenty mówiły co innego. Rayn był dwa lata starszy ode mnie, co by znaczyło, że mój tata od siedmiu boleści miał jakiś skok w bok, bo na dokumencie czarno na białym było wypisane jego imię i nazwisko, jako tożsamość ojca szatyna. Poczułam jak łzy gromadzą mi się w oczach, a serce zaczyna szybciej walić.
-Natalie, wszystko dobrze?- zapytał szatyn, łapiąc mnie za ramiona, ale ja kompletnie nic nie poczułam. Nagle wpadłam w jakiś trans. Brook się mnie o coś pytała, mówiła coś do mnie, Rayn i Joe też, ale ja patrzyłam się tępo w kartkę papieru, trzęsąc się.
                                  Nagle usłyszałam odgłos zamykanych drzwi i spojrzałam w stronę korytarza. Zza rogu wyszedł Liam i zatrzymał się gwałtownie, patrząc na mnie. Dopiero po sekundzie zorientował się kto stoi przede mną i ruszył na szatyna. Wtedy też otrząsnęłam się i stanęłam przed moim... nie. Nie powiem tego.
-Liam, nie- wyszeptałam, patrząc na niego gdy ten stanął, nie wiedząc co robię.
-Co on tu robi?!- wydyszał ciężko. Był wściekły. Zaciskał nerwowo szczękę i pieści, próbując nad sobą zapanować.
-Uspokój się, Liam- powiedziałam, czując, że robi mi się słabo. -Rayn, lepiej już idź- wydusiłam, a ten  minął nas i wyszedł. W pomieszczeniu zapanowała cisza. Nagle zrobiło mi się ciemno przed oczami, a kolana odmówiły mi posłuszeństwa. Zemdlałam.

*Liam*
                     Byłem wytrącony z równowagi odkąd zobaczyłem tego typa, który prawie zrobił krzywdę mojej dziewczynce. Dobra, może nie mojej, ale.... Dobra, każdy wie o co chodzi. Po prostu byłem wściekły, ale gdy nagle Natalie dosłownie osunęła się na podłogę, moje serce na chwilę stanęło. Złapałem ja w ostatnim momencie i wziąłem na ręce w ślubnym stylu. Była taka lekka.
-Zanieś ją do salonu- powiedziała Brook i zaprowadziła mnie we wskazane miejsce. Poznałem ją i jej narzeczonego kilka dni temu na imprezie, u nas w domu. Położyłem szatynkę na kanapie i uklęknąłem obok, na wysokości jej głowy i pogłaskałem ją po włosach.
-Ktoś mi wytłumaczy o co tu chodzi?- zapytałem cicho, rzucając brunetowi spojrzenie, nieznoszące sprzeciwu.
-Mnie nie pytaj. Zrozumiałem w sumie tylko to, że ten chłopak jest bratem Natalie- rzucił, podnoszące ręce w geście obronnym.
-Co?!- podniosłem głos.
-To co słyszałeś- mruknęła szatynka i położyła szklankę wody na stoliku, stojącym przy sofie. Wypuściłem powietrze ze świstem i spojrzałem na Natalie. Oddychała równomiernie, ale nadal była blada i nieprzytomna. Oparłem czoło o jej i przymknąłem oczy. Nie dziwię się, że zemdlała. Przecież ta cała sytuacja jest niedorzeczna. Podniosłem powieki, gdy dziewczyna poruszyła się niespokojnie. Patrzyłem jak powoli otwiera oczy, nie puszczając jej dłoni.
-Co się stało?- zapytała, patrząc na mnie jakby przez mgłę.
-Zemdlałaś- powiedziałem i nie mogłem się powstrzymać, by nie pocałować jej w czoło.
-Jak się czujesz?- zapytała z przejęciem Brook, patrząc na nas zdziwiona.
-Dobrze, przynajmniej tak sądzę- wymruczała szatynka,siadając powoli. -Możemy już jechać do domu?- zadała pytanie, patrząc na mnie błagalnie.
-Pewnie. Chodź- uśmiechnąłem się delikatnie, pomagając jej stanąć na równe nogi. Objąłem ja ramieniem w talii i poprowadziłem na korytarz. Joe zdeklarował się, że wszystko pogaszą i zamknął dom, wiec gdy Natalie się z nimi pożegnała, a ja potem zaprowadziłem ją do swojego samochodu i pomogłem do niego wsiąść.
                                  Po chwili też zająłem miejsce w aucie i ruszyliśmy w stronę naszej willi. Między nami panowała kompletna cisza, a ja nie wiedziałem jak mam ją przerwać. Domyślałem się jednak, że teraz w głowie Nat panuje kompletny chaos i chciałem pomóc się jej jakoś z nim uporać, ale znów nie miałem pojęcia co mógłbym zrobić. Dziewczyna siedziała skulona na siedzeniu, ze wzrokiem wbitym w szybę. Położyłem dłoń na jej drobnym kolanie i zacząłem rysować na nim delikatnie kółka.
-To wszystko jest jakieś po pierdolone- warknęła nagle, a ja zmarszczyłem brwi, patrząc na drogę, bo nie często słyszałem żeby szatynka przeklinała.
-Chcesz o tym pogadać?
-Co tu gadać? W środku nocy przychodzi do mojego domu człowiek, który chciał mnie zgwałcić i podaje się za mojego brata. Mało tego, pokazuje mi na to dowody. Taka tam codzienność- burknęła, a ja westchnąłem ciężko.
-Chciałem pomóc- westchnąłem i zabrałem rękę, by z powrotem umieścić ją na kierownicy, ale w połowie drogi, Natalie złapała ją i objęła swoimi małymi palcami.
-Wiem, Li. Wiem, ale to wszystko..- wyszeptała, bawiąc się moim kciukiem.
-Poradzimy sobie z tym obiecuję- powiedziałem, zatrzymując samochód na skrzyżowaniu.
-Dzięki- wymruczała i przysunęła się do mnie, by następnie złożyć pocałunek na moim policzku, na co zareagowałem szerokim uśmiechem. Lubiłem czuć jej usta na swojej skórze. Ciepło jej ciała przy moim. Po prostu lubiłem mieć ją w pobliżu.

*Natalie*
                        Niedługo po mojej rozmowie z Liamem dojechaliśmy do domu. Chłopak otworzył mi drzwi i pomógł wysiąść z samochodu, splatając nasze palce razem. Zaczerwieniłam się lekko na ten gest, co chłopak definitywnie zauważył i zachichotał uroczo.
-Nie śmiej się ze mnie - parsknęłam i stanęłam przed nim, uderzając go w klatkę piersiową.
-Ała, to bolało-pisnął, a ja wywróciłam oczami i już chciałam odejść, ale przyciągnął mnie do siebie i położył dłonie na moich biodrach. Dreszcz przeszedł po moich plecach gdy poczułam jego miętowy oddech na mojej żuchwie. Spojrzałam mu w oczy i zatraciłam się w tych brązowych tęczówkach. Były jak bezkresny ocean, dzikie i wolne, ale zarazem piękne. Za nim się zorientowałam chłopak wbił się w moje usta, przyciągając mnie jeszcze bliżej do siebie. Nasze ciała przylegały do siebie w każdym calu, tak, że nie dało się miedzy nie włożyć kartki papieru. Oplotłam jego szyję ramionami i stanęłam na palcach by mieć do niego lepszy dostęp. Jego wargi były takie słodkie i miękkie, a język przyjemnie drażnił moje podniebienie, na co jęknęłam cicho. Chłopaka to chyba zachęciło do dalszych igraszek, bo złapał mnie pod pośladkami i podniósł, a ja oplotłam nogami jego wąskie biodra. Gdy zaczął iść w stronę drzwi, miałam wrażenie, że nie stanowię dla niego żadnej przeszkody. Bez problemu wszedł do budynku, w którym było ciemno jak w grobie i zaczął iść w stronę schodów, a ja przeczesałam palcami jego wiecznie, perfekcyjnie ułożone włosy. Złapałam je za końcówki i szarpnęłam delikatnie na co chłopak jęknął gardłowo i przyparł mnie do najbliższej ściany. Poczułam jak przyjemne ciepło eksploduje w moim podbrzuszu i uśmiechnęłam się przez pocałunki. Za nim całkiem straciłam zdrowy rozsądek i umiejętność trzeźwego myślenia zdarzyłam coś zrobić.
-Nie tutaj- wyszeptałam, gdy chłopak zjechał pocałunkami na linie mojej szczęki, a potem na szyję. Payne, nie protestował i bez chwili zwłoki zaniósł mnie do swojego pokoju i rzucił delikatnie na łóżko, przygwożdżając mnie do niego swoim ciężarem. Wiedziałam, że to co robię było złe, ale dłonie szatyna, które wkradły się pod moja koszulkę nie pozwalały mi o tym myśleć. Nagle jego palce złapały moje nadgarstki i ułożyły je nad naszymi głowami. Jęknęłam cicho gdy poczułam jak zaczyna ssać moją szyję, a potem chuchać i lizać dane miejsce. Moje zmysły były zbyt otumanione by to przerwać, ale jednak, jakaś cząstka mnie krzyczała, że muszę to zrobić.
-Liam -wysapałam, gdy musnął ustami skórę na moim obojczyku. Czułam dokładnie jego erekcję i to utwierdzało mnie w przekonaniu, że pora to zakończyć.
-Liam. stop! Wystarczy- warknęłam po chwili i zepchnęłam go z siebie. Poczułam jak gorąco uderza w skórę na moich policzkach i usiadłam, chowając twarz w dłoniach.
-Przepraszam- powiedziałam i już miałam wyjść, ale nie pozwolił mi na to uścisk na nadgarstku. Spojrzałam na chłopaka niepewnie, chcąc jak najszybciej stamtąd wyjść. Wstydziłam się tego co zrobiłam. Tego na co pozwoliłam. Tego co dało mi taka przyjemność.
-Wszystko gra?- zapytał, dysząc głośno i patrząc na mnie z troską w oczach. Miałam wrażenie, że jego pożądanie wyparowało.
-Tak- rzuciłam, próbując się wyrwać. Niestety. Nie udało mi się to.Chłopak w sekundę znalazł się przede mną, objął moją twarz dłońmi i zmusił do spojrzenia na niego.
-Przecież widzę. Powiedz mi. Zrobiłem coś nie tak?- wiedziałam, że powinnam mu powiedzieć, ale nie potrafiłam. Wstydziłam się.
-Ja po prostu... No tak jakby- jąkałam się, nie wiedząc co chcę powiedzieć. Jak ująć w słowa to co czułam.
-Nie jesteś jeszcze gotowa?- zapytał, a ja pokiwałam niechętnie głową, spuszczają wzrok na jego kletkę piersiową.
-Natalie, spokojnie. Nic się nie stało. Poczekam- wymruczał i przytulił mnie. Nagle cała napięta atmosfera ulotniła się, a ja odetchnęłam z ulgą. Szczerzę, to nie sądziłam, że Payne tak zareaguje. Myślałam, że będzie się wściekać, ale na szczęście nic takiego nie miało miejsca.
                               Po chwili oderwałam się od niego i już miałam wyjść, kiedy tuż przy progu zatrzymał mnie jego głos.
-Natalie?
-Tak?
-Przyjdziesz do mnie?- zapytał i odniosłam wrażenie, że teraz to on jest zażenowany.
-Chyba nie rozumiem.
-Położysz się ze mną- zadał pytanie i podrapał się po karku, nie patrząc na mnie. Zachichotałam cicho.
-Pewnie- powiedziałam i wyszłam. Nie wiem czemu, ale uśmiech mimowolnie wykrzywił moje wargi, a ja jak najszybciej chciałam znów znaleźć się w ramionach chłopaka. Dlatego też czym prędzej zmyłam makijaż, wzięłam prysznic i przeprałam się w piżamy w postaci krótkich spodenek i dużo za dużej koszulki. Jeszcze tylko rozczesałam włosy i umyłam zęby, a następnie wyszłam z pokoju.
                                Liam czekał już na mnie leżąc na łóżku w samych bokserkach, z rękami założonymi za głową. Przełknęłam głośno ślinę na widok jego wyrzeźbionego torsu i podeszłam do niego. Ten jednym ruchem złapał mnie za rękę i przyciągnął mnie do siebie, sprawiając, że wylądowałam niezdarnie na nim. Zaśmiałam się cicho i już chciałam z niego zejść, ale nie pozwolił mi na to. Objął mnie ramieniem, a ja wcisnęłam twarz w zagłębienie między jego barkiem, a szyją. Pachniał tak dobrze. Miętowym płynem pod prysznic i dymem papierosowym.
-Dobranoc, księżniczko- wymruczał, a potem pocałował mnie w czoło. Czułam się bezpiecznie w jego ramionach. Wiedziałam, że mogę mu ufać i robiłam to. Sprawiał, że moja samoocena gwałtownie rosła, a ja czułam się wyjątkowa. Miałam przeczucie, że się na tym przejadę, ale nie chciałam o tym myśleć. Chciałam cieszyć się chwilą, póki takowa trwała.
-Dobranoc- mruknęłam i zamknęłam oczy, myśląc tylko o ramionach szatyna obejmujących mnie mocno. Tak, jakby nigdy nie miały mnie puścić.


~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Przepraszam, że musieliście tyle czekać, ale nie byłam do końca pewna jak chcę zakończyć ten rozdział.
Ale teraz już jestem. Wróciłam i nigdzie się nie wybieram.

 Kocham was bardzo i dziękuję za słowa otuchy pod poprzednim postem.

Mama nadzieje, że rozdział się wam spodoba i pokarzecie mi to w postaci komentarzu. Do następnego! :*